Oscar dla filmu „Wartość sentymentalna” za najlepszy film międzynarodowy

Oscar dla filmu „Wartość sentymentalna” to najważniejsza wiadomość wydań mediów w Norwegii. Obraz Joachima Triera to pierwszy norweski film fabularny z amerykańskim wyróżnieniem. Relacje zdominował zachwyt nad filmem i czerwoną suknią Renate Reinsve.
„Wartość sentymentalna” z nagrodą Oscara
.Dziennik „Aftenposten” podkreślił, że zwycięstwo Triera jest wydarzeniem bez precedensu dla norweskiego kina. Norwegia była wcześniej siedem razy nominowana w kategorii filmu międzynarodowego, lecz dopiero teraz zdobyła statuetkę. Gazeta określiła nagrodę jako „fantastyczną i w pełni zasłużoną”.
Dla komentatorki kulturalnej telewizji NRK Inger Merete Hobbelstad sukces Triera ma znaczenie nie tylko symboliczne, ale także praktyczne dla całej branży filmowej. Porównując tę nagrodę do olimpijskich sukcesów norweskich sportowców, dziennikarka wyraziła nadzieję, że tegoroczny Oscar wzmocni pozycję norweskich twórców na rynku międzynarodowym i przyciągnie nowe finansowanie dla produkcji filmowych.
– To równie ważne jak złote medale Johannesa Hosflota Klaebo (norweski biegacz narciarski) – oceniła, wskazując, że takie wyróżnienia mogą przyciągać uwagę świata do niewielkiej branży z małego kraju.
Film Triera był nominowany w dziewięciu kategoriach, co samo w sobie uznawano w Norwegii za ogromny sukces. Ostatecznie produkcja zdobyła jedną statuetkę – dla najlepszego filmu międzynarodowego.
Relacje z gali skupiły się również na czerwonym dywanie. Portale kulturalne i lifestyle’owe szeroko opisały kreację aktorki Renate Reinsve, nominowanej do Oscara za pierwszoplanową rolę u Triera. Norweżka pojawiła się w prostej, głęboko czerwonej sukni, wzbudzając zachwyt komentatorów i stylistów. Magazyn „Vanity Fair” określił jej stylizację jako „perfekcyjną i unikalną formę seksownego minimalizmu”. Cytowani przez dziennik „Aftenposten” amerykańscy eksperci modowi uznali Reinsve za jedną z najbardziej interesujących postaci na czerwonym dywanie, a jej stylizację – za „łączącą prostotę z mocnym efektem wizualnym”. „Wartość sentymentalna” to najnowszy film Joachima Triera, reżysera nominowanego wcześniej do Oscara filmu „Najgorszy człowiek na świecie” (2021).
Jedna bitwa po drugiej, czyli barykada z latte
.O One Battle After Another (Jedna bitwa po drugiej) z Leonardo di Caprio i o amerykańskiej tęsknocie za rewolucją, która nigdy się nie wydarzyła – pisze Margot ROUSSEAU na łamach „Wszystko co Najważniejsze”.
One Battle After Another (Jedna bitwa po drugiej) Paula Thomasa Andersona nie jest filmem o rewolucji. Jest filmem o wstydzie z jej braku. O pragnieniu, by móc powiedzieć, sobie i innym, że także Ameryka potrafiła stanąć przeciw własnemu państwu, że umiała wyprodukować bunt, który nie był tylko korektą systemu, lecz jego zaprzeczeniem. To kino liberalnej elity, która chciałaby być dziedzicem królobójców, ale pozostaje spadkobiercą administratorów.
Oni wszyscy chcieliby budować barykady, strzelać, wysadzać, a potem u psychiatry leczyć się z PTSD wreszcie prawdziwego, a nie urojonego w literackiej fikcji.
Stany Zjednoczone powstały w drodze buntu, który od początku był kontrolowany. Ich rewolucja nie była europejskim zerwaniem metafizycznym, lecz pragmatyczną secesją. Tocqueville widział w niej triumf obyczaju nad gwałtem, Burke — dowód, że można zmienić porządek, nie niszcząc fundamentów. Nie było gilotyny, terroru, masowej ofiary składanej idei. Była konstytucja, prawo, ciągłość. To doświadczenie ukształtowało kraj, który nauczył się zarządzać konfliktem, a nie go eskalować.
I właśnie dlatego Ameryka nigdy nie miała prawdziwej rewolucji; takiej, która wystawia wspólnotę na ryzyko samozniszczenia, która zmusza do wyborów ostatecznych, która nie oferuje powrotu do normalności. To, co Europa przeżyła w 1789 roku, w 1848, w 1871 czy w 1917, Amerykę ominęło. Nie dlatego, że była mądrzejsza moralnie, lecz dlatego, że jej porządek polityczny został skonstruowany tak, by rozładowywać bunt, zanim stanie się śmiertelny.
Jedna bitwa po drugiej jest próbą nadrobienia tego braku, wyobrażeniową kompensacją. Film Andersona chce pokazać, że także w Ameryce możliwy jest radykalizm, który przekracza patriotyczną lojalność; że można flirtować z herezją, nawet z przemocą, występując przeciw własnemu państwu. To brzmi odważnie, niemal bluźnierczo. Ale tylko do momentu, gdy przyjrzymy się stawce.
Bo stawki tu nie ma.
Bohater filmu nie jest rewolucjonistą w sensie europejskim. Jest kimś, kto odgrywa rewolucjonistę, jak aktor zakładający dawny kostium. Jego radykalizm jest retrospektywny, muzealny, pozbawiony ryzyka. On nie wchodzi w konflikt, który mógłby go zniszczyć — on wraca do roli, do wspomnienia, do stylu. Rewolucja zostaje tu pokazana nie jako wydarzenie, lecz jako performans, możliwy do powtórzenia i do przerwania.
To kraj ludzi, którzy marzą o męczeństwie bez męki, o śmierci za sprawę, która nic ich nie kosztuje. W Ameryce nie umiera się za idee, ponieważ system nie dopuszcza, by idee stały się śmiertelnie niebezpieczne. Każdy sprzeciw zostaje zawczasu oswojony: zamieniony w opinię, w postawę, w styl życia. Można być przeciw państwu, przeciw wojnie, przeciw kapitalizmowi — byle nie przeciw samej strukturze, która natychmiast przetwarza bunt w bezpieczny sygnał cnoty, pozbawiony realnej stawki i konsekwencji.
W tym sensie Jedna bitwa po drugiej jest filmem głęboko amerykańskim. Jego „radykalizm” mieści się w granicach kultury prestiżowej, jego bunt kończy się tam, gdzie zaczyna się komfort twórców i widzów. To kino, które pozwala powiedzieć: patrzcie, potrafimy być niepokorni, a jednocześnie gwarantuje, że nikt nie zapłaci za to ceny. Wręcz przeciwnie — za ten bunt można zostać nagrodzonym i zarabiać rekordowe stawki.
To bunt uczniaka, którego im głośniejsze gesty sprzeciwu, tym cieplejsze brawa nauczycieli. Radykalizm, który wzmacnia pozycję buntownika, nie jest radykalizmem — jest elementem systemu. Rewolucja, która kończy się Oscarami, jest tylko kolejną formą awansu.
Z europejskiej perspektywy ten film jest jednocześnie śmieszny i żałosny. Śmieszny, bo jego wyobrażenie rewolucji przypomina kawiarnianą inscenizację — barykadę z latte, flanelową koszulę zamiast więziennego drelichu, pościg zamiast ulicznej walki. Żałosny, bo zdradza głęboką zazdrość wobec historii, której się nie przeżyło.
Nie popieram rewolucjonistów francuskich. Nie popieram Maja ’68. Uważam wiele ich postulatów za destrukcyjne. Ale nie mogę odmówić im jednego: gotowości do poniesienia najwyższej ofiary. Oni wiedzieli, że stawką jest więzienie, wygnanie, czasem śmierć. Twórcy One Battle After Another wiedzą co najwyżej, że stawką jest opinia krytyków i lista nagród.
Amerykańska wolność jest zbyt szeroka, by dopuścić prawdziwy bunt. Daje tak rozległe ramy ekspresji, krytyki i sprzeciwu, że każda forma radykalizmu zostaje natychmiast wchłonięta. Można być antypaństwowym w kinie. Można flirtować z terroryzmem w estetycznej formie. Można „atakować system”, o ile system na tym zarabia.
LINK DO TEKSTU: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/margot-rousseau-jedna-bitwa-po-drugiej-one-battle-after-another/
PAP/ Mieszko Czarnecki/ LW





