Tajemnicze żółte owoce zalegają na ulicach polskich miast

mirabelki

Od około połowy lipca wiele chodników i ulic w dużych miastach Polski obsypanych jest małymi, żółtymi okrągłymi owocami. Choć dziś mało kto po nie sięga, z obawy przed zatruciem czy zanieczyszczeniem, mirabelki i owoce śliwy wiśniowej – ałyczy są nie tylko jadalne, ale i smaczne oraz bogate w witaminy i mikroelementy.

Mirabelki czy ałycze – co leży pod naszymi nogami?

.Mirabelki – polskie określenie, najczęściej odnoszące się do tych owoców jest zbiorową nazwą, którą popularnie określa się dziko rosnące drzewa i krzewy śliwy domowej (prunus domestica) oraz śliwy wiśniowej (prunus cerasifera). Nazwa pochodzi z języka francuskiego, ponieważ rośliny te przywędrowały do Polski prawdopodobnie już w średniowieczu z francuskiej Lotaryngii, gdzie do dziś uprawiana jest pod chronioną nazwą „Mirabelle de Lorraine”.

Nazwa „mirabelle” prawdopodobnie pochodzi od łacińskiego „mirabilis” – piękny do oglądania, odnosząc się prawdopodobnie do pięknych białych lub różowych kwiatów kwitnącej wiosną śliwy domowej.

Z uwagi na niewielkie wymagania pod uprawę przy równoczesnym łatwym samoistnym rozprzestrzenianiu, zarówno mirabelki jak i ałycze od dawna stanowią stały element krajobrazu wielu polskich miejscowości, w tym największych miast. Ich krzewiaste odmiany często są sadzone w charakterze żywopłotów, stąd tak wiele charakterystycznych żółtych owoców zalega pod naszymi nogami w lipcu i sierpniu.

Kiedyś masowo owoce te zbierano jako bezpłatną przekąskę na surowo oraz owoc znakomity do domowych przetworów. Dziś widok mieszkańca miasta zbierającego mirabelki czy ałycze jest rzadkością. Część osób zakłada, że to, co dziko rośnie w mieście nie nadaje się do jedzenia, część – wiedząc, że jest to śliwka mirabelka boi zanieczyszczeń obecnych rzekomo w tych owocach.

Tymczasem rzeczywistość jest zgoła inna. Badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych przez naukowców z Wellesley College na owocach rosnących w dużych miastach Wielkiej Brytanii takich jak Cambridge wykazały, że nie posiadają one dużych zanieczyszczeń metalami ciężkimi, takimi jak ołów czy inne groźne związki. Co więcej, analiza porównawcza wykazała, że mają ich nawet mniej niż owoce hodowane w dużych, profesjonalnych sadach – często zakładanych wzdłuż dróg szybkiego ruchu oraz obficie traktowanych środkami ochrony roślin.

Dziko rosnące mirabelki i ałycze (nie do odróżnienia z wyglądu) mają ponadto o wiele większe stężenie prozdrowotnych witamin i minerałów, takich jak mangan, żelazo, potas, magnez i cynk. Są również bogate w witaminę C, K, E oraz B1 oraz zbawienny dla naszych jelit błonnik – pektyny.

Te żółte, niewielkie owoce, można po dokładnym umyciu jeść na surowo a także z powodzeniem wykorzystywać w domowych przetworach. Najprostszy będzie świeży, mirabelkowy kompot (umyte owoce zalewamy zimną wodą i gotujemy do wypłynięcia owoców): nawet obficie posłodzony jest bardzo kwaśny, może zatem stanowić zamiennik dla domowej lemoniady z cytryn.

Owoce te można również zasypać w słoikach cukrem, zapasteryzować i przechować na zimę, wtedy pyszny kompot będziemy mieli na wyciągnięcie ręki także jesienią i zimą.

Dzikie mirabelki świetnie nadają się również na dżemy i konfitury: umyte owoce smażymy z cukrem aż do zgęstnienia, po czym przecieramy przez sito dla usunięcia pestek oraz twardych skórek, przelewamy do słoików i pasteryzujemy. Sprawdzą się w ciastach czy w herbacie, a w wersji mniej słodkiej – jako świetny dodatek do mięs i wędlin.

Anna Druś

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 5 sierpnia 2025