Peter Thiel przyjechał do Wiecznego Miasta, by mówić o końcu czasu [Michał KŁOSOWSKI]

Peter Thiel, współtwórca cyfrowej infrastruktury współczesności, przyjechał do Wiecznego Miasta, by mówić o końcu czasu. Nie jako pielgrzym, lecz jako ktoś, kto rości sobie prawo do interpretacji a nawet kreacji.
„Watykan tupnął nogą i wskazał, że taka wizja świata daleka jest od chrześcijańskiej”
.Rzym ma pamięć dłuższą niż imperia, jakiekolwiek inne miejsce świata. Pamięta władców, którzy próbowali zatrzymać bieg dziejów, i teologów, którzy usiłowali go zrozumieć, cesarzy owładniętych żądzą walki i świętych, chcących ich powstrzymać… Pamięta też wszystkich, którzy wierzyli, że potrafią nadać ostateczny kształt historii. W marcu 2026 roku do tej pamięci dopisał się kolejny epizod, niepozorny, a jednak brzemienny w znaczenia.
Peter Thiel, współtwórca cyfrowej infrastruktury współczesności, przyjechał do Wiecznego Miasta, by mówić o końcu czasu. Nie jako pielgrzym, lecz jako ktoś, kto rości sobie prawo do interpretacji a nawet kreacji. Cztery zamknięte wykłady, bez adresu, bez jawnej agendy, z klauzulami poufności, od których odżegnały się wszystkie kościelne i watykańskie instytucje. A jednak wszystko natychmiast wypłynęło na światło dzienne, są bowiem tematy, które nie znoszą zamkniętych drzwi. A tak się składa, że apokalipsa zawsze była jednym z nich. Nie chodziło jednak o wizję z Patmos. Chodziło o coś znacznie bardziej współczesnego: próbę przekształcenia eschatologii w narzędzie polityczne.
W chrześcijaństwie mówienie o końcu świata zawsze było aktem pokory: nawet wtedy, gdy używano słów tak potężnych jak katechon, eschaton czy Antychryst. Towarzyszyła im świadomość, że historia wymyka się ludzkim modelom. U Thiela jednak te pojęcia zmieniają funkcję. Z przestrzeni kontemplacji stają się kategoriami operacyjnymi. Katechon zostaje wpisany w porządek instytucji i stabilności. Eschaton przesuwa się ku radykalnej moralności, która może ten porządek rozsadzać. Powstaje napięcie, nie takie jednak, które otwiera myślenie, lecz takie, które je unieruchamia. A to własnie wokół tych trzech pojęć Thiel oplotł swoje wystąpienia dając wrażenie, że teologia zaczyna przypominać planszę do gry, a historia przestaje być tajemnicą, stając się projektem.
Właśnie w tym miejscu padło słowo najważniejsze. Nie z ust Thiela, lecz franciszkanina Paolo Benantiego. Herezja, mocna diagnoza. Hairesis oznacza przecież wybór: wyrwanie fragmentu prawdy z całości i uczynienie z niego zasady absolutnej. Heretyk nie myli się całkowicie. Ma rację ale tylko częściową. I to właśnie czyni go niebezpiecznym. Tak, jak Petera Thiela. Bo z jednej strony ma on zapewne rację, gdy mówi o ryzykach: o technologii, która może stać się narzędziem totalnej kontroli; o pokoju, który bywa tylko inną nazwą dla nierównowagi; o instytucjach, które tracą zdolność działania. Tylko, że to nie są odpowiedzi a dopiero punkty wyjścia, które sam Thiel nadomiar wszytskiego tworzy. Buduje on bowiem wizję świata, w którym historia zaczyna przypominać pole walki zarządzane przez tych, którzy najlepiej rozumieją jej mechanizmy. Zawsze tak byo? René Girard — patron intelektualny tego myślenia — i jego teoria mimetycznego pragnienia, która u Girarda demaskuje źródła przemocy, u Thiela staje się narzędziem zarządzania rzeczywistością. Jeśli ludzie naśladują siebie nawzajem, to ten, kto kontroluje kanały imitacji — współczesne algorytmy, dane, przepływy informacji i komunikatów, media — kontroluje świat. Teoria? Nie, praktyka.
Amerykański, a założony przez Thiela, Palantir nie jest zwykłą firmą. Jest infrastrukturą widzenia; sposobem zapisywania i przewidywania rzeczywistości dokłądnie tak, jak było to u Tolkiena. Wszechwidzące oko technologii patrzy, kontrolujem przewiduje i wtłacza do glów to, co chce. Przede wzystkim napięcie, którego nie sposób zignorować: człowiek ostrzegający przed totalną kontrolą buduje narzędzia, które ją umożliwiają. To konsekwencja logiki, w której eschatologia staje się polityką, a polityka potrzebuje instrumentów.
W takiej logice bowiem Apokalipsa przestaje być objawieniem, stając się scenariuszem. Antychryst przestaje być figurą teologiczną zaczynając jawić się cyzmś, na kształt hipotezą geopolityczną. Sam pokój przestaje zaś być celem, a podejrzanym stanem równowagi, który może maskować przemoc. Taki świat zaczyna być interpretowany wyłącznie w kategoriach zagrożenia i zarządzania.
Nieprzypadkowo bowiem też ta wizja rodzi się w środowisku, które nauczyło się myśleć w kategoriach systemów. PayPal, sieci społecznościowe, platformy to nie są tylko produkty ale dziś już struktury organizujące relacje, pragnienia, wybory, zakupy a nawet relacje. Jeśli — jak chciał Girard — człowiek pragnie tego, co widzi u innych, to platforma decydująca, co dany człowiek widzi, staje się miejscem władzy. Nowa elita nie zdobywa świata przez instytucje ale po prostu przepisuje jego kod. I naturalnie, to przepisywanie, czy może więcej nadpisywanie, musi odbywać się w Rzymie, centrum cywilizacji Zachodu, tuż pod nosem papieża. Watykan jednak tupnął nogą i wskazał, że taka wizja świata daleka jest od chrześcijańskiej, mimo haseł zaczerpniętych wprost z teologicznwgo języka.
Dlatego spór o Thiela nie jest sporem o jednego człowieka ale jest w ogóle pytaniem o epokę. O moment, w którym najstarsze pytania ludzkości — o sens historii, o zło, o koniec, o sens w końcu— wracają w języku technologii, danych i algorytmów trafiając w ręce tych, którzy dysponują bezprecedensową władzą. Technobogaczy — nie tylko bogatych, lecz zdolnych do kształtowania samej struktury rzeczywistości.
„Peter Thiel widzi system, a tam, gdzie wiara widzi dar, on widzi kontrolę”
.A jednak byłoby zbyt łatwo odrzucić tę wizję jako niebezpieczną i na tym poprzestać. Jest w niej coś, co przecież przyciąga: powaga, z jaką traktuje historię; odmowa sprowadzenia świata do procedur; intuicja, że istnieją momenty graniczne, kiedy trzeba walczyć niemalże tak, jak na Moście Mulwijskim albo przynajmniej Polach Katalaunijskich. Problem zaczyna się później. Tam, gdzie chrześcijaństwo widzi tajemnicę, Peter Thiel widzi system, a tam, gdzie wiara widzi dar, on widzi kontrolę. Siłą rzeczy wiec tam, gdzie historia pozostaje otwarta, pojawia się pokusa jej domknięcia, które nawet Bogu mogłoby odebrać sprawczość.
I może właśnie to jest pytanie, które zostaje po całej tej rzymskiej historii tajemnicyzch wykładów Petera Thiela. Nie o to, czy ma on rację tylko po prostu o to, co dzieje się z wiarą, gdy zaczyna być używana jako narzędzie. Co dzieje się z eschatologią, gdy zamiast otwierać na coś większego, zaczyna organizować politykę, napędzając żagle konfliktów i wojen. No i w końcu co dzieje się z samą Apokalipsą, gdy przestaje być objawieniem, a staje się strategią. Każda strategia ma bowem w końcu swój cel i tych, którzy na niej korzystają.
Plus jest taki, że Rzym widział to już wiele razy. W różnych epokach, w różnych formach i u różnych osób. I zawsze kończyło się podobnie — bramy piekielne nie mogły sobie dać rady. Bo historia nie daje się ostatecznie zamknąć w żadnym systemie, nawet najbardziej błyskotliwym.
Michał Kłosowski




