Kim była Irena Gombrowicz? [Aleksandra GĄSOWSKA]

Ta biografia to dopiero początek odkrywania tajemnic Ireny Gombrowicz. Może była autorką publikacji o większym znaczeniu literackim? Odkryjemy to jednak dopiero za jakiś czas – powiedziała Aleksandra Gąsowska, autorka książki „Starsza siostra. Biografia Ireny Gombrowicz”.
„Starsza siostra. Biografia Ireny Gombrowicz”
Co zainspirowało panią w Irenie Gombrowicz, że postanowiła pani poświęcić jej książkę?
Aleksandra Gąsowska: Pracowałam w Muzeum Witolda Gombrowicza, gdzie zajmowałam się między innymi działalnością edukacyjną i oprowadzaniem wycieczek. Brakowało mi informacji, anegdot o Irenie. Może nie powinno mnie to dziwić, zwłaszcza że niemalże wszyscy badacze twórczości Witolda Gombrowicza podchodzili do niej z dystansem, umniejszali jej rolę w życiu młodszego brata. Także on sam w swoich wspomnieniach i dziennikach pisał, że była „zwichnięta dramatycznie”, nieporadna życiowo.
Irena wydała mi się postacią pozytywną – głęboko religijną i skromną. Była zaangażowana w działalność społeczną, skupioną głównie wokół organizacji katolickich. Postanowiłam sprawdzić, czym tak naprawdę się zajmowała.
Czy ten pierwszy obraz Ireny uległ zmianie podczas pracy nad książką?
Aleksandra Gąsowska: Zdecydowanie. Okazało się, że była osobą samodzielną, która odważnie decydowała o swoim losie. Pomimo wielu trudności, chociażby poważnych kłopotów zdrowotnych, próbowała zdobyć wykształcenie, ucząc się we Wszechnicy Polskiej, a potem na Uniwersytecie Warszawskim. To na pewno nie była kobieta stojąca w cieniu.
Czy zatem to także opowieść o emancypacji?
Aleksandra Gąsowska: Można tak powiedzieć. Ale Irena nie była pierwszą tak silną kobietą w rodzinie Gombrowiczów. W książce dużo miejsca poświęcam jej matce – Antoninie. Już w 1905 r. publikowała w prasie kobiecej artykuły, które były do tej pory pomijane przez biografów Witolda. Jest to niezrozumiałe, bo Gombrowiczowa wywarła naprawdę duży wpływ na swoje dzieci.
Antonina była podejrzewana o problemy psychiczne, zaburzenia osobowościowe. Z jej artykułów wynika, że nie zajmowała się wyłącznie przyziemnymi sprawami. Posiadała szeroką wiedzę na temat sytuacji kobiet w Europie i na świecie. Czytała zagraniczne czasopisma, potrafiła ocenić sytuację społeczną i zaproponować rozwiązania. Postulowała, aby kobiety miały swój głos w samorządach. Uważała, że trzeba inaczej wychowywać córki – pozwalać im na indywidualny rozwój i pielęgnowanie talentów.
Można powiedzieć, że Irena wyrastała w atmosferze emancypacji. Sama nie zdecydowała się na małżeństwo i macierzyństwo, które w tamtych czasach miały być właściwie jedynym celem kobiety. Współpracowała z różnymi redakcjami, pisała recenzje, artykuły, scenariusze przedstawień teatralnych dla młodzieży. Pomagała dzieciom z najuboższych rodzin. Z dużym szacunkiem wypowiadała się o wartości, jaką jest rodzina.
Jakie było jej miejsce w rodzinie?
Aleksandra Gąsowska: Irena była środkowym dzieckiem, trzecim w kolejności. Urodziła się po Januszu i Jerzym, a pięć lat po niej urodził się Witold. Zaryzykowałabym tezę, że w rodzinie były pomijana, ojciec o nią nie dbał. Prawdopodobnie wynikało to z panującego wówczas przekonania, że przede wszystkim należy zabezpieczyć finansowo synów. Ojciec, Jan Onufry Gombrowicz, kupił dla nich dwie kamienice w Warszawie – na ulicy Próżnej i Wilczej. Z kolei Witold miał odziedziczyć fabrykę tektury „Witulin”.
Irenę próbowano – nieskutecznie – wydać za mąż. Rodzina nie zabezpieczyła jednak majątku, którym mogłaby samodzielnie rozporządzać. Dopiero po wojnie matka przepisała na nią pozostałości dóbr Bodzechowskich. Nie stawiano także specjalnie na jej edukację, w przeciwieństwie do Witolda, który podczas studiów prawniczych był utrzymywany przez rodziców. Pomagali mu finansowo także po ich ukończeniu, wysyłali na zagraniczne stypendia, uruchamiali znajomości, aby znaleźć synowi pracę w sądzie.
Jaka była relacja Ireny z matką?
Aleksandra Gąsowska: Wielu biografów uważa, że Irena pozostawała pod dużym wpływem matki, wręcz w ścisłym związku z nią. Mieszkały razem w czasie wojny w Warszawie i po wojnie – w Kielcach. Irena do końca życia opiekowała się matką. Niestety nie pisały do siebie listów. Nie pozostawiły żadnych śladów swoich relacji.
A jak układały się jej relacje z Witoldem?
Aleksandra Gąsowska: Były bardzo skomplikowane. Niestety nie dysponujemy listami Ireny do młodszego brata, ponieważ na jej życzenie zostały zniszczone. Natomiast z listów Witolda wynika, że odnosił się do siostry z wyższością. Uważał, że jest nieporadna, nie posiada wystarczającej wiedzy i wyczucia artystycznego. Niektórzy badacze uważają, że Irena była pierwowzorem głównej bohaterki dramatu „Iwona, księżniczka Burgunda” – kobiety, która odzywa się tylko raz i mówi o Bogu. Witold uważał, że wiara odebrała Irenie rozum.
Naprawdę? W sztuce mówi się o Iwonie „Cimcirymci”. Miała w sobie taki łatwy do wyszydzenia rys?
Aleksandra Gąsowska: Bohaterka dramatu to kobieta milcząca, o której nikt nic nie wie. Jest nieatrakcyjna, nijaka. Tym swoim milczeniem wzbudza ciekawość innych, ale też niechęć i poczucie winy. Może się wywyższa, a może nie ma po prostu nic do powiedzenia. Taki stosunek miał Witold Gombrowicz do przyjaciółek Ireny. Dla niego były to niedoszłe zakonnice, niezbyt mądre, ale przemądrzałe. Ciche i pokorne, a jednocześnie drażniące swoją religijną postawą. To przecież cały Gombrowicz!
Witold dostrzegał jednak artystyczną wrażliwość Ireny. Uważał ją za osobę sumienną i konsekwentną, na której można polegać. Dlatego też, kiedy był już w Argentynie i potrzebował odnowić literackie kontakty w Polsce, to właśnie Irenę wybrał na swoją pełnomocniczkę. Przepisywała jego teksty na maszynie, a następnie zanosiła je do wskazanych przez Witolda osób, głównie znanych wówczas literatów, np. do Jarosława Iwaszkiewicza.
Jednocześnie Gombrowicz chyba nie doceniał tego, że jego siostra obracała się w bardzo wpływowym środowisku inteligencji katolickiej. To w czasopiśmie „Verbum”, z którym Irena współpracowała, pojawiła się pierwsza, obszerna i pozytywna recenzja autorstwa Teresy Landy, która poddała szczegółowej analizie „Ferdydurke”, wskazując na wartość filozoficzną i literacką powieści. Pod koniec życia, kiedy Irena skarżyła się na stan zdrowia, relacje między rodzeństwem się ociepliły. Ale po śmierci Ireny, ton Witolda znów zmienił się na oschły, pragmatyczny. Myślę, że był to problem całej rodziny Gombrowiczów, pozbawionej głębszych relacji i uczuć.
A czy można zaryzykować tezę, że gdyby nie Irena, to Witoldowi nie udałoby się tak zaistnieć literacko w Polsce?
Aleksandra Gąsowska: Na pewno kariera literacka Witolda przebiegałaby inaczej. Irena przekazała swojej przyjaciółce – Magdalenie Skarżyńskiej, z którą działała razem w Stowarzyszeniu Młodych Ziemianek – rękopis „Ferdydurke”, mówiąc, że nie rozumie tego tekstu, wręcz boi się, że jej brat zwariował. W ten sposób „Ferdydurke” trafiła do rąk kuzyna Skarżyńskiej – Kota Jeleńskiego, który zachwycił się twórczością Gombrowicza, był później jego promotorem, także na skalę europejską.
Wspominała pani o „Iwonie, księżniczce Burgunda”. Czy nawiązania do Ireny odnajdziemy w innych tekstach Witolda?
Aleksandra Gąsowska: Tak, często odwoływał się to tego typu osobowości – osoby cichej, skromnej, małomównej, zamkniętej w sobie i głęboko wierzącej. To był dla niego punkt odniesienia. Badacze twórczości Witolda Gombrowicza uważają, że Zosia z „Ferdydurke” także posiadała cechy Ireny – była łagodna, bierna, nieśmiała, przeciętna panienka, jakich tysiące po dworach, bardzo chorowita, „pracująca filantropijnie”, ale przez większość dnia siedząca bezczynnie.
Czy bycie panną Gombrowicz było też ciężarem?
Aleksandra Gąsowska: Na pewno tak. Kiedy w 1933 roku ukazał się „Pamiętnik z okresu dojrzewania” Witolda Gombrowicza, Irena współpracowała już z wydawnictwem „Verbum”. Była zastępczynią kierownika księgarni, pozostawała w stałym kontakcie z księdzem Władysławem Korniłowiczem i Matką Elżbietą Różą Czacką. A to były specyficzne kręgi. Wiele osób ze świata literackiego przyjeżdżało do Lasek na rekolekcje. Nazwisko Gombrowicz mogło jej wtedy ciążyć, zwłaszcza po wspominanym debiucie Witolda i ukazaniu się awangardowej „Ferdydurke”. Witold kojarzony był wówczas z twórczością trudną, niezrozumiałą. Pojawiały się nawet w środowisku opinie, że pisarz oszalał. Irena chyba nie chciała być z nim porównywana. Ukrywała się celowo pod pseudonimami. Podczas pracy nad biografią, w zachowanej korespondencji, udało mi się odnaleźć pseudonim – „Irgo”, którym podpisywała sztuki teatralne pisane dla młodzieży.
Czego może uczyć nas dzisiaj Irena?
Aleksandra Gąsowska: Irena duży nacisk kładła na „samowychowanie”. Uważała, że człowiek powinien pracować nad sobą przez całe życie. Była bardzo pokorna. Nie znalazłam w jej tekstach śladów taniego moralizatorstwa. Kiedy pisała o cierpieniu Zofii Cramer czy wielkim poświęceniu księdza Edwarda Szwejnica uderzała w patetyczne tony. Ale taki styl literacki wtedy obowiązywał. Była prawdziwie wzruszona i zatroskana o los innych ludzi.
W przeciwieństwie do Witolda nie uprawiała żadnej autopromocji. Witold pisał o sobie, że jest wybitnym twórcą rangi światowej. Ona wolała cichą pracę u podstaw. Jednocześnie, kiedy wymagały tego okoliczności, potrafiła przeciwstawić się krzywdzącym działaniom władz komunistycznych, zawalczyć o losy księgarni, wytknąć nadużycia i błędy.
Czy polubiła pani bohaterkę swojej książki?
Aleksandra Gąsowska: Na pewno, stała mi się bardzo bliska. W trakcie pracy nad książką miałam poczucie, że idę dobrą drogą. Wydaje mi się, że ta biografia to dopiero początek odkrywania tajemnic Ireny. Może była autorką publikacji o większym znaczeniu literackim? Odkryjemy to dopiero wtedy, gdy będzie możliwa analiza dokumentów przechowywanych w archiwach diecezjalnych – po zakończeniu procesu beatyfikacyjnego ks. Korniłowicza i kanonizacyjnego Matki Czackiej.
Wspominała pani o znakach…
Aleksandra Gąsowska: Tak, to było niesamowite. Na przykład podczas analizowania korespondencji przechowywanej w Archiwum Diecezjalnym w Kielcach, odnalazłam dokument podpisany przez „Aleksandrę Gąssowską”. To jest przecież dokładnie moje imię i nazwisko. Gąssowska była więc bliską współpracowniczką Ireny – główną księgową w księgarni „Jedność”.
Innym razem, przypadkiem znalazłam się na zabytkowym cmentarzu w Radomiu, chciałam zrobić zdjęcie grobu Ireny. Okazało się, że właśnie tego dnia wypadała równo 65. rocznica jej śmierci – zmarła 9 stycznia 1961 roku.
Rozmawiała Anna Kruszyńska/ PAP
Aleksandra Gąsowska – doktor nauk humanistycznych, dziennikarka. Od wielu lat związana z kulturą. Pracowała w Muzeum Literatury, w Bibliotece na Koszykowej, obecnie w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Zajmuje się badaniem historii literatury, odkrywaniem losów rodziny Gombrowiczów, biografiami kobiet, które są współautorkami sukcesu uznanych artystów. Prywatnie miłośniczka rowerów, polskiego jazzu i sztuki użytkowej. Książkę Aleksandry Gąsowskiej pt. „Starsza siostra. Biografia Ireny Gombrowicz” wydał Znak.
Znaczenie literatury
.Na temat znaczenia literatury na łamach „Wszystko Co Najważniejsze” pisze Michel HOUELLEBECQ w tekście „Literatura jest najważniejsza„.
„Proszę nie oczekiwać, że w lectio magistralis wyjaśnię, w jaki sposób autor przenosi czytelnika w wykreowany przez siebie świat. Każdy pisarz ma bowiem inną metodę, inne postrzeganie rzeczywistości. Trudno wymagać od pisarzy, żeby na kartach swoich książek oddawali się czemuś na kształt zajęć praktycznych. Świadoma refleksja nie odgrywa tutaj żadnej roli. W momencie zapisywania strony wiemy, co jest ważne. Ale zapominamy o tym równie szybko, jak zapisujemy kolejną stronę. Czasami odkrywamy to przy ponownym czytaniu, po latach, i mówimy sobie: „Tak, ten czy inny szczegół jest naprawdę dobry”. Ale mamy to odczucie, że książka została napisana jakby przez kogoś innego”.
„Nie trzeba się więc zastanawiać, czy ta, czy inna strona to dobra literatura. Nie ma też sensu prosić autora o wyjaśnienie: on tego nie wie. Dużo lepiej zaufać badaczowi, że ten pomoże dostrzec istotne szczegóły, idiosynkrazje i metody stosowane przez autora. To jego zawód. Zewnętrzna pozycja badacza jest lepsza. Jestem autorem, to prawda, ale jestem jednak przede wszystkim czytelnikiem. Zdecydowanie więcej czasu spędziłem w życiu na czytaniu niż na pisaniu. A moje życie jako czytelnika, w przeciwieństwie do życia jako autora, doprowadziło mnie do pewnego ostatecznego wniosku, który jest zarazem wnioskiem mojego krótkiego wystąpienia”.
„Fundamentalną racją bytu literatury powieściowej jest to, że człowiek na ogół ma umysł zbyt skomplikowany, zbyt bogaty, jak na egzystencję, którą musi prowadzić. Fikcja nie jest dla niego tylko przyjemnością – jest potrzebą. Potrzebuje innych egzystencji, innych niż jego własna, po prostu dlatego, że jego własna mu nie wystarcza. Te inne egzystencje nie muszą koniecznie być ciekawe, mogą być równie dobrze posępne. Mogą zawierać wiele doniosłych wydarzeń lub prawie żadnych. Nie muszą być egzotyczne: mogą rozgrywać się pięćset lat temu na innym kontynencie, a mogą być osadzone w domu obok. Ważne jest tylko to, że są inne” – pisze Michel HOUELLEBECQ.
PAP/ Anna Kruszyńska/ LW






