Do przełomu w sprawie ekshumacji wciąż daleko [Karol Polejowski]

POLEJOWSKI

Do przełomu w sprawie poszukiwań i ekshumacji szczątków Polaków w Ukrainie jest jeszcze bardzo daleko; Polska chce systemowego rozwiązania kwestii zgód na takie prace – oświadczył zastępca prezesa Instytutu Pamięci Narodowej Karol Polejowski.

16 wniosków pozostało bez rozpatrzenia [Karol Polejowski]

.Karol Polejowski złożył wizytę w Mościskach na zachodzie Ukrainy, gdzie odbyły się pochówki szczątków żołnierzy Wojska Polskiego poległych we wrześniu 1939 r. w obronie Lwowa i pochowanych we Lwowie-Zboiskach; ich ekshumacje przeprowadzono w sierpniu.

– Przede wszystkim jesteśmy tutaj i chowamy polskich żołnierzy z września 1939 roku. To jest pierwszy krok. Do przełomu jest jeszcze bardzo daleko. Jego nie ma jeszcze i być może długo na niego jeszcze poczekamy. Ale kiedyś ten pierwszy krok trzeba było zrobić. On został zrobiony w tym roku – powiedział Polejowski w rozmowie z dziennikarzami. Przypomniał, że strona polska chciałaby od Ukrainy systemowego rozwiązania problemu zgód na poszukiwanie i ekshumacje. – Wnioski, które spoczywają w urzędach ukraińskich przygotowane przez Instytut Pamięci Narodowej są gotowe. Należy je tylko zaakceptować” – podkreślił.

Polejowski wyjaśnił, że w bieżącym roku Ukrainie przekazano 26 wniosków. – Jeden został rozpatrzony pozytywnie – to jest właśnie ten wniosek związany z ekshumacjami w Zboiskach, dziewięć wniosków zostało odrzuconych – powody pozostają dla nas niejasne. Reszta – 16 wniosków – pozostało bez rozpatrzenia – zaznaczył.

Zastępca szefa IPN-u pytany był o zaangażowanie w tej instytucji w prace we wsi Ugły na Wołyniu, w dzisiejszym obwodzie rówieńskim. W październiku poinformowano, że zgodę na prace w Ugłach otrzymało lwowskie przedsiębiorstwo Dola. Stało się to w wyniku zabiegów Stowarzyszenia Pojednanie Polsko-Ukraińskie, na czele którego stoi Karolina Romanowska.

– Przede wszystkim musimy powiedzieć jasno i wyraźnie, że zgoda na prace w Ugłach została wydana przez stronę ukraińską dla ukraińskiego przedsiębiorstwa Dola. Żadna instytucja państwa polskiego, w tym Instytut Pamięci Narodowej, nie był stroną w tym procesie – oświadczył Karol Polejowski.

Marta Cienkowska zadeklarowała w Mościskach, że jej resort włączy się w prace w Ugłach

.Spotykam w mediach doniesienia, na przykład, pani Romanowskiej, która tutaj jest twarzą tego całego przedsięwzięcia i apeluje o to, aby to przejąć. Pojawia się jednak pytanie, na jakiej podstawie prawnej Instytut ma się w to włączyć. My nie jesteśmy stroną, nie jest stroną Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mówiąc wprost jest to sprawa, którą ukraińskie władze załatwiły we własnym zakresie – powiedział.

Podkreślił jednocześnie, że IPN skierował do swego ukraińskiego odpowiednika wniosek o zgodę na działania w Ugłach. – U władz ukraińskich spoczywa wniosek Instytutu Pamięci Narodowej na poszukiwania i ekshumacje w Ugłach. Proszę, aby strona ukraińska rozpatrzyła ten wniosek pozytywnie i będziemy mogli jechać do Ugłów, zgodnie z podpisaną polsko-ukraińską umową z lat 90” – zaznaczył Karol Polejowski.

Komentując to oświadczenie minister kultury i dziedzictwa narodowego Marta Cienkowska zadeklarowała w Mościskach, że jej resort włączy się w prace w Ugłach.

– My pracujemy w ramach takiej grupy, która zajmuje się planowaniem tych prac i rzeczywiście jesteśmy po rozmowach, które mogłyby oznaczać, że to właśnie Ministerstwo Kultury przejmie te pierwsze prace we wsi Ugły – powiedziała dziennikarzom.

Wyjaśniła, że nie rozpoczną się one w najbliższym czasie ze względu na warunki pogodowe wynikające z pory roku. Oświadczyła jednak, że jej ministerstwo gotowe jest przejąć odpowiedzialność za tę sprawę.

– Jako Ministerstwo Kultury, biorąc pod uwagę tą świetną relację między stroną polską i stroną ukraińską i tę odpowiedzialność, która ciąży na Ministerstwu Kultury, na nas i na mnie osobiście, nie wyobrażam sobie sytuacji, w której Ministerstwo Kultury nie wzięłoby na siebie odpowiedzialności za realizację tych prac” – zapewniła Marta Cienkowska.

Sowietyzacja Wołynia. Terror i zbrodnie ZSRR

.Represje przeciwko Polakom na Wołyniu przyniosły zamierzony skutek. Rozbicie podziemia całkowicie odcięło region od kontaktów z krajem. Aresztowania nielicznych ocalałych z wojennej pożogi elit oraz osób mogących stawiać opór pozbawiły polską społeczność przywództwa i wywołując efekt zastraszenia, skłoniły pozostających na wolności do podjęcia decyzji o jak najszybszym wyjeździe na zachód – pisze Adam R. KACZYŃSKI przedstawiając jak przebiegała sowietyzacja Wołynia.

asowe wysiedlenia ludności Wołynia rozpoczęły się od razu po wkroczeniu Armii Czerwonej. Na podstawie dyrektywy Stawki nr 170622 z 14 października 1942 r. jednostki NKWD dokonywały „oczyszczenia” 25-kilometrowej strefy przyfrontowej z ludności cywilnej.

Oficjalnym celem wysiedleń było uniknięcie zbędnych ofiar, prawdziwym natomiast – ułatwienie pracy organom NKWD i kontrwywiadu wojskowego Smiersz. Na wyludnionym terenie znacznie łatwiej było tropić grupy dywersyjne czy ukrywających się żołnierzy wroga oraz wyłapywać dezerterów i maruderów. O ile w przypadku większości wyzwalanych obwodów i republik ZSRR nie zawsze przestrzegano rozkazów o całkowitej ewakuacji ludności, o tyle na zachodniej Ukrainie wysiedlenia przybrały masowy charakter. Według oficjalnych danych z połowy czerwca 1944 r. 1. Front Ukraiński wysiedlił z rejonu swoich działań 378 997 osób. Większość ewakuowanych trafiała nie dalej niż sto kilometrów od strefy działań wojennych. W przypadku Wołynia gorliwość, z jaką wysiedlano mieszkańców, była spowodowana działalnością UPA oraz – oględnie mówiąc – niezbyt przychylnym wobec Sowietów nastawieniem ludności miejscowej, spośród której pozytywnie do Armii Czerwonej odnosili się jedynie ocalali z rzezi Polacy. Wysiedlenie „niepewnych elementów”, a tak myślano o całej ludności zachodniej Ukrainy, oprócz ułatwienia walk zbrojnych z grupami dywersyjnymi i oddziałami UPA miało także na celu odcięcie partyzantki od źródeł zaopatrzenia we wsiach.

Ludność traktowała wysiedlenia ze strefy przyfrontowej nie jako konieczną ewakuację, ale jako celowe represje. Odczucia te potęgował fakt, iż znaczna część opuszczanych gospodarstw została rozgrabiona przez wygłodniałych żołnierzy. Ponadto połączenie wysiedleń z mobilizacją do służby w Armii Czerwonej i wywózkami młodzieży do pracy we wschodnich rejonach USRR sprzyjało szerzeniu się plotek o tym, że wszystkich ewakuowanych wywozi się na Sybir. Sytuacja wysiedlanych rodzin była niezwykle ciężka, zwłaszcza gdy jedyni żywiciele zostali zmobilizowani do armii lub wywiezieni na roboty. Po przesunięciu się frontu na ogół zezwalano na powrót do domów, jednak często nie było już do czego wracać.

Wysiedlenia związane z przejściem frontu przez Wołyń były dopiero początkiem szeroko zakrojonej akcji oczyszczania terenu z „wrogich elementów”. Wkrótce po zainstalowaniu się organów bezpieczeństwa rozpoczęto przygotowania do deportacji w głąb ZSRR. Pierwsza masowa wywózka odbyła się dopiero na początku 1945 r., ale pomniejsze wysiedlenia trwały przez cały 1944 r. Według oficjalnej statystyki NKWD tylko w 1944 r. z obwodu wołyńskiego wysiedlono 1177 rodzin, czyli 3557 osób, w tym 1404 dzieci.

Pierwsza powojenna masowa deportacja rozpoczęła się w styczniu 1945 r., a więc w niespełna rok po ponownym zajęciu Wołynia przez ZSRR. Podobnie jak w 1940 r. została poprzedzona wielomiesięcznym rozpoznaniem „wrogich elementów” oraz sporządzeniem szczegółowych spisów osób przeznaczonych do wywózki. Bezpośrednia organizacja operacji, a więc logistyka oraz przygotowanie rozkazów dla jednostek dokonujących aresztowań, zajęła kilkanaście tygodni. Listy osób przeznaczonych do wywózki sporządzano na podstawie danych zgromadzonych przez wydziały do walki z bandytyzmem NKWD oraz pieczołowicie odtwarzanych przez NKWD spisów mieszkańców. Przeprowadzenie wysiedleń powierzono Wojskom Wewnętrznym, które pod kierownictwem miejscowych funkcjonariuszy NKWD dostarczały ludzi do punktów zbornych. Wykorzystywano nie tylko te same jak w przypadku deportacji z lat 1940–1941 stacje kolejowe, ale także miejsca zesłania. 24 stycznia 1945 r. z rampy kolejowej w Kiwercach odprawiono specjalny eszelon nr 47 374 ze 156 rodzinami członków UPA. Spośród 430 osób zdecydowaną większość stanowiły kobiety (194) i dzieci (154). Stacją docelową był Kotłas w obwodzie archangielskim. Do tego samego transportu, liczącego łącznie 29 wagonów, dołączono także 295 mężczyzn unikających służby w Armii Czerwonej, których wywożono do Workuty i łagrów nad Peczorą.

Wysiedlenia przebiegały w sposób niezwykle brutalny, a sama akcja była źle przygotowana. Choć w oficjalnych raportach wszystkich przesiedlanych zaopatrzono w środki utrzymania i drewno opałowe na drogę, to jednak z tajnej korespondencji pomiędzy komendantem wołyńskiego NKWD płk. Jakowenką a zastępcą ludowego komisarza spraw wewnętrznych USRR Timofiejem Strokaczem wynika zupełnie co innego. W raportach przesyłanych w lutym 1945 r. do Kijowa miejscowe NKWD domaga się pomocy w pozyskaniu brakujących wagonów. W przypadku speceszelonu nr 47 374 płk Jakowenko prosi swego przełożonego o interwencję w Ludowym Komisariacie Transportu, gdyż brakuje mu czterdziestu wagonów, a zatrzymani ludzie z powodu braku pomieszczeń stale przebywają na „świeżym powietrzu”.

Na początku marca 1945 r. płk Jakowenko ponownie interweniował w sprawie przyspieszenia wywózki transportów oznaczonych kodami 47 454 i 47 460. Według jego raportu z 2 marca 1945 r. naczelnik Kolei Kowelskiej zapowiedział dostarczenie 42 wagonów (czternastu do Kowla, trzech do Włodzimierza Wołyńskiego, sześciu do Lubomla, trzech do Maciejowa, szesnastu do Łucka) na 10 marca. Tymczasem w chwili pisania raportu bez jakiegokolwiek schronienia na rampach załadowczych oczekiwało już czterysta osób zatrzymanych kilkanaście dni wcześniej w poszczególnych rejonach. Dodatkowym argumentem za szybszym dostarczeniem wagonów był fakt, iż na miejscu kończyły się zapasy jedzenia, a konwój już dwa dni bezczynnie czekał na stacji w Łucku.

Prośby do komisarza Timofieja Strokacza nie przyniosły rezultatów, gdyż wspomniane eszelony wyruszyły z Kowla dopiero 13 marca 1945 r. Stacją przeznaczenia była Pasznia w obwodzie permskim, gdzie deportowanych skierowano do pracy przy wyrębie lasu. Warunki transportu w swojej relacji opisywała Aleksandra Gołębiowska: „Naszą 5-osobową rodzinę za brata wywieziono na Sybir. Tłok był taki, że nie dało rady usiąść […] Konwojenci nie otwierali drzwi. Nikt nie dbał o to, co jedzą i czy w ogóle żyją schwytani znienacka ludzie, którzy kompletnie byli nieprzygotowani do drogi. Nie dawali nie tylko jedzenia, ale i wody. Aresztowani zlizywali wilgoć ze ścian. Języki rozpuchły tak, iż nie mieściły się w ustach. Każdego dnia umierały dziesiątki ludzi”.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/adam-kaczynski-sowietyzacja-wolynia-terror-i-zbrodnie-zsrr/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 14 listopada 2025