Powstała Fundacja Polska Wełna

W Polsce pozyskuje się rocznie tysiąc ton owczej wełny, która w krajowych i unijnych przepisach jest produktem ubocznym, a nie cennym surowcem. Chce to zmienić Ewa Rozkosz, dr nauk humanistycznych, prządka z zamiłowania, która w weekend w Szczecinie poinformowała o powstaniu Fundacji Polska Wełna.
Fundacja Polska Wełna
.Celem powołania Fundacji Polska Wełna jest promowanie cennego naturalnego surowca, pielęgnowanie rodzimego dziedzictwa kulturalnego i agrarnego, dokumentowanie historii ludzi związanych z łańcuchem obiegu wełny – poczynając od hodowców owiec, popularyzowanie działań rękodzielników, wskazywanie współczesnych kierunków zagospodarowania wełny.
– To materiał wszechstronny, nadający się zarówno do produkcji odzieży sportowej, materiałów budowlanych, jak i ekologicznego nawozu. Rynek bardzo potrzebuje polskiej wełny, producenci tekstyliów szukają surowca, ale sięgają po produkty zagraniczne, np. po wełniane tkaniny z Chin czy przędzę z Włoch, bo naszej nie ma – powiedziała Rozkosz.
Przyznała, że import przędzy jest tańszy niż jej produkcja w Polsce, dlatego wytwórcy wyrobów z wełny kupują włókno za granicą (największymi eksporterami są Australia, Nowa Zelandia, Chiny, Rosja, Argentyna). – Element rynkowy bierze górę. Dlatego potrzebne jest partnerstwo publiczne, udział państwa, czyli więcej projektów, które przewidują innowacje z wykorzystaniem wełny od naszych owiec – wyjaśniła Rozkosz.
Rozkosz mieszka na Dolnym Śląsku. Przez lata prowadziła badania naukowe w obszarach nauk humanistycznych i społecznych, ma tytuł doktora bibliologii i informatologii, ale – jak mówi – zakochała się w wełnie. W weekend w Szczecinie uczestniczyła w spotkaniu „Porozmawiajmy o polskich owcach i polskiej wełnie”, które zorganizowała dziewiarka Karolina Klek, prowadząca kursy robienia na drutach i na szydełku. W rozmowie Rozkosz poinformowała, że w piątek (13 marca) podpisano akt założycielski Fundacji Polska Wełna. Teraz będą załatwiane formalności w KRS.
– Próby szukania drogi dla wełny są, ale nie ma wspólnego głosu. Jesteśmy rozproszeni, brakuje efektu synergii. Chcemy się zorganizować, by zabiegać o wsparcie państwa – podkreśliła Rozkosz.
Zwróciła uwagę, że w serwisie społecznościowym grupa „Klub Prządki” liczy ponad 2 tys. członków. Powstają inicjatywy lokalne, coraz więcej osób rękodzielniczo chwyta za wełnę. Często kupują importowane czesanki wełniane, ponieważ polskie nie są dostępne w oficjalnym obiegu.
– Żeby przewieźć od hodowcy do domu wełnę w ilości hobbystycznej muszę mieć profesjonalny kontener – wyjaśniła Rozkosz. Ten obowiązek wynika z przepisów wprowadzonych unijną dyrektywą o produktach ubocznych produkcji zwierzęcej (z 2009 r.). Unijne prawo pozwala jednak krajom członkowskim na wprowadzenie odrębnych regulacji. Polska może takie produkty, jak owcze runo, zwolnić z restrykcyjnych zasad przechowywania i transportu, jeśli pozyskuje się je na cele hobbystyczne. O to m.in. chce zabiegać Fundacja Polska Wełna.
– Teraz prządki działają na granicy prawa, w szarej strefie. Drobne zmiany legislacyjne pozwoliłyby przetrwać wełnie w rękodzielnictwie – oceniła Rozkosz.
O tym, że tysiące kilogramów wełny zalegają w big-bagach (ogromnych workach) powiedział Maksymilian Perzyński, technik weterynarii, student zootechniki na Zachodniopomorskim Uniwersytecie Technologicznym w Szczecinie, założyciel serwisu internetowego Owce w Polsce.
– Każda owca daje ok. 3-5 kg wełny rocznie. Często trafia ona do śmieci albo jest przez wiele lat przechowywana i nie nadaje się do przerobu chociażby na włóczkę – zaznaczył Perzyński. – Składowana wełna traci swoje walory, jest podatna przede wszystkim na amoniak – dodaje. Perzyński podkreśla, że owca musi być strzyżona raz lub dwa razy w roku. Jest to podstawowy zabieg dla jej zdrowia, dobrostanu. Ale gospodarstwo, w którym hoduje się choćby kilka owiec, nie może pozyskanego runa wykorzystać na przędzę czy choćby nawóz.
– Jest to naturalny nawóz, a więc obarczony tzw. dyrektywą azotanową UE. Załóżmy, że mam pięć owiec i chcę dać ich wełnę pod pomidory. Niedozwolone! – stwierdził Perzyński.
Zaznaczył, że owczy nawóz, w formie granulatu, można kupić w markecie. Powszechnie stosowany jest też sztuczny nawóz azotowy. Natomiast naturalny surowiec, zgodnie z prawem, należałoby utylizować, co oznacza duży wydatek dla hodowcy. Podobny problem dotyczy przędzy – żeby ją legalnie kupić lub sprzedać, trzeba prowadzić działalność gospodarczą i odprowadzić podatek VAT (rękodzielnicy mogą korzystać z obniżonej stawki, 8 proc.). Rozkosz i Perzyński współpracują od 2025 r. w Projekcie Polska Wełna, a teraz przy tworzeniu Fundacji o tej nazwie. Postulują, by przędzenie wpisać na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego, co umożliwi ochronę i kultywowanie tradycji tego rzemiosła. W rozmowie zwrócili uwagę, że zawód prządki albo gręplarza (zajmuje się rozczesywaniem i czyszczeniem wełny) nie jest wpisany do ustawy o rzemiośle. Nie ma też cechu zrzeszającego rzemieślników pracujących w wełnie.
– Nie ma możliwości zdania egzaminu na czeladnika czy mistrza w zakresie przędzenia czy gręplowania. Można tylko w tkactwie – podsumowała Rozkosz.
Produkcja wełny w Polsce
.Produkcja wełny w Polsce, po przemianach ustrojowych i gospodarczych 1989 r., stała się nieopłacalna. Według danych Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Polsce jest 285 tys. owiec. W województwie zachodniopomorskim – ponad 11 tysięcy. W latach 80. ubiegłego wieku w kraju było prawie 5 mln owiec, z których pozyskiwano 17-18 tys. ton wełny.
– Teraz te zwierzęta hodowane są głównie na mięso i mleko (m.in. do wyrobu oscypków). Jagnięcina jest eksportowana do krajów Europy Zachodniej, m.in. Holandii, Danii, Włoch – wskazał Perzyński. – Warto by spopularyzować alternatywne kierunki wykorzystania owiec i wełny, z której można produkować rozmaite tkaniny, ubrania, koce, poduszki, ale też np. meble czy obuwie – podkreślił.
Wełna owcza jest przewiewna, doskonale absorbuje wilgoć („oddycha”), chroni przed zimnem, jest trwała i ognioodporna. Ręczny czy manufakturalny przerób staje się coraz bardziej popularny w Skandynawii, w Czechach i na Słowacji. Okrywany jest też ogromny potencjał owiec w zooterapii. Obserwowanie spokojnych zwierząt redukuje stres, lęk, pomaga osobom w depresji. Owcze mięso i mleko mają wybitne walory prozdrowotne, zawierają związki antyrakowe i odżywcze. Na świecie jest ponad 1500 ras owiec, w Polsce występuje ok. 60. W programie ochrony zasobów genetycznych jest 17 ras, trwają prace nad objęciem ochroną 18. polskiej rasy. ARiMR dotuje hodowlę owiec, przede wszystkim ras rodzimych (500 zł/szt./rok). Są też dopłaty na poprawę dobrostanu zwierząt (ponad 150 zł rocznie), pod warunkiem, że owca ma zapewnione co najmniej 1,5 m kw. w owczarni i przynajmniej 120 dni wypasu.
Internet zwierząt. Odkrywanie zbiorowej inteligencji życia
.W erze cyfrowej, kiedy internet rzeczy (Internet of Things, IoT) staje się coraz powszechniejszy, zmienia się nasze postrzeganie połączeń i interakcji między obiektami. To właśnie ta koncepcja zainspirowała badaczy do rozważenia, czy podobne technologie mogłyby zostać wykorzystane do śledzenia i badania zwierząt, co doprowadziło do powstania nowatorskiego pomysłu – internetu zwierząt – pisze prof. Piotr TRYJANOWSKI.
Idea ta, rozwijana przez naukowców takich jak Martin Wikelski, opiera się na stworzeniu globalnej sieci danych, która umożliwiałaby monitorowanie i analizowanie zachowań zwierząt w czasie rzeczywistym. Dla jednych jest to nowy sposób badania świata, dla innych – rewolucja, która może zmienić nasze rozumienie ekosystemów i zachowań zwierząt. Zresztą na ten temat powstaje coraz więcej publikacji, a niewątpliwym liderem jest wspomniany prof. Martin Wikelski, dyrektor oddziału Instytutu Maxa Plancka w Radolfzell (Niemcy), badającego zachowania zwierząt. Właśnie ukazała się jego książka zatytułowana po prostu The Internet of animals, która jest pewnym intelektualnym pokłosiem, pisanym w stylu popularnonaukowym, a której podstawę stanowiła realizacja wspaniałego projektu ICARUS (International Cooperation for Animal Research Using Space). Zostajemy nie tylko wprowadzeni w świat technologii stosowanych do śledzenia zwierząt, ale także dowiadujemy się, jak trudna i pełna wyzwań może być droga do realizacji tak ambitnych celów.
Prof. Martin Wikelski, który od dzieciństwa fascynował się zwierzętami, zbudował zespół badawczy, który nieustannie dąży do przekształcenia wizji internetu zwierząt w rzeczywistość. Dzięki inicjatywie ICARUS badacze mogą śledzić migracje tysięcy zwierząt na całym świecie za pomocą małych, zasilanych energią słoneczną nadajników. Droga do tych sukcesów poprzedzona jest jednak licznymi trudnościami i niepowodzeniami, co pokazuje, jak istotne są wytrwałość i współpraca w nauce.
Dla każdego, kto kiedykolwiek realizował własne, niekoniecznie przyrodnicze projekty badawcze, książka Wikelskiego może być inspirującą lekturą. Opisując doświadczenia z oznakowaniem ptaków, autor mimowolnie przypominał mi moje własne przygody z sikorami, kaniami i bocianami, które podobnie jak w jego badaniach, stały się nosicielami maleńkich nadajników. To wszystko pozwala zrozumieć, w jaki sposób badacze łączą nowoczesne technologie z klasycznymi pytaniami dotyczącymi zachowań zwierząt. Ptaki i inne zwierzęta mogą komunikować się i ta komunikacja wpływa na ich migracje i inne zachowania. Przy odpowiednim podejściu możemy przewidzieć, jak będą poruszały się całe stada na podstawie ruchów jednego lidera. Jest to fascynujący przykład tego, jak technologia może wspierać rozwój ekologii i nauk o zachowaniu zwierząt. W ostatnich latach jesteśmy świadkami rewolucyjnego podejścia do badania zachowań zwierząt, podkreślając niewykorzystany dotąd potencjał nowoczesnej technologii w rozumieniu świata przyrody. Dzięki wysiłkom zespołu ICARUS możemy wyobrazić sobie świat, w którym zwierzęta są wyposażone w urządzenia GPS, przesyłające dane w czasie rzeczywistym na temat ich ruchów i interakcji. Ten internet zwierząt może zasadniczo zmienić nasze rozumienie globalnej ekologii, podobnie jak projekt poznania ludzkiego genomu zrewolucjonizował naszą wiedzę o ludzkiej genetyce.
Jednym z kluczowych wniosków wynikających z badań Wikelskiego i jego zespołu jest koncepcja, że zwierzęta posiadają „szósty zmysł”, czyli zdolność do wykrywania zmian w środowisku, które często pozostają niezauważone przez ludzi. Na przykład słonie i ptaki były obserwowane, jak przenoszą się w bezpieczniejsze rejony przed nadchodzącymi katastrofami naturalnymi, takimi jak trzęsienia ziemi czy huragany. Zdolność ta, pozwalająca przewidywać zmiany środowiskowe, może stać się nowym narzędziem dla ludzkości w przygotowywaniu się na klęski żywiołowe. Zatem bliższe przyjrzenie się tym zachowaniom zwierząt może pozwolić na opracowanie bardziej niezawodnych systemów wczesnego ostrzegania niż te, którymi dysponujemy obecnie. Projekt ICARUS, ale i inne wspominane w książce nie ograniczają się tylko do śledzenia ruchów zwierząt; chodzi tu również o zrozumienie głębszych implikacji biologicznych i środowiskowych tych ruchów. Zebrane dane mogą ujawnić, jak zwierzęta adaptują się do zmieniającego się klimatu, jak choroby rozprzestrzeniają się wśród populacji oraz jak działalność człowieka wpływa na dziką przyrodę. Poprzez upublicznienie tych danych zasiano nadzieję na zbudowanie globalnej społeczności obywatelskich naukowców, którzy mogą przyczynić się do ochrony zagrożonych gatunków.
Pomimo ekscytujących perspektyw droga, którą przeszedł Wikelski, nie była pozbawiona progów zwalniających. Trudności techniczne związane z miniaturyzacją nadajników, zapewnieniem, że nie wpłyną one negatywnie na zwierzęta, oraz radzeniem sobie ze skomplikowaną współpracą międzynarodową stanowią istotne przeszkody. Na przykład wojna na Ukrainie i pandemia COVID-19 zakłóciły realizację projektu ICARUS, co pokazuje, jak globalne inicjatywy badawcze mogą być wrażliwe na czynniki geopolityczne i ekonomiczne. Jednak te wyzwania jednocześnie podkreślają odporność i kreatywność, cechy niezbędne w badaniach naukowych. Warto także wskazać kwestie etyczne związane ze śledzeniem zwierząt. Choć technologia umożliwia uzyskanie bezprecedensowych wglądów w zachowania zwierząt, rodzi również pytania o wpływ tych urządzeń na same zwierzęta. Na przykład umieszczanie nadajników na ptakach może wpływać na ich loty i trasy migracyjne, co może zniekształcać zbierane dane. Takie obawy istnieją, co tylko podkreśla znaczenie udoskonalania tych technologii w celu minimalizowania ich wpływu na dziką przyrodę.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-piotr-tryjanowski-internet-zwierzat-odkrywanie-zbiorowej-inteligencji-zycia/
PAP/ Tomasz Maciejewski/ LW





