Nowy papież na nowym Bliskim Wschodzie [Michał KŁOSOWSKI]

Nowy papież -

Pielgrzymka Leona XIV do Turcji i Libanu to pierwszy poważny test nowego pontyfikatu i jednocześnie sygnał, w jakiej logice papież myśli o Kościele, o świecie i o jego najtrudniejszych punktach zapalnych do których w końcu należy Bliski Wschód. O ile Nicea i 1700. rocznica pierwszego soboru stanowią oczywistą ramę historyczną tej podróży, o tyle wybór Libanu jako drugiego celu to decyzja, która mówi o współczesnym papiestwie zdecydowanie więcej, niż wszystkie dotychczasowe jego wystąpienia.

Nowy papież na nowym Bliskim Wschodzie

.Liban nie jest bowiem zwykłym punktem na mapie papieskich podróży. Od zawsze był to symbol i zwornik całej bliskowschodniej układanki. Jak powiedziała mi ostatnio libańska watykanistka Romy al-Habir, to dziś „ostatnia szansa na ocalenie chrześcijańskiego pluralizmu w regionie”. I rzeczywiście: po latach kryzysów politycznych, ekonomicznych i demograficznych Liban stoi na krawędzi, a jego chrześcijanie, zwłaszcza maronici, jedna z najstarszych wspólnot chrześcijańskich świata, nadal trwają, choć ich siły są coraz bardziej nadwątlone.

Wybierając Liban, Leon XIV wysyła sygnał niemal profetyczny, a jednocześnie głęboko geopolityczny w watykańskim sensie tego słowa: świat musi zacząć chronić chrześcijan Libanu, zanim ci staną się jedynie wspomnieniem historycznym, tak jak to stało się w Anatolii i Mezji. To jest także konsekwencja jego pierwszych miesięcy pontyfikatu — w których papież stawia na małe wspólnoty, peryferie i tych, którzy w Kościele czują się niesłyszani. To również czytelne dziedzictwo Franciszka, który myślał o Kościele „od dołu”, od peryferii.

.Wybór Libanu ma znaczenie również w relacjach z Izraelem, Syrią i Turcją. Papież pokazuje, że nie chce dialogu ponad głowami lokalnych Kościołów, lecz razem z nimi, w ich dramatach, nadziejach i w ich bardzo delikatnym kontekście wyznaniowym.

To papieska dyplomacja, która nie łudzi się siłą gestów, ale wie, że to relacje i obecność czynią różnicę.

Obydwa kraje są muzułmańskie większościowo, ale historia, pozycja i kondycja chrześcijan w obu przestrzeniach są zupełnie różne. Turcja to Kościół niezwykle mały, kruchy, niemal niewidzialny. Katolicy stanowią ułamek promila populacji. Instytucjonalnie są ograniczeni, a trudności dotyczą własności, edukacji, prowadzenia szkół i działalności charytatywnej. Republika jest oficjalnie laicka, ale w praktyce przestrzeń publiczna wypycha chrześcijaństwo do sfery prywatnej. Rana związana z ponownym przekształceniem Hagii Sophii w meczet pozostaje żywa.

Liban to zupełnie inna opowieść: ostatnie państwo arabskie, w którym chrześcijaństwo jest częścią rdzenia politycznego i kulturowego. Jest tam wciąż żywa infrastruktura kościelna — szkoły, szpitale, organizacje społeczne, prężne życie kulturowe. To jedyny kraj regionu, w którym chrześcijanie wciąż zachowują rolę podmiotową, a nie tylko symboliczną. Ale jest to podmiotowość zagrożona: demografia, emigracja młodych, kryzys gospodarczy, oraz rosnące wpływy ugrupowań wspieranych przez Iran sprawiają, że przyszłość tej równowagi jest dramatycznie niepewna.

Nicea to historia. Ale ta podróż to dużo więcej niż jubileusz teologiczny. To również scheda po Franciszku, swoisty testament poprzedniego papieża w kwestiach jedności Kościoła i troski o peryferie.

Patriarcha Bartłomiej I mówi wprost o „odbudowie jedności Kościoła Chrystusowego”. Nie chodzi oczywiście o spektakularny akt pojednania, lecz o konsekwentne pogłębianie dialogu. Jedność rodzi się nie podczas konferencji prasowych, ale przy stole, w rozmowach teologów i we wspólnych gestach pokory. To logika Leona XIV. Ten papież woli rozmowę od deklaracji, spotkanie od ceremonii. Ta wizyta to seria poufnych spotkań z hierarchami Kościołów wschodnich i przywódcami politycznymi regionu; to wzmacnianie punktów styku, nie różnic. To dyplomacja stoły, nie trybuny.

.Dla współczesnej dyplomacji Watykanu ochrona chrześcijan na Bliskim Wschodzie to priorytet absolutny. Bez stabilnego Libanu i bez dialogu z Turcją obecność chrześcijan w regionie będzie dalej się kurczyć.

To także dziedzictwo Franciszka, ale Leon XIV realizuje je po swojemu: przez relacje, nie przez struktury, od dołu, nie centralnie. Papież podkreśla wagę młodych, migrantów i małych wspólnot — a Bliski Wschód jest miejscem, gdzie to wszystko styka się w sposób najbardziej dramatyczny.

Ta podróż ma potencjał, by zdefiniować Leona XIV na arenie międzynarodowej — nie jako reformatora struktur, ale jako papieża, który rozumie złożoność współczesnego świata, jak na Amerykanina przystało. 

Leon XIV potrafi połączyć wielkie symbole historii Kościoła — Niceę — z bardzo konkretną troską o współczesność — Liban. To papież, który myśli jednocześnie teologicznie i geopolitycznie, co zresztą dobrze wpisuje się w jego amerykańską wrażliwość i formację intelektualną. Wybór Turcji i Libanu pokazuje wiec, że to papież długiego oddechu, który nie boi się przejmować kwestii pozostawionych przez Franciszka: jedności chrześcijan, stabilności regionu, roli małych wspólnot i pozycji watykańskiej dyplomacji. Stawia na rozmowy, na spotkania, na cichą, cierpliwą obecność. To faktycznie papież międzyświata. I ta podróż do Turcji i Libanu pokazuje to najjawniej.

Michał Kłosowski 
Rzym

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 27 listopada 2025
Fot. Vatican News