Leon XIV w tureckiej Nicei

Papież Leon XIV rozpoczyna swoją pierwszą zagraniczną podróż. Ponad pół roku po wyborze papież z USA odwiedzi Turcję i Liban. Wizyty te planował jego poprzednik Franciszek, zmarły w kwietniu. Leon XIV przyleci koło południa na kilka godzin do Ankary, a wieczorem rozpocznie wizytę w Stambule.
Głównym powodem pielgrzymki jest 1700. rocznica fundamentalnego wydarzenia w dziejach chrześcijaństwa, czyli Soboru Nicejskiego
.To będzie podróż pod znakiem pokoju i z takim przesłaniem – zapowiedziano w Watykanie.
Pielgrzymka będzie łączyć aspekty wiary, dialogu ekumenicznego i międzyreligijnego oraz polityki. Będzie też pierwszym zagranicznym testem dla nowego papieża.
Głównym powodem pielgrzymki jest 1700. rocznica fundamentalnego wydarzenia w dziejach chrześcijaństwa, czyli Soboru Nicejskiego – pierwszego zgromadzenia biskupów, które odbyło się w obecnej miejscowości Iznik w Turcji. Dawniej nosiła nazwę Nicea. Jego najważniejszą spuścizną jest wyznanie wiary, które do czasów obecnych wyznaje około 2,5 mld chrześcijan.
Według historyków Kościoła wydarzenie sprzed 1700 lat miało ważne znaczenie dla relacji z władzą świecką, bo to cesarz je zwołał i przewodniczył niektórym obradom. To zaś oznacza, że właśnie tam można doszukać się korzeni „sojuszu tronu z ołtarzem”, jak zaznaczono w portalu Vatican News.
Na początku XIII wieku ówczesna Nicea stała się stolicą Cesarstwa Nicejskiego i centrum odrodzenia Cesarstwa Bizantyńskiego. W kolejnym stuleciu miasto zostało zdobyte przez Turków i wcielone do Imperium Osmańskiego.
Miasto zostało poważnie niszczone w wyniku kilku trzęsień ziemi i za każdym razem je odbudowywano.
W 2014 roku odkryto tam ruiny chrześcijańskiej bazyliki św. Neofita, zatopione przez wody jeziora.
W programie wizyty Leona XIV w Izniku jest ekumeniczne spotkanie modlitewne w miejscu prac archeologicznych przy ruinach tej świątyni.
W opublikowanym tuż przed podróżą liście apostolskim „In unitate fidei” (W jedności wiary) papież podkreślił, że Sobór Nicejski był pierwszym ekumenicznym wydarzeniem w historii chrześcijaństwa i zwrócił uwagę na aktualność jego przesłania; także kulturową i społeczną.
Zaznaczył: „Jest opatrznościowym zbiegiem okoliczności, że w tym Roku Świętym, poświęconym naszej nadziei, którą jest Chrystus, obchodzimy również 1700. rocznicę pierwszego Soboru Ekumenicznego w Nicei, który w 325 r. ogłosił wyznanie wiary w Jezusa Chrystusa, Syna Bożego. Jest to sedno wiary chrześcijańskiej”.
„Daje nam ono nadzieję w trudnych czasach, w których żyjemy – pośród wielu trosk i obaw, zagrożeń wojną i przemocą, klęsk żywiołowych, poważnych niesprawiedliwości i nierówności, głodu i nędzy, których doświadczają miliony naszych braci i sióstr” – zauważył Leon XIV.
Dodał, że czasy Soboru Nicejskiego były nie mniej burzliwe, a w Kościele rozgorzały wtedy spory i konflikty.
Papież zwrócił uwagę na bezprecedensową liczbę ponad 300 zebranych biskupów.
Napisał, że niektórzy z nich nadal nosili ślady tortur, jakim zostali poddani podczas prześladowań chrześcijan.
Odnosząc się do obecnego dialogu ekumenicznego i jego postępów, Leon XIV ocenił: „To, co nas łączy, jest naprawdę czymś znacznie większym, niż to, co nas dzieli! Tak więc w świecie podzielonym i rozdartym przez wiele konfliktów, jedyna powszechna wspólnota chrześcijańska może być znakiem pokoju i narzędziem pojednania”.
Przypomniał, że Jan Paweł II mówił o świadectwie wielu chrześcijańskich męczenników, pochodzących ze wszystkich Kościołów i wspólnot. Ich pamięć, zaznaczył Leon XIV, „jednoczy nas i pobudza do bycia świadkami i budowniczymi pokoju na świecie”.
„Aby móc w sposób wiarygodny wypełnić tę posługę, musimy wspólnie kroczyć ku jedności i pojednaniu między wszystkimi chrześcijanami” – zaznaczył.
Do podróży do Turcji dodano wizytę w Libanie, jednym z kluczowych państw Bliskiego Wschodu; kraju o wysokiej tolerancji religijnej i jednocześnie jednym z zapalnych punktów w regionie.
To rejon konfliktu między Izraelem a Hezbollahem, a innym powodem niestabilności jest trudna sytuacja ludności. Po wieloletniej wojnie domowej w kolejnych dekadach Liban nie zaznaje spokoju. Na jego południu nasilają się ataki sił izraelskich na posterunki i bazy sił ONZ – UNIFIL. W niedzielę w izraelskim ataku w Bejrucie zginął jeden z liderów Hezbollahu, wspieranej przez Iran libańskiej organizacji szyickiej.
Oczekuje się mocnego apelu papieża o pokój na całym Bliskim Wschodzie, przede wszystkim w Strefie Gazy.
Papież spotka się z prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoganem, odgrywającym jedną z kluczowych ról w relacjach między Wschodem a Zachodem i wykorzystującym strategiczne położenie swojego kraju, by wzmocnić jego znaczenie w NATO, w relacjach z UE, a także z Rosją i Ukrainą.
Hasłem wizyty apostolskiej w Turcji są słowa: „Jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest”.
Leon XIV odwiedzi Turcję jako piąty papież. W 1967 roku wizytę w tym kraju złożył Paweł VI, a w 1979 roku, na początku pontyfikatu – Jan Paweł II. Wtedy odwiedził Błękitny Meczet w Stambule. Była to „wizyta nieoficjalna i dyskretna” – tłumaczono po latach, gdy ujawniono tę wiadomość.
Benedykt XVI był w Turcji w 2006 roku, a Franciszek – w 2014 roku.
Hasłem wizyty w Libanie, która potrwa od 30 listopada do 2 grudnia, są słowa „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój” z Ewangelii według świętego Mateusza. Zawierają one przesłanie wizyty: pocieszenie dla narodu libańskiego, zachętę do dialogu, pojednania i zgody między wspólnotami.
27 grudnia około południa Leon XIV przybędzie na kilka godzin do stolicy Turcji, Ankary. Pojedzie do Mauzoleum Ataturka, założyciela Republiki Turcji i jej pierwszego prezydenta, marszałka Mustafy Kemala Ataturka (1881-1938).
Po spotkaniu z prezydentem Erdoganem wygłosi przemówienie do przedstawicieli władz i społeczeństwa.
Pod wieczór papież przybędzie do Stambułu.
28 grudnia Leon XIV spotka się tam z duchowieństwem w katedrze Ducha Świętego.
Papież Leon weźmie udział w wydarzeniu ekumenicznym i międzyreligijnym
.Potem uda się do Izniku, czyli miejsca Soboru Nicejskiego, zwołanego przez cesarza Konstantyna I Wielkiego w 325 roku pierwszego soboru powszechnego. Chciał on zjednoczyć chrześcijan i rozstrzygnąć spory, a jego udział podkreślił rosnące znaczenie chrześcijaństwa w Cesarstwie Rzymskim.
W Izniku papież weźmie udział w ekumenicznym spotkaniu modlitewnym nad jeziorem, na dnie którego znajdują się resztki antycznej bazyliki.
29 listopada odwiedzi w Stambule Błękitny Meczet. Spotka się również z przywódcami kościołów i wspólnot chrześcijańskich oraz z ekumenicznym patriarchą Konstantynopola Bartłomiejem I – honorowym zwierzchnikiem około 300 mln wyznawców prawosławia.
Po południu papież odprawi mszę na miejscowym stadionie.
30 grudnia, w ostatnim dniu pobytu w Stambule, Leon XIV odwiedzi katedrę ormiańską i weźmie udział w uroczystej liturgii w prawosławnej katedrze św. Jerzego.
Następnie odleci do stolicy Libanu, Bejrutu.
Kraj ten odwiedził Paweł VI w 1964 roku, a w 1997 roku – Jan Paweł II. W 2012 roku był tam Benedykt XVI.
W pierwszym dniu wizyty Leon XIV spotka się z prezydentem Libanu Josephem Aounem i wygłosi przemówienie do władz.
1 grudnia papież pojedzie do miejscowości Annaja, znanego chrześcijańskiego centrum pielgrzymkowego. W tamtejszym monasterze maronickim znajduje się grób św. Szarbela Machlufa, mnicha i pustelnika, który żył w XIX wieku.
Następnie w narodowym sanktuarium maryjnym w Harissie Leon XIV spotka się z duchowieństwem.
W Bejrucie weźmie udział w wydarzeniu ekumenicznym i międzyreligijnym, a potem spotka się z młodzieżą.
2 grudnia, w ostatnim dniu wizyty w Libanie, papież odwiedzi w Bejrucie szpital prowadzony przez siostry franciszkanki. Będzie też w miejscu wybuchu w bejruckim porcie 4 sierpnia 2020 roku, w którym ponad 200 osób zginęło, a 7,5 tys. zostało rannych.
Na zakończenie pobytu papież odprawi mszę na wybrzeżu. Po południu wróci do Rzymu.
Droga Leona XIV
.W świecie, który staje się coraz bardziej policentryczny, papież nie może być już tylko „Rzymianinem” w sensie kulturowym, ale człowiekiem, który łączy wiele światów: języków, doświadczeń, duchowości. De facto więc wraca do tejże rzymskości rdzenia: caput mundi – pisze Michał KŁOSOWSKI.
Wybór kardynała Roberta Prevosta na papieża Leona XIV to zarówno świadectwo manifestacji ludu, które rozpoczęło się spontaniczną, ale niezwykle intensywną obecnością setek tysięcy wiernych w Watykanie i wzdłuż wiodącej do Watykanu via Conciliazione już od momentu hospitalizacji i śmierci Franciszka, jak i pewnej ciągłości. Był to moment, w którym niewidzialna siła wiernych i ich wpływ „z dołu” dotarły do samego centrum Watykanu, niewątpliwie zmęczonego ostatnimi latami pontyfikatu Franciszka i wszechobecnością jezuitów. Proces konklawe 2025 ukazał bowiem nie tylko polityczne kalibracje wśród purpuratów, ale i duchową nić, która łączy Kościół instytucjonalny ze wspólnotą wiernych.
Kardynał Robert Prevost przez lata funkcjonował „na pograniczu” – Ameryki Łacińskiej i Europy, misjonarskiej prostoty i watykańskiego rygoryzmu. Jako prefekt Dykasterii ds. Biskupów budował mosty między episkopatami, słuchał lokalnych głosów i odczytywał znaki czasu. Jego wybór był odpowiedzią nie tylko na pytanie „kto ma prowadzić?”, ale i „dokąd mamy iść?”, postawione w procesie synodalnym jeszcze przez papieża Franciszka. Wybór papieża „z międzyświata” to była manifestacja dążenia ludu do Kościoła inkluzywnego i refleksyjnego, lepiej słuchającego różnych tonów rzeczywistości, a nie tylko jednego, narzuconego – czy to konserwatywnego, czy liberalnego.
John Prevost, brat papieża, trafnie podsumował w brytyjskim „The Guardian” jego charakter: „Middle of the road” – ani skrajnie konserwatywny, ani rewolucyjnie progresywny. To określenie niesie w sobie coś więcej niż tylko wygodne polityczne wyważenie: oddaje głęboką duchową intuicję, że Kościół potrzebuje obecnie pasterza, który nie ulega naciskom ani skrajnej prawicy, marzącej o restauracji trydenckiej liturgii i potępienia modernizmu, ani środowisk forsujących radykalną reformę doktryny moralnej czy struktur władzy. Wybór kard. Roberta Prevosta to więc nie tyle kompromis, ile świadome wskazanie na drogę dialogu, cierpliwości i rozeznania, drogę, którą rozpoznaje i wspiera wielu wiernych na całym świecie, choć może nie tak wielu biskupów, uwikłanych w lokalną, a czasem nawet narodową politykę.
Manifestacja ludu, której konsekwencją był wybór kardynała Roberta Prevosta, wyrażała się nie tyle w demonstracjach czy medialnych apelach, ile właśnie w tej cichej, ale masowej potrzebie przewodnika, który potrafi połączyć ogień i wodę – katolików z Północy i Południa, duchowieństwo i świeckich, tradycję i otwartość, stary i nowy świat. Leon XIV staje się odpowiedzią na soborową intuicję Ludu Bożego, który coraz wyraźniej komunikuje, że prawdziwa jedność nie polega na narzuceniu jednej wizji, lecz na umiejętności życia w napięciu – bez ucieczki w uproszczenia. Papież „ze środka drogi” staje się więc nie tyle środkiem między skrajnościami, ile symbolem duchowej dojrzałości Kościoła, który dojrzewa przez napięcia, nie przez ich unikanie.
Wybór kardynała Roberta Prevosta na Stolicę Piotrową był oczywiście zaskoczeniem dla wielu obserwatorów, ale dla tych, którzy śledzili bieg pontyfikatu Franciszka i narastające napięcia w Kościele powszechnym, miał w sobie głęboką logikę. Kardynał Robert Prevost nie był „papabile” w klasycznym tego słowa znaczeniu – nie był medialnym kandydatem, nie stał na czele żadnego z wyraźnie zarysowanych bloków, nie miał za sobą dużego zaplecza kurialnego ani twardego lobby progresywnego. A jednak to właśnie on uosabiał coś, czego szukała duża część Kościoła: zdolność łączenia przeciwieństw, słuchania różnych wrażliwości i szukania realnych duszpasterskich odpowiedzi w świecie, który przestał być jednolity, a jest coraz bardziej wielobiegunowy i polifoniczny. Jednocześnie był znany i rozpoznawalny wśród kleru, choć może mniej wśród dziennikarzy czy samych wiernych.
Bo kardynał Robert Francis Prevost przez lata funkcjonował „na pograniczu” i w wielogłosie – Ameryki Łacińskiej i Europy, misjonarskiej prostoty i watykańskiego rygoryzmu, teologicznej ortodoksji i duszpasterskiej elastyczności. Pochodzi z Chicago, przez dekady posługiwał jako zakonnik i biskup w Peru, osiadł zaś w Rzymie, centrum Kościoła, ściągnięty tu niejako przez papieża Franciszka. Był człowiekiem, który nie tylko znał świat globalnego Południa, ale był przez niego uformowany – nie jako obserwator, ale jako uczestnik. Tam nauczył się, że Kościół musi być obecny nie jako strażnik prawdy z góry, ale jako towarzysz, który słucha, rozeznaje i działa w konkretnej sytuacji. A to pomysł na Kościół, przy którym twardo obstawał poprzedni papież.
Jako prefekt Dykasterii ds. Biskupów Robert Prevost odegrał kluczową rolę w reformowaniu sposobu doboru hierarchów na całym świecie. Jego podejście było mniej „technokratyczne”, a bardziej synodalne: słuchać lokalnych wspólnot, rozumieć ich realia, uwzględniać różnorodność duchowości, kultur, wyznań oraz wyzwań. Wielokrotnie w swoich działaniach kierował się nie tyle logiką „przywiezienia” biskupa z zewnątrz, ile umocnienia pasterzy wyrastających z kontekstu lokalnego, dobrze rozumiejących swoje owczarnie. Ten styl zarządzania był nie tylko zgodny z duchem Franciszka, ale przygotowywał grunt pod nowy model Kościoła, który wyłania się dzisiaj.
Wybór papieża „z międzyświata” to więc manifestacja nowego typu katolickiej świadomości. Ludu, który nie potrzebuje już mocnego centrum narzucającego jedną linię, lecz Kościoła refleksyjnego, który zna swoją różnorodność i akceptuje ją jako dar, a nie zagrożenie i w tej różnorodności, w oparciu o Chrystusa, próbuje dialogować ze sobą i z otaczającą rzeczywistością. W świecie, który staje się coraz bardziej policentryczny, papież nie może być już tylko „Rzymianinem” w sensie kulturowym, ale człowiekiem, który łączy wiele światów: języków, doświadczeń, duchowości. De facto więc wraca do tejże rzymskości rdzenia: caput mundi.
To właśnie jest pragmatyzm synodalny rozumiany nie jako rewolucja doktrynalna, nie dekonstrukcja tradycji, ale próba zbudowania nowej formy jedności w wielości. To styl, który odrzuca zarówno klerykalny centralizm, jak i utopijny egalitaryzm, a stawia na rozeznanie, wspólnotę i czas. W tym sensie Leon XIV nie tyle zrywa z tradycją, ile ją reinterpretuje: ukazuje, że wierność nie musi oznaczać stagnacji, a zmiana nie musi oznaczać zdrady. I że nie wszystkie zmiany są konieczne.
W świecie, gdzie coraz trudniej o jednoznaczne autorytety, a Kościół mierzy się z kryzysami tożsamości i wiarygodności, taki synodalny papież może stać się figurą proroczą nie przez spektakularne gesty, lecz przez codzienne budowanie przestrzeni dialogu i odpowiedzialności, codzienne ukazywanie się wiernym. Pragmatyzm Leona XIV, jego język, gesty, wybory personalne i sposób zarządzania pokazują już teraz, że pontyfikat może być szkołą słuchania, nie tylko nauczania. I być może właśnie tego dziś najbardziej potrzebuje Kościół: nie nowej doktryny, lecz nowego stylu obecności w świecie, w którym komunikatów jest znacznie więcej niż odbiorców; w świecie, który krzyczy jak nigdy dotąd; w świecie postępującej AI-demii, gdzie tworzone cyfrowo przez sztuczną inteligencję treści zaczynają zalewać rzeczywistość.
Wybór kardynała Roberta Prevosta na papieża Leona XIV to więc coś więcej niż tylko kolejny rozdział w dziejach papiestwa. To manifest. Manifestacja ludu, który mówi: „dosyć”. Dosyć wykorzystywania Kościoła jako narzędzia w politycznych wojnach kulturowych. Dosyć sprowadzania duchowości do sojuszy z ideologiami. Dosyć czarno-białego myślenia, które przez lata dzieliło katolików na „prawdziwych” i „progresywnych”, „wiernych” i „zdrajców”.
W sercu tego wyboru nie stoi ideologia, lecz pragnienie. Pragnienie Kościoła, który znowu potrafi słuchać, rozeznawać, być obecnym nie tylko w doktrynie, ale i w życiu. Leona XIV nie wybrali ani konserwatyści, ani progresiści. Wybrał go lud Kościoła – znużony grą o wpływy, a spragniony jedności – jasno deklamując to zgromadzonym w kaplicy Sykstyńskiej hierarchom.
Symboliczne znaczenie pontyfikatu Leona XIV rysuje się więc szczególnie wyraźnie na tle głębokiej polaryzacji amerykańskiego katolicyzmu. Kościoła, który w ostatnich dekadach coraz częściej przypominał odprysk partyjnego sporu niż Ciało Mistyczne Chrystusa, a który w ostatnich latach uformowany został przez kryzysy silniejsze może niż gdzie indziej. Ale też Kościoła, który przez te kryzysy przeszedł i wyszedł z nich silniejszy. A amerykański katolik był często definiowany nawet nie tyle przez sakramenty, ile przez to, czy głosował na Trumpa, popierał Bidenową politykę imigracyjną, czy uczestniczył w Marszu dla Życia. Śmiało można powiedzieć, że był to Kościół nie tyle czasów ostatecznych, ile wojen kulturowych. Tymczasem kardynał Robert Prevost – zakonnik z Chicago, ale z duszą peruwiańskiego misjonarza – był przez całe życie w opozycji do takich uproszczeń. Nie odcinał się od kwestii moralnych, ale rozumiał, że moralność bez kontekstu i miłosierdzia zamienia się w dogmatyczne narzędzie opresji. Nie relatywizował doktryny, ale wiedział, że każda doktryna bez duszpasterskiej mądrości staje się pusta i w konsekwencji upadnie.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/michal-klosowski-droga-leona-xiv/
PAP/MB


