Czy literatura czyni nas lepszymi ludźmi? Oto najnowsze badanie ze Szwajcarii

Szwajcarskie badanie szkolne prowadzi do ważniejszego pytania niż prosty spór o listę lektur. Nie chodzi wyłącznie o to, co dzieci czytają, lecz także o to, czy szkoła potrafi zmienić lekturę w rozmowę wymagającą uważności, argumentów i uznania cudzej perspektywy.
.Literatura nie daje świadectwa moralności i nie gwarantuje, że człowiek, który przeczytał wiele powieści, będzie postępował lepiej od człowieka stroniącego od książek. Może jednak stworzyć rzadką przestrzeń ćwiczenia wyobraźni społecznej, ponieważ pozwala przez kilkadziesiąt minut pozostawać wewnątrz doświadczenia kogoś, z kim w realnym świecie nie musielibyśmy się spotkać, zgodzić ani nawet go polubić. W epoce komunikatów natychmiastowych, podporządkowanych reakcji i jednoznaczności, właśnie ta zwłoka między osądem a rozumieniem staje się jednym z najcenniejszych skutków lektury.
Literatura jako ćwiczenie cudzej perspektywy
Punktem wyjścia do tej refleksji jest rozmowa Reguli Fuchs i Christiana Pfandera z psychologiem rozwojowym Luciano Gasserem z Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bernie, opublikowana przez „Tages-Anzeiger”. Badacz opisuje finansowany przez Szwajcarski Fundusz Narodowy projekt obejmujący około 700 uczniów czwartych i piątych klas szkoły podstawowej oraz 50 nauczycieli. Dzieci przez rok czytały cztery wybrane książki i rozmawiały o nich, a nauczyciele zostali przygotowani do tego, aby nie przejmować dyskusji, lecz pozostawić uczniom rzeczywistą odpowiedzialność za pytania, argumenty i odpowiedzi.
Według relacji Gassera największa zmiana nie polegała na zapamiętaniu fabuły ani na przyjęciu katalogu właściwych postaw, lecz na sposobie prowadzenia rozmowy. Uczniowie częściej samodzielnie pytali, dokładniej uzasadniali stanowiska, odwoływali się do tekstu i z większym szacunkiem konfrontowali odmienne punkty widzenia, lepiej radzili sobie również z przyjmowaniem perspektywy innej osoby oraz z pisemnym opisywaniem sytuacji złożonych. To rozróżnienie ma podstawowe znaczenie, ponieważ szkoła może wymusić znajomość morału, ale znacznie trudniej nauczyć zdolności ważenia racji.
Rozmówca szwajcarskiego dziennika nawiązuje do głośnych eksperymentów Davida Comera Kidda i Emanuele Castano z 2013 roku, zgodnie z którymi lektura ambitnej fikcji mogła krótkotrwale poprawiać wyniki w zadaniach mierzących rozpoznawanie stanów psychicznych innych ludzi. Gasser tłumaczy ten mechanizm jako wewnętrzną symulację, podczas której czytelnik nie otrzymuje gotowego obrazu postaci, lecz musi rekonstruować jej zamiary, emocje i sprzeczności. Im mniej bohater daje się sprowadzić do jednej cechy, a opowieść do jednego przesłania, tym więcej pracy wykonuje odbiorca.
Książka nie jest instrukcją moralną
Najciekawszy wniosek ze szwajcarskiego projektu dotyczy granicy między wychowaniem a indoktrynacją. Badacze wybrali utwory poruszające między innymi przemoc rówieśniczą, presję grupy, sprawiedliwość i odwagę cywilną, ale nie oczekiwali, że dzieci dojdą do z góry zapisanej konkluzji. Uczniowie mogli zatrzymać się przy wątku, który dorosłym wydawał się poboczny, a nauczyciel miał zaakceptować, że poważna rozmowa o literaturze nie zawsze zmierza tam, gdzie przewidział scenariusz lekcji.
Taki model broni literatury przed sprowadzeniem jej do wygodnego nośnika wartości. Bohater postępujący nagannie może być dla rozwoju sądu bardziej użyteczny niż postać wzorcowa, ponieważ zmusza czytelnika do jednoczesnego rozumienia motywów i zachowania krytycznego dystansu. Dziecko nie musi aprobować wandalizmu bohatera, aby dostrzec, że jego działanie wyrasta z upokorzenia, bezradności i próby odzyskania sprawczości, a właśnie zdolność utrzymania kilku prawd naraz odróżnia dojrzały osąd od moralnego automatyzmu.
Na łamach „Wszystko co Najważniejsze” Sławomir Fido przypominał, że dziecko nie jest projektem do zoptymalizowania, a celem wychowania pozostaje człowiek mądry, wolny i odpowiedzialny. Szwajcarskie doświadczenie dopowiada do tej tezy praktyczny szczegół: odpowiedzialności nie uczy się wyłącznie przez podawanie reguł, lecz również przez dopuszczenie do sytuacji, w której młody człowiek musi nazwać własne stanowisko, poprzeć je argumentem i usłyszeć, że ktoś inny z tego samego tekstu wyprowadził odmienny wniosek.
Jedna powieść nie uczyni czytelnika bardziej empatycznym
Nie należy jednak zamieniać interesującego badania w efektowną obietnicę, że jedna powieść uczyni czytelnika bardziej empatycznym. Późniejsze replikacje eksperymentów Kidda i Castano przynosiły wyniki niejednoznaczne, a metaanalizy wskazywały raczej na efekt niewielki niż przełomowy. Trzeba też odróżnić krótkotrwałą poprawę w teście rozpoznawania emocji, trwałą dyspozycję do rozumienia innych oraz rzeczywiste zachowanie w sytuacji konfliktu, bo są to trzy różne poziomy, których nie wolno utożsamiać.
Najbardziej wiarygodna teza jest skromniejsza, lecz dla szkoły bardziej użyteczna: fikcja dostarcza materiału do ćwiczenia kompetencji społecznych, ale o jakości ćwiczenia decydują sposób lektury, dobór tekstu, regularność oraz rozmowa. Powieść może otwierać na cudzy punkt widzenia, może też zostać przeczytana powierzchownie, wykorzystana jako potwierdzenie własnych uprzedzeń albo zamieniona w test z kolejności wydarzeń. Sam kontakt z książką jest warunkiem sprzyjającym, nie mechanizmem automatycznym.
Głęboka lektura w świecie ciągłego przerywania
W tym miejscu badanie Gassera spotyka się z diagnozą Nicholasa Carra, który na łamach „Wszystko co Najważniejsze” opisywał, jak internet przestawia umysł z długiej, linearnej koncentracji na szybkie skanowanie strumienia danych. Jeśli czytanie fikcji ma rozwijać zdolność pozostawania przy niejednoznaczności, potrzebuje czasu bez ciągłego przełączania, ponieważ nie da się wejść w perspektywę bohatera, gdy uwaga co kilkanaście sekund oczekuje nowego bodźca.
Podobne ostrzeżenie formułowała Jolanta Pawnik w tekście o „dyktaturze TL;DR”, pokazując kulturę, w której streszczenie coraz częściej zastępuje drogę prowadzącą do wniosku. Literatura stawia wobec tej kultury opór nie dlatego, że każda książka jest wartościowa, lecz dlatego, że sens opowieści powstaje pomiędzy zdarzeniami, w przemianie postaci, w przemilczeniach i powrotach, a więc w elementach najłatwiej traconych podczas skracania.
Nie ma przy tym powodu budować fałszywej wojny książki z filmem lub technologią. Film również pozwala doświadczać cudzej perspektywy, a narzędzia cyfrowe mogą poszerzać dostęp do tekstów i dyskusji, jednak lektura pozostawia odbiorcy szczególny zakres pracy: trzeba samodzielnie nadać twarz postaci, rytm scenie, ton wypowiedzi i znaczenie ciszy. Ta aktywność nie jest technologicznym anachronizmem, lecz treningiem umysłu, który potrafi tworzyć obraz bez natychmiastowej podpowiedzi.
Szkoła rozmowy potrzebna demokracji
Wniosek wykracza poza lekcję języka polskiego. Demokracja potrzebuje ludzi zdolnych odróżnić rozumienie stanowiska od jego poparcia, przedstawić argument bez poniżania rozmówcy i zmienić zdanie bez poczucia klęski. Dyskusja o literaturze jest bezpiecznym laboratorium takich zachowań, ponieważ uczniowie spierają się o decyzje postaci, lecz zarazem ćwiczą język, którego później użyją w sporze społecznym.
Dlatego szkolnego czytania nie uratuje samo wydłużenie listy lektur ani mnożenie kart pracy. Potrzebne są książki wystarczająco dobre, by nie kończyły rozmowy jednym morałem, nauczyciele przygotowani do zadawania pytań bez natychmiastowego podawania odpowiedzi oraz czas, którego nie pożre presja realizowania kolejnych punktów programu. Najbardziej obiecująca lekcja ze Szwajcarii brzmi zatem nie „czytajcie, a będziecie lepsi”, lecz „czytajcie uważnie i rozmawiajcie tak, aby cudzy głos mógł zmienić sposób widzenia sprawy”.
Karolina Jaszowiecka





