Wybory prezydenckie, impas w centrum [Nathaniel GARSTECKA]

Nadszedł listopad, co oznacza, że wkrótce powinno się wyjaśnić, kto będzie kandydował w wyborach prezydenckich. Chociaż sytuacja wydaje się jasna na prawicy (Marine Le Pen, Éric Zemmour) i na lewicy (Jean-Luc Mélenchon, Raphaël Glucksmann), to w centrum i centroprawicy jest znacznie mniej pewna. Kryzys państwowy i powtarzające się zamieszki z pewnością nie sprzyjają spadkobiercom macronizmu.
.Na niecałe sześć miesięcy przed pierwszą turą wyborów prezydenckich, choć można rozważać różne scenariusze, nie widać żadnego logicznego rozwiązania, które pozwoliłoby zapobiec ewentualnemu finałowemu pojedynkowi między Jean-Luciem Mélenchonem a Marine Le Pen. W 2017 roku afera z Fillonem zniweczyła wybory na korzyść Emmanuela Macrona. To samo miało miejsce w 2022 roku w związku z inwazją Rosji na Ukrainę. Czy pozostali kandydaci są skazani na liczenie na nieprzewidziane wydarzenia, aby mieć szansę na obalenie prognoz?
Zadanie zapowiada się jako trudne dla bloku „republikańsko-demokratycznego”, czyli dla kandydatów od Gabriela Attala po Davida Lisnarda, w tym Édouarda Philippe’a i Bruno Retailleau. Wszyscy oni w różnym stopniu byli współpracownikami – w tym czy innym momencie – Emmanuela Macrona. Édouard Philippe i Gabriel Attal byli szefami rządu, Bruno Retailleau stoi na czele partii, która służyła jako wsparcie dla centrystów, i był ministrem spraw wewnętrznych, a David Lisnard był wiceprzewodniczącym tej samej partii, zanim opuścił ją tuż po wyborach samorządowych.
Wszyscy oni desperacko próbują teraz zdystansować się od dziedzictwa dwóch pięcioletnich kadencji Emmanuela Macrona, ponieważ bilans jest katastrofalny: kryzys gospodarczy i budżetowy, niszczycielskie zamieszki, atmosfera powszechnej nieufności, spadek wpływów Francji na arenie międzynarodowej. Chociaż David Lisnard jest bez wątpienia osobą, która ma najmniej powodów do wyrzutów sumienia w tej kwestii, internauci chętnie przypominają mu o jego głosowaniu na kandydata centrystów w drugiej turze wyborów prezydenckich w 2017 roku. Z kolei to na Gabrielu Attalu najbardziej ciąży rekordowa niepopularność obecnego prezydenta (15 proc. pozytywnych opinii). Pełnił on nieprzerwanie funkcję rządową od 2018 do 2024 roku, po czym przejął stery partii prezydenckiej i opowiadał się za wszystkimi postępowymi stanowiskami swojego obozu w przeciwieństwie do pozostałych wymienionych powyżej osobistości.
Jakie zatem rozstrzygnięcia zapadną? Jeśli każdy wystartuje osobno, istnieje ryzyko, że żadnemu z nich nie uda się zagrozić lewicy. David Lisnard zbiera głosy kosztem Bruno Retailleau, a Gabriel Attal kosztem Édouarda Philippe’a. Nie byłoby nawet zaskoczeniem, gdyby ostatecznie wszyscy czterej uzyskali poniżej 10 proc., tym bardziej że na razie nikt poza burmistrzem Cannes nie jest w stanie wzbudzić prawdziwego entuzjazmu.
W związku z tym każdy z nich prześciga się w pomysłowości, proponując zorganizowanie szeroko zakrojonych prawyborów. Gabriel Attal opowiada się za „prawyborami demokratów”, „od Raphaëla Glucksmanna (PS) po Bruno Retailleau (LR)”. A więc byłby to blok centrowy rozszerzony na całość swojego naturalnego obszaru. Z kolei David Lisnard opowiada się za „wielkimi otwartymi prawyborami”, „od Renaissance po Reconquête”, ale bez RN. Bruno Retailleau rozważałby to samo, ale bez Érica Zemmoura. A priori niemożliwe jest osiągnięcie porozumienia między wszystkimi, a być może właśnie taki jest zamierzony efekt.
Kto może sobie wyobrazić, że Édouard Philippe, były premier i niegdyś faworyt do awansu do drugiej tury przeciwko Marine Le Pen, ustąpiłby miejsca kandydatowi, który w sondażach osiąga gorsze wyniki niż on sam? Kto wyobraża sobie, że Bruno Retailleau postąpiłby tak samo, skoro został triumfalnie wybrany na kandydata na prezydenta przez działaczy LR? To samo dotyczy Davida Lisnarda, który w ramach przygotowań do wyborów prowadzi intensywną kampanię promocyjną w mediach społecznościowych i zaczyna wychodzić z anonimowości. Chyba że uda mu się zawrzeć korzystne porozumienie z Bruno Retailleau i/lub Édouardem Philippe’em w perspektywie nadchodzących wyborów parlamentarnych.
.Nie zapominajmy bowiem, że cykl wyborczy 2027 roku nie zakończy się wraz z wyborami prezydenckimi. W ferworze zwycięstwa nowy szef państwa będzie bez wątpienia skłonny rozwiązać Zgromadzenie Narodowe, aby spróbować uzyskać większość bezwzględną, której Francja jest pozbawiona od 2022 roku. Jeśli Marine Le Pen zwycięży, będzie to oznaczać, że udało jej się przekonać znaczną część prawicowego elektoratu do oddania na nią głosu, co w konsekwencji osłabi centroprawicową partię Les Républicains. Aby przetrwać ewentualną „niebieską falę Marine Le Pen”, partia Bruno Retailleau będzie zmuszona zawrzeć porozumienie wyborcze zarówno z Édouardem Philippe’em, jak i Davidem Lisnardem.
To, co obecnie obserwujemy między nimi, to być może nie tyle wyścig o awans do drugiej tury wyborów prezydenckich, ile ustalenie stosunku sił na potrzeby przyszłych negocjacji.
Nathaniel Garstecka
Tekst pochodzi z cotygodniowej kroniki prowadzonej w języku francuskim i polskim przez Autora w tygodniku „Gazeta na Niedzielę” [link]. Przedruk za zgodą redakcji.



