Lider AfD żąda wycofania wojsk USA z Niemiec

Lider AfD Tino Chrupalla opowiedział się za wycofaniem wojsk USA z RFN. Szef prawicowego ugrupowania wyznaczył jako cel zdobycie przez AfD władzy w Niemczech w wyborach parlamentarnych w 2029 r.
Lider AfD żąda wycofania wojsk USA z Niemiec
.W przemówieniu podczas zjazdu saksońskiej organizacji AfD w Loebau Tino Chrupalla nawiązał do programu partii, w którym mowa jest o wycofaniu z Niemiec wszystkich wojsk sojuszniczych i usunięciu broni atomowej. „Zacznijmy wdrażać ten program od wycofania wojsk USA” – powiedział szef partii. O jego wystąpieniu poinformował w niedzielę na swoim portalu dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.
Tino Chrupalla pochwalił rząd Hiszpanii za sprzeciw wobec wykorzystania przez Amerykanów baz wojskowych w tym kraju do wojny z Iranem. Jego zdaniem Niemcy też nie powinny dłużej dać się wciągać w międzynarodowe misje wojskowe. „FAZ” przypomina, że w 2025 r. Tino Chrupalla brał udział w Waszyngtonie w uroczystym zaprzysiężeniu Donalda Trumpa na drugą kadencję prezydencką.
Tino Chrupalla powiedział, że AfD powinna porzucić rolę partii protestu i zacząć zabiegać o zdobycie władzy w landach wschodnioniemieckich i na szczeblu całego kraju. „Musimy się jednak również rozwijać, przechodząc od partii opozycyjnej do partii rządzącej” – zapowiedział. Wyborcy oczekują od nas sukcesów w procesie rządzenia – dodał.
Rok 2029 będzie rokiem nowych Niemiec
.Szef AfD podkreślił, że w 2029 roku partia chce mieć premiera landu w Saksonii, a na szczeblu federalnym – kanclerza. Jednocześnie chodzi o to, by odnieść zwycięstwo w Europie. Rok 2029 musi stać się – jego zdaniem – „rokiem nowych Niemiec”.
Odnosząc się do wojny Rosji przeciwko Ukrainie Tino Chrupalla powiedział, że jego partia „doprowadzi do pokoju”, a mieszkający w Niemczech Ukraińcy będą wtedy musieli wrócić do swojego kraju. Obecnie uciekinierzy otrzymują pełne świadczenia, po które przyjeżdżają do urzędu „wypasionymi samochodami” – twierdzi szef AfD. „Trzeba z tym skończyć. Wszyscy Ukraińcy muszą wrócić” – powiedział polityk cytowany przez „FAZ”.
Według ostatnich sondaży Alternatywa dla Niemiec depcze po piętach rządzącej krajem chadeckiej CDU/CSU, ciesząc się poparciem 23–26 proc. wyborców. Chadecy mają w sondażach poparcie na poziomie 26–28 proc.
Obserwujemy wyraźny powrót do państwa narodowego
.Istnieje ryzyko, że Europa wkrótce zamieni się w cmentarzysko upadłych potęg. Ale jeszcze nim nie jest. I cały czas ma szansę zachować swoją pozycję – mówi prof. Andreas RÖDDER
Agaton KOZIŃSKI: Kanclerz Friedrich Merz chce stworzyć największą armię konwencjonalną w Europie. O czym myślą Niemcy, gdy słyszą takie propozycje?
Andreas RÖDDER: Myślą o dziwnej kombinacji kilku czynników. Z jednej strony mamy niemiecką determinację, by przejąć przywództwo w demokratycznej Europie w celu obrony Unii Europejskiej, zachodnich wartości, praworządności. Tego wszystkiego, czym stała się Europa po 1990 r. Ale z drugiej strony – w ramach powojennego porządku światowego – Niemcy nie zdołały odegrać wiodącej roli. Nigdy nie stały się takim liderem, jakim powinny być według słów Radosława Sikorskiego z 2011 r.
– Szef polskiego MSZ podczas wystąpienia w Berlinie mówił wtedy, że mniej się boi niemieckiej hegemonii niż niemieckiej bezczynności. Te jego uwagi do dziś silnie rezonują politycznie. W Niemczech także?
– Tak, ten cytat zyskał w Niemczech status kultowego. Uważam też, że to absolutna prawda. Oddzielna sprawa, że każda osoba znająca historię będzie podchodzić do takiego oświadczenia z pewną ostrożnością. Chodzi także o twierdzenia, że Niemcy powinny mieć największą armię w Europie. Ale też uważam, że nie ma to takiego samego znaczenia jak 80 lat temu. To nie jest tak – jak mówił w 2011 r. polityk CDU/CSU Volker Kauder – że „Europa mówi po niemiecku”, tamto stwierdzenie było bardzo nieprzemyślane z jego strony. Niemcy są jednak czasami nieco nieostrożni, jeśli chodzi o to, jak ich słowa mogą zostać odebrane przez innych.
– Widzę dwie sprzeczności i jedną wątpliwość w tym, co Pan Profesor mówi. Pierwsza sprzeczność – czy trzeba budować armię, by bronić europejskich wartości? Druga – czy rzeczywiście można twierdzić, że wielka armia będzie się radykalnie różnić od tej sprzed 80 lat? I wątpliwość – czy Niemcy są w ogóle w stanie taką armię zbudować? Zapowiadał to już poprzedni kanclerz Olaf Scholz, ale ten proces nie wyszedł poza papierowe opracowania.
– Zacznę od końca, bo podzielam tę wątpliwość – nie ma żadnej pewności, że obecny rząd jest w stanie zrealizować ten projekt. Trzeba pamiętać, że partnerem koalicyjnym CDU/CSU jest SPD, a to partia nastawiona pacyfistycznie, sceptycznie podchodząca do zwiększania wydatków na obronność. Musimy poczekać, by przekonać się, na ile zapowiedzi kanclerza Merza będą realizowane. Choć też mam wrażenie, że w Niemczech pod tym względem sytuacja się zmieniła, jest dziś więcej woli politycznej do działania, niż było za czasów Angeli Merkel czy Olafa Scholza. Na pewno Berlin wyraźniej formułuje wolę zdecydowanej samoobrony Niemiec i Europy.
W odniesieniu do Pana kolejnego pytania o różnicę między armiami – obecną i tą z trzeciej dekady XX wieku. W tym wszystkim nie chodzi o samo wojsko, lecz o system polityczny, który za nim stoi. Dziś chodzi o samoobronę Niemiec, kraju szanującego i chroniącego prawa człowieka, demokrację, praworządność, przed dyktatorskim, ekspansywnym reżimem. To zupełnie inna sytuacja niż wtedy, kiedy w Berlinie rządził nazistowski reżim prowadzący imperialną politykę za pomocą siły. To naprawdę ma znaczenie. Ramy współczesnej niemieckiej polityki są oparte na twardych zasadach.
Jeśli chodzi o pierwszą sprzeczność, to też jej nie dostrzegam. Przecież demokracje zawsze muszą posiadać możliwości obrony. Proszę sobie przypomnieć konfrontację ze Związkiem Radzieckim lub Niemcami hitlerowskimi – demokracje we Francji, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych musiały się przed nimi bronić. Dziś również państwa demokratyczne muszą się bronić przed ekspansjonistycznymi państwami, takimi jak Rosja, Chiny czy Iran. Niemcy przekonali się o tym jako ostatni, najdłużej uważali, że cały czas można polegać na tzw. dywidendzie pokojowej. Ale teraz Berlin uczy się tego, czego przez dziesięciolecia nie chciał robić.
– Podkreśla Pan, że nie można współczesnych Niemiec porównywać z tymi z czasów nazizmu, że obecnie niemiecka polityka funkcjonuje w oparciu o twarde zasady – dlatego też rozbudowa Bundeswehry nie jest kłopotem. A jak to będzie wyglądało, jeśli do władzy dojdzie AfD?
– Rozumiem, skąd się bierze Pana pytanie, i zapewniam, że niemiecka klasa polityczna – zwłaszcza chrześcijańscy demokraci – odczuwają ogromną odpowiedzialność za sytuację polityczną w kraju, która jest głęboko zakorzeniona w historii. Dotyczy to zwłaszcza polityki wobec krajów bałtyckich i Polski. Mówię to jako chrześcijański demokrata. Naszym głębokim historycznym obowiązkiem jest dopilnowanie, aby to, co wydarzyło się w 1939 roku, nigdy więcej się nie powtórzyło. Naszym głębokim historycznym i politycznym obowiązkiem jest również ochrona Polski i krajów bałtyckich przed zagrożeniem ze strony Rosji. I nie chodzi mi tylko o CDU/CSU, ale też o liberałów czy Zielonych.
– Akurat Zieloni zawsze byli przeciw Nord Stream.
– Zgadza się. Natomiast są wątpliwości, jak do tego niemieckiego zobowiązania podchodzą partie lewicowe, które są prorosyjskie. SPD ma dziwną tradycję przywiązania do polityki ustępstw i odprężenia wobec Moskwy Willy’ego Brandta z lat 70.
– Ale dziś to AfD rośnie w siłę, nie partie lewicowe.
– Tak, obawa przed AfD jest absolutnie uzasadniona. Jej sondażowy wzrost to konsekwencja bieżącej polityki. Ta partia została w Bundestagu otoczona kordonem sanitarnym, a to sprawiło, że się skonsolidowała, jej sympatycy zaczęli mocniej solidaryzować się ze sobą.
PAP/MJ





