Saudowie przenoszą swoje aktywa do Szwajcarii

W razie pogorszenia sytuacji na Bliskim Wschodzie najbogatsi mieszkańcy państw nad Zatoką Perską przeniosą swoje aktywa do Szwajcarii – wynika z ankiety Reutersa, której wyniki ogłoszono. Agencja przypomniała, że odpływ kapitału ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich obserwuje się od kilku lat.
Saudowie przenoszą swoje aktywa do Szwajcarii – odpływ kapitału
.Reuters przeprowadził badanie wśród kilkunastu bankierów i doradców finansowych, którzy zarządzają łącznie aktywami o wartości ponad 1 bln dolarów. Zdecydowana większość pozytywnie odniosła się do takiego scenariusza.
„W związku z ostatnimi wydarzeniami spodziewamy się, że aktywa z Bliskiego Wschodu będą coraz częściej lokowane w Szwajcarii. Z informacji uzyskanych od banków, firm zarządzających majątkiem rodzinnym i innych zamożnych osób wynika, że trwają obecnie rozmowy w tej sprawie” – powiedział Reutersowi Patrik Spiller z firmy doradczej Deloitte Switzerland.
Agencja podkreśliła, że trwająca od blisko dwóch tygodni wojna Izraela i USA przeciwko Iranowi oraz związane z nią uderzenia odwetowe irańskiej armii na cele w różnych krajach Zatoki Perskiej, mogą przyspieszyć zjawisko obserwowane od co najmniej trzech lat.
Przypomniano, że w tym okresie odpływ zdeponowanych w Zjednoczonych Emiratach Arabskich środków pieniężnych wzrósł o ok. 40 proc. Chodzi o środki, których właścicielami są osoby prywatne oraz podmioty, które nie są bankami. „Proces nabrał tempa po ubiegłorocznych atakach Izraela i USA na Iran” – powiedział Reutersowi Spiller.
Reuters przypomniał zarazem, że chociaż Szwajcaria cały czas uchodzi za tzw. bezpieczną przystań, to jednak boryka się z rosnącą konkurencją ze strony centrów finansowych zlokalizowanych m.in. na Dalekim Wschodzie, ale też do niedawna były to ośrodki na Bliskim Wschodzie.
Poproszone o komentarz w tej sprawie Szwajcarskie Stowarzyszenie Bankierów (SBA) podkreśliło m.in., że Szwajcaria od dawna pozycjonuje się jako atrakcyjne miejsce dla zamożnych inwestorów.
„Obecnie naszą zaletą jest to, że możemy zdobywać punkty dzięki »szwajcarskości«, a mianowicie bezpiecznym warunkom, stabilności politycznej i praworządności. Uważam, że jest to szczególnie cenione w takich czasach jak te” – powiedział cytowany przez Reutersa główny ekonomista SBA Martin Hess.
Agencja przypomniała też, że po rozpoczęciu amerykańsko-izraelskiej wojny przeciw Iranowi frank szwajcarski osiągnął najwyższą od 10 lat wartość wobec euro.
Iran, amerykańska „Ukraina”?
.Koalicja USA-Izrael posiada miażdżącą przewagę wojskową nad Iranem. Siły powietrzne prawie tam nie istniały, obrona przeciwlotnicza była dziurawa i dziś można stwierdzić, że koalicja uzyskała całkowitą dominację w powietrzu. Tak samo wygląda sytuacja w przypadku marynarki wojennej. Szkopuł w tym, że dominacja w powietrzu i na morzu nie jest wystarczająca, by zmusić Iran do kapitulacji. Dowodzą tego doświadczenia wielu wojen – pisze prof. Kazimierz DADAK
Donald Trump jako kandydat na urząd prezydenta nieustannie obiecywał, że za jego rządów nie będzie „wojen bez końca”. Jego hasło „America First” skupiało uwagę na sprawach wewnętrznych, dzięki czemu Stany Zjednoczone miały ponownie stać się, jak on sam głosił, „wielkie”. Wojna z Iranem nie tylko podważa te obietnice, ale może stać się tak wielkim wyzwaniem dla Waszyngtonu, jak dla Kremla stała się wojna z Ukrainą.
Władimir Putin najechał Ukrainę, mając nadzieję, że zwycięstwo przyjdzie szybko i bez większych strat. Niespodziewany amerykańsko-izraelski atak na Iran miał przynieść podobne wyniki. W obu przypadkach naczelnym zadaniem było „regime change” (zmiana władzy z nieprzyjaznej na życzliwą). Uśmiercenie duchowego przywódcy irańskich szyitów, ajatollaha Alego Chameneiego, miało otworzyć drzwi lokalnym opozycjonistom do przejęcia władzy, a w najgorszym przypadku doprowadzić do ziszczenia się „scenariusza wenezuelskiego”, w którym jego następcy przerażeni perspektywą utraty władzy, a może i życia bez wahania przyjmą amerykańskie warunki.
Wojna amerykańsko-izraelsko-irańska trwa dopiero sześć dni, a w trzecim dniu działań wojskowych Donald Trump wyraził przekonanie, że zmagania będą trwać 4–5 tygodni. Niemniej sam prezydent dodał, że wojna może potrwać dłużej i że także w tym mniej optymistycznym przypadku on się „nie znudzi” i będzie prowadzić wojnę aż do osiągnięcia zamierzonych celów. Miejmy nadzieję, że zaiste wojna będzie krótka, ale minister Pete Hegseth i przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, gen. Dan Caine, podali do publicznej wiadomości, że na Bliski Wschód kierowane są posiłki. Zatem zgromadzona tam armada najwyraźniej okazuje się niewystarczająca do wcielenia w życie założonych planów.
Oficjalne cele mają charakter ściśle wojskowy – likwidacja programu atomowego, unicestwienie arsenału rakiet balistycznych i floty wojennej oraz zakończenie wspierania ruchów szyickich w świecie muzułmańskim. W sumie oznacza to całkowite rozbrojenie Iranu i trudno sobie wyobrazić, aby jakikolwiek rząd chroniący suwerenność swego państwa mógł przystać na te warunki. Bez zmiany władzy na całkowicie zależną od Waszyngtonu spełnienie tych wymogów raczej nie wchodzi w grę.
Jeśli chodzi o możliwość pojawienia się przychylnej Waszyngtonowi władzy, mamy do czynienia z poważnymi kłopotami. Prezydent Donald Trump i sekretarz Marco Rubio głośno nawołują Irańczyków do wyjścia na ulice i przejęcia władzy, ale jak można oczekiwać takiego rozwoju sytuacji, gdy z jednej strony wokół są wybuchy, a z drugiej służby bezpieczeństwa nadal są sprawne? Ponadto takie przypadki jak zbombardowanie szkoły dla dziewczynek czy szpitala nie przysparza Stanom Zjednoczonym przyjaciół. Ogólnie rzecz biorąc, naciski z zewnątrz, mające na celu obalenie władzy, powodują raczej zwarcie szeregów niż przejście na drugą stronę.
Presja wojskowa najwyraźniej nie przyniosła oczekiwanych wyników. Unicestwienie dużej części przywództwa politycznego i wojskowego nie doprowadziło do kapitulacji. Pomimo poniesionych strat irańskie siły zbrojne przystąpiły do kontrataku niecałe dwie godziny po rozpoczęciu wojny. Władze były więc przygotowane do przyjęcia takiego ciosu – rozwój sytuacji najwyraźniej zaskoczył koalicję amerykańsko-izraelską. Już sam fakt, że pojawienie się armady nie doprowadziło do wywieszenia przez Teheran białej flagi, był dla Waszyngtonu niespodzianką, ale nie spowodował wypracowania planu B.
Takie kroki podejmowane są dopiero teraz. Na gwałt próbuje się stworzyć koalicję chętnych do zbrojnej rebelii wewnątrz Iranu. Najlepszymi kandydatami do takiej roli wydają się Kurdowie i Azerowie – oba te narody stanowią zdecydowaną większość w północno-zachodnim Iranie. Ale taki rozwój sytuacji nie jest oczywisty. Obecny prezydent Iranu, Masud Pezeszkian, jest z pochodzenia Azerem. Azerowie są także w zdecydowanej większości szyitami, więc mają bliskie związki religijne z Persami. Kurdowie w swej masie są sunnitami, ale nie mają dobrych doświadczeń we współpracy z Amerykanami. Zamieszkują nie tylko Iran, ale także Irak, Turcję i Syrię.
PAP/ LW




