
Ustawa o publicznym transporcie zbiorowym naprawdę nie ma szczęścia
Ustawa o publicznym transporcie zbiorowym naprawdę nie ma szczęścia. Ale jeszcze gorsze byłoby pogodzenie się z tym, że tak już musi być. Nie musi. Tylko najpierw rząd musi zdecydować, czy chce słuchać ludzi od transportu, czy dalej będzie udawał, że wszystko zmierza we właściwym kierunku – pisze Paulina MATYSIAK
.Są takie sytuacje, w których puste krzesło mówi więcej niż najdłuższe wystąpienie. Tak było 9 marca na posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu ds. Walki z Wykluczeniem Transportowym, które zwołałam po to, by porozmawiać o nowelizacji ustawy o publicznym transporcie zbiorowym. Frekwencja była imponująca, salę wypełnili po brzegi samorządowcy, organizatorzy transportu, przewoźnicy autobusowi i kolejowi, eksperci, praktycy… Ludzie, którzy na co dzień układają siatki połączeń, domykają budżety, zmagają się z absurdami przepisów i próbują zapewnić mieszkańcom sprawnie działający zbiorkom. Ale wielkim nieobecnym okazał się przedstawiciel Ministerstwa Infrastruktury.
I nie, to nie był afront wobec mnie, lecz wobec całego sektora transportu publicznego – ludzi, którzy przyszli z konkretnymi problemami, pytaniami i propozycjami zmian. Wobec tych, którzy od miesięcy, a właściwie od lat próbują doprosić się od państwa, żeby w sprawie zbiorkomu wreszcie zaczęło działać poważnie.
To była pierwsza taka sytuacja w historii prac zespołu, kiedy Ministerstwo Infrastruktury nie wysłało NIKOGO w swoim imieniu na posiedzenie. Pierwsza, ale niestety bardzo symboliczna. Bo ta ustawa od dawna nie ma szczęścia. A im dłużej obserwuję sposób jej procedowania, tym bardziej mam wrażenie, że nie chodzi już tylko o pech, ale o brak pomysłu na ten projekt, za który odpowiedzialny jest wiceminister Stanisław Bukowiec, pełnomocnik rządu ds. przeciwdziałania wykluczeniu transportowemu.
Ta nieobecność była bardzo wymowna, bo pytań do rządu padło bardzo dużo. I były to pytania zupełnie podstawowe. Dlaczego nadal nie ma waloryzacji dopłaty do wozokilometra, skoro od 2020 roku stawka stoi w miejscu, a koszty funkcjonowania przewozów dawno „odjechały”? Dlaczego projekt dąży do centralizacji i wzmacnia rolę marszałków województw w taki sposób, że gminy i powiaty, które najlepiej znają potrzeby mieszkańców, mają być sprowadzone do roli petentów? Dlaczego wciąż nie rozwiązano problemów połączeń na granicach województw? Dlaczego nie wprowadzono oczekiwanej elastyczności przy zmianach tras i rozkładów jazdy w trakcie wieloletnich umów? Jak mają działać przepisy dotyczące transportu na żądanie? Co z wymianą taboru? Co z kolejami regionalnymi i kontrowersjami wokół propozycji powierzania przewozów spółkom samorządowym bez przetargu?
Na wiele z tych pytań ministerstwo mogło odpowiedzieć od razu, ale trzeba było chcieć przyjść. Nie lubię polityki, która polega tylko na pozorowaniu dialogu. Zwłaszcza wtedy, gdy po jednej stronie siedzą ludzie wykonujący konkretną robotę w terenie, a po drugiej mamy ministerialną ciszę. Szczególnie że projekt nowelizacji nie uspokaja, tylko mnoży wątpliwości.
Słyszałam podczas posiedzenia wiele głosów, które to potwierdzały. Samorządowcy mówili o problemach z porozumieniami między związkami powiatowo-gminnymi a innymi JST. Przewoźnicy mówili o braku stabilności finansowania i nierealnych warunkach funkcjonowania. Branża zwracała uwagę, że siedmiodniowe konsultacje tak obszernego projektu trudno traktować poważnie. Przedstawiciele kolei alarmowali, że część proponowanych zmian może oznaczać krok wstecz. Ale nie chciałam zostawić tych kwestii bez odpowiedzi, dlatego zebrałam je i skierowałam w trybie interpelacji poselskiej do ministra infrastruktury – nie będzie mógł przejść wobec nich obojętnie.
Żeby nie było wątpliwości: ustawę o publicznym transporcie zbiorowym trzeba znowelizować, aby skutecznie odpowiadała na wykluczenie komunikacyjne Polaków. W opublikowanym przez ministerstwo raporcie – w końcu! – możemy przeczytać, że to zjawisko dotyczy 39 proc. punktów adresowych w Polsce. Rzut oka na załączoną do raportu mapę pozwala stwierdzić, że problem dotyka pokaźnych terenów i jest przykrą codziennością wielu mieszkańców mniejszych miast i wsi. Ustawa o publicznym transporcie zbiorowym naprawdę nie ma szczęścia. Ale jeszcze gorsze byłoby pogodzenie się z tym, że tak już musi być. Nie musi. Tylko najpierw rząd musi zdecydować, czy chce słuchać ludzi od transportu, czy dalej będzie udawał, że wszystko zmierza we właściwym kierunku.
.Bo na razie jedno jest pewne: jeśli ktoś na serio chce walczyć z wykluczeniem transportowym, to nie zaczyna od opuszczenia spotkania z tymi, którzy walczą z nim każdego dnia.



