
Dlaczego potrzebujemy sztuki?
Nasza potrzeba piękna wynika z naszej metafizycznej kondycji i poszukiwania harmonii z innymi, a także z samymi sobą, nawet jeśli tu i teraz nie jest to do końca możliwe. Jak pisze Roger Scruton, piękno jest wartością najwyższą – czymś, do czego dążymy dla niego samego, i dla tego dążenia nie potrzeba dalszych uzasadnień – pisze prof. Piotr CZAUDERNA
.„Sztuka, jaką znamy, stoi na progu transcendencji. Wskazuje poza ten świat przypadkowych i oderwanych rzeczy na inną sferę, w której ludzkie życie obdarzone jest emocjonalną logiką, która czyni cierpienie szlachetnym, a miłość wartą zachodu. Nikt, kto jest zatem wyczulony na piękno, nie jest pozbawiony idei odkupienia – ostatecznego transcendowania śmiertelnego nieładu w królestwo celów”. Cytat ten pochodzi z rozprawy na temat piękna napisanej przez wybitnego brytyjskiego filozofa sir Rogera Scrutona. Może dlatego właśnie współczesny świat i nasza cywilizacja tak bardzo walczą z pięknem i usiłują usunąć je sprzed naszych oczu? A mimo to chyba każdy z nas przeżył osobiste doświadczenie piękna: czy to w formie piękna natury, czy piękna stworzonej przez człowieka sztuki.
Fiodor Dostojewski napisał kiedyś, że piękno ocali świat. Jak przypomniał w swej najnowszej książce Życie w zadziwieniu amerykański konserwatysta Rod Dreher, inny rosyjski pisarz, Aleksander Sołżenicyn, uważał początkowo, że wprawdzie piękno może podnieść człowieka na duchu, ale wątpił, czy może aż ocalić świat. Z czasem pojął jednak, że „prawdziwe piękno jest całkowicie niepodważalne i zmusza nawet twarde serca do kapitulacji”. Piękno potrafi wyzwolić z beznadziei i rozpaczy, potrafi też wyrwać z bezsensu ludzkiej egzystencji. Dreher przywołuje słowa wielkiego rosyjskiego reżysera Andrieja Tarkowskiego: „Wbrew przyjętym opiniom […] zadanie sztuki nie polega na podawaniu myśli, szczepieniu idei i służeniu przykładem. Celem sztuki jest przygotowanie człowieka do śmierci, przeoranie i przysposobienie jego duszy, uczynienie go zdolnym do zwrócenia się w stronę dobra”. Jak mawiał Thomas Bernhard, autor Przegranego, powieści inspirowanej postacią genialnego kanadyjskiego pianisty Glenna Goulda: „Sztuka, której potrzebujemy, to sztuka znoszenia tego, co nie do zniesienia, […] bowiem wszystko jest śmieszne, jeśli pomyśli się o śmierci”.
Rod Dreher w swej książce używa pięknego terminu „oczarowanie”. Wielu historyków i badaczy religii uważa, że w przeszłości świat był dla ludzi niejako „zaczarowany”, a myśmy to poczucie całkowicie zatracili albo odczuwamy je jedynie chwilowo i przelotnie. To poczucie „zaczarowania” nadawało wszystkiemu globalny sens i powodowało, że rzeczywistość była odczuwana jako przesiąknięta przez Boską obecność. Ilu z nas na co dzień odczuwa oczarowanie światem albo myśli o własnej śmierci? Tymczasem te odczucia nieodłącznie towarzyszyły naszym przodkom, pozwalając im na nabranie właściwego dystansu oraz perspektywy względem własnej egzystencji.
Nasza grzeszność zaślepia nas na Boże światło. To światło jest w pewnym sensie synonimem Boskiej miłości. Opisuje to w objawieniach otrzymanych za pośrednictwem św. Szarbela libański wizjoner i stygmatyk Raymond Nader, porównując egzystencję człowieka do lampy oliwnej z okopconym kloszem. Im bardziej klosz jest przyciemniony, tym bardziej oddzieleni jesteśmy od Bożej światłości i miłości, co uniemożliwia nam promieniowanie na innych i dzielenie się miłością z całym światem. Tymczasem każdy w nas ma sobie to tajemnicze światło, gdyż zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, a Chrystus w Ewangelii mówi, że mamy być światłem dla świata. Dzięki św. Szarbelowi Raymond odczuł, że grzech jest jak mur, który oddziela nas od bliźnich i nie pozwala na przekazywanie im swojej miłości i światła. O tej miłości, pochodzącej nie z tego świata, wiele razy, mniej lub bardziej udanie, próbowała opowiadać sztuka. Nawrócony na katolicyzm norweski noblista w dziedzinie literatury Jon Fosse w swoim wywiadzie z Eskilem Skjeldalem, zatytułowanym Misterium wiary, przywołał słowa Ludwiga Wittgensteina, że jeśli o czymś nie można mówić, to o tym trzeba milczeć. Jednak Wittgenstein zaraz dodał, że wówczas należy to pokazać. Nie dziwi więc, że dalej Jon Fosse mówi: „Chyba tak właśnie działa sztuka. Sztuka wizualna robi to dosłownie, lecz pokazuje to również sztuka literacka, a na swój sposób także muzyka. Bo można przecież usłyszeć obraz, prawda? Sztuka przemawia; ma coś do powiedzenia. Można też mieć przed oczami opowiadanie. A wiersz można zarówno widzieć, jak i słyszeć”.
Dobra sztuka wiedzie nas do piękna, prowadzi nas niejako w inne rejony ludzkiej egzystencji. Tak, tak, wiem, że to bardzo anachroniczne i niedzisiejsze spojrzenie – ale wielka sztuka, obojętnie, czy jest nią malarstwo, literatura, architektura, taniec, czy muzyka, odzwierciedla blask piękna. To piękno i blask potrafimy też dostrzec w ludzkich twarzach, twarzach osób, które przesiąkły kontaktem ze świętością lub same są święte, mimo że mogą być najbardziej zwyczajnymi z ludzi. Do tego piękna promieniującego z ludzkiej twarzy nie potrzeba ani chirurgii estetycznej, ani najlepszych nawet kosmetyków. Agnieszka Amaro opowiedziała kiedyś w jednym ze swoich wywiadów o spotkanej siostrze zakonnej, która na pytanie, jak to możliwe, że pomimo zaawansowanego wieku ma tak piękną i pozbawioną zmarszczek twarz, odpowiedziała: „Codziennie adoruję Jezusa”. Henryk Sienkiewicz w swojej powieści Quo vadis opisał Pomponię Grecynę, której twarz jaśniała nieziemskim blaskiem, gdyż mówiono o niej, że była chrześcijanką. Także Mojżesz według Biblii po spotkaniach z Panem powracał z twarzą tak jaśniejącą, że aż musiał na niej nosić zasłonę.
Czyż dzieła takie jak Wariacje Goldbergowskie Johanna Sebastiana Bacha nagrane przez Glenna Goulda w 1981 roku, na krótko przed jego śmiercią, czy Stabat Mater Giovanniego Battisty Pergolesiego w wykonaniu Philippe’a Jaroussky’ego i Emőke Baráth pod batutą Nathalie Stutzmann nie poruszają w naszych duszach ukrytej struny piękna? I to nawet, jeśli nie wiemy, że zaledwie 26-letni Pergolesi napisał swoje wiekopomne dzieło w ostatnich tygodniach życia, umierając na gruźlicę w 1736 roku we franciszkańskim klasztorze położonym w miejscowości Pozzuoli, nieopodal Neapolu, a kompozycję zamówiła u niego neapolitańska konfraternia Rycerzy Matki Boskiej od Siedmiu Boleści? I czy odsłuchanie wykonania arii Laudate Dominum Mozarta w nieziemsko pięknym wykonaniu Cai Thomasa, dwunastoletniego walijskiego chłopca o czysto sopranowym głosie, nie otwiera dla nas na chwilę wrót Raju?
Obyśmy zdolności odczuwania sztuki nigdy nie zatracili i obyśmy nie zobojętnieli na jej uroki. Aby zachować nasze człowieczeństwo, potrzebujemy bowiem okna, które otwiera się na Piękno, odsłaniając, choćby niejasno i tylko w przeczuciu, inny świat i inną, transcendentną rzeczywistość.
.Nasza potrzeba piękna wynika z naszej metafizycznej kondycji i poszukiwania harmonii z innymi, a także z samymi sobą, nawet jeśli tu i teraz nie jest to do końca możliwe. Jak pisze Roger Scruton, piękno jest wartością najwyższą – czymś, do czego dążymy dla niego samego, i dla tego dążenia nie potrzeba dalszych uzasadnień. Można je zatem porównać do takich wartości jak prawda i dobro, które nie tylko wyodrębniają nas ze świata zwierząt i nieożywionej przyrody, ale także budują ludzką godność i wielkość. Tymczasem Piękno znika stopniowo z naszego świata, ponieważ żyjemy tak, jakby nie miało ono znaczenia. Dlatego módlmy się słowami Johna Miltona z jego poematu Raj utracony: „Co jest we mnie ciemne, rozjaśnij”!


