Wyspy Czagos nie mogą wpaść w ręce Chin i Rosji

Departament Stanu USA odwołał zapowiedzianą wizytę na Mauritiusie swoich negocjatorów, którzy mieli omówić przyszłość bazy wojskowej w Diego Garcia (Wyspy Czagos). Prezydent Donald Trump w obliczu napięć z Iranem po raz kolejny zmienił zdanie i uznał, że archipelag jednak nie powinien zostać przekazany Mauritiusowi.
Na Mauritiusie Stany Zjednoczone i Wielka Brytania miały rozmawiać o wspólnej amerykańsko-brytyjskiej bazie wojskowej na Diego Garcia
.Z tego samego powodu brytyjska Izba Lordów również po raz kolejny odwołała planowaną na ]debatę nad projektem ustawy o przekazaniu tych wysp władzom w Port Louis.
– Możemy potwierdzić przełożenie wizyty na Mauritiusie – powiedział urzędnik Departamentu Stanu w rozmowie z „The Africa Report”.
Na Mauritiusie Stany Zjednoczone i Wielka Brytania miały rozmawiać o wspólnej amerykańsko-brytyjskiej bazie wojskowej na Diego Garcia w kontekście przekazania Mauritiusowi całego archipelagu Czagos, na co jeszcze kilka dni wcześniej zgodził się Donald Trump po tym, jak w styczniu uznał, że to jednak „głupi pomysł”, oddający wyspy Chinom i Rosji. Nie była to pierwsza zmiana opinii amerykańskiego przywódcy, który w kwietniu 2025 r. podpisał przekazanie przez Londyn tych wysp władzom w Port Louis, nazywając to wielką sprawą.
Ostatnia decyzja prezydenta USA w tej sprawie nastąpiła po doniesieniach, że premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer niechętnie godzi się na to, by Stany Zjednoczone mogły wykorzystywać bazę na Diego Garcia do bombardowania Iranu.
Chaos wokół tych wysp dodatkowo spotęgowało przybycie w ubiegły czterech osób na Ile du Coin, jedną z wysp spornego archipelagu, które tłumaczyły, że niegdyś zostały z niej wysiedlone, a teraz wracają do ojczyzny, gdzie zamierzają założyć stałe osiedle. Wspiera ich rząd Czagos, który niedawno powołali na uchodźctwie. Na czele tego gabinetu stoi premier Misley Mandarin.
Zgodnie z nieratyfikowaną wciąż umową między Wielką Brytania a Mauritiusem Londyn rezygnuje z trwającej od 1814 r. kontroli nad archipelagiem Czagos
.Na przekazanie Czagos Mauritiusowi nie godzą się obecnie nie tylko Stany Zjednoczone, ale i władze Malediwów powołujące się na bliskość geograficzną, ciągłość kulturową oraz zapiski i inskrypcje dowodzące żywych związków z archipelagiem w czasach, gdy po Mauritiusie biegały jedynie ptaki dodo.
Zgodnie z nieratyfikowaną wciąż umową między Wielką Brytania a Mauritiusem Londyn rezygnuje z trwającej od 1814 r. kontroli nad archipelagiem Czagos, jednocześnie płacąc za 99-letnią dzierżawę bazy wojskowej na Diego Garcia.
Już raz, w 1965 roku, Wielka Brytania zapłaciła będącemu w przededniu uzyskania niepodległości Mauritiusowi 3 mln funtów za odłączenie od niego archipelagu, ale po latach władze w Port Louis uznały, że ich poprzednicy działali pod presją i uznając umowę za nieważną, wszczęły przed międzynarodowymi trybunałami wieloletni spór z Londynem.
Zmierzch dyplomacji
.Nie ma co do tego dwóch zdań: w tym nowym świecie ambasady, ambasadorzy i zawodowi dyplomaci, ze swoją kindersztubą, ukończonymi akademiami dyplomatycznymi i profesjonalną dyskrecją, są coraz bardziej oczywistym przeżytkiem – pisze Jan ROKITA.
Przeglądnąłem ostatnio – w zasadzie przypadkiem – „Tracker Ambasadorów” publikowany w sieci przez Amerykańskie Towarzystwo Służby Zagranicznej (AFSA) i z zaskoczeniem zauważyłem, iż USA nie obsadzają coś ok. połowy stanowisk swoich ambasadorów w obcych krajach. I tylko w nielicznych przypadkach wynika to z przewlekłych procedur zatwierdzania szefów placówek dyplomatycznych albo z politycznych konfliktów na linii prezydent – Kongres USA.
Lwia część ambasadorskich wakatów bierze się po prostu z tego, że Departament Stanu i Biały Dom najwyraźniej nie widzą powodu, aby zawracać sobie głowę kwestią, która z perspektywy amerykańskich interesów wydawać się musi drugo-, jeśli nie trzeciorzędna. Czasami za owymi wakatami stoi polityczna premedytacja, jak w przypadku obłożonej sankcjami Rosji czy wrogiej Wenezueli, gdzie Ameryka dąży do obalenia komunistycznego reżimu.
Ale szefowie amerykańskiej polityki zagranicznej w ciągu niemal roku od objęcia władzy przez Donalda Trumpa nie zadali sobie też trudu, aby choć znaleźć kandydata i rozpocząć procedurę nominacyjną ambasadorów w takich państwach, kluczowych dla amerykańskiej polityki i interesów USA, jak choćby Niemcy, Korea Południowa, Arabia Saudyjska, Kuwejt czy Pakistan. Z każdym z tych krajów w ciągu ostatniego roku Waszyngton utrzymuje ożywione kontakty polityczne, a sam prezydent rozmawia z ich przywódcami i nawet składa im wizyty, organizowane niekiedy z prawdziwym rozmachem (jak w Arabii Saudyjskiej). Rzecz chyba tylko w tym, że ani prezydent, ani sekretarz stanu nie potrzebują już do tego celu nie tylko ambasadorów, ale w ogóle całego systemu klasycznej dyplomacji.
Ameryka nie jest w tej mierze przykładem odosobnionym. Unia Europejska coraz mocniej ścieśnia personel swojej Służby Działań Zewnętrznych, tworzonej w sumie nie tak dawno, bo zaledwie półtorej dekady temu, z wielkim naonczas entuzjazmem na przyszłość.
Co najmniej dziesięć unijnych ambasad (zwanych nie wiedzieć czemu „delegaturami”) objętych jest właśnie redukcjami zatrudnienia. A przecież w wizji twórców traktatu lizbońskiego, który powoływał do życia unijną służbę dyplomatyczną, miała ona stanowić istotny czynnik budowy nowego, lepszego świata, propagując na całym globie ideał demokracji, a przy okazji budując sławną „miękką siłę”, z jaką Unia miała oddziaływać na świat. Ale dziś po tamtych nadziejach nie ma nawet śladu, a znaczenie unijnych dyplomatów w praktyce z roku na rok maleje, może z wyjątkiem takich stolic, jak Kijów, Kiszyniów czy Belgrad, gdzie hipotetyczne członkostwo w Unii i unijna pomoc są ciągle kluczowymi wątkami tamtejszej polityki. W ciągu obecnego roku również Wielka Brytania przystąpiła do cięć liczebności swego personelu dyplomatycznego, docelowo aż o ¼ (to niemal pogrom brytyjskich dyplomatów), a Niderlandy zmniejszają finansowanie swojej dyplomacji o 10 proc., zamykając zarazem pięć swoich zagranicznych placówek.
Wydaje się, że tym razem mamy do czynienia z trendem prawdziwego zmierzchu dyplomacji, a nie tylko jakąś koincydencją zdarzeń w różnych krajach, albo koniecznością cięć budżetowych. A w każdym razie ów trend jest z pewnością widoczny w państwach demokratycznego Zachodu, gdzie w obliczu szybkich przemian kultury politycznej klasyczna dyplomacja staje się anachroniczna, a być może nawet zbędna. Przede wszystkim z powodu rewolucji w kulturze politycznej komunikacji.
Jeśli przywódca jednego kraju albo minister spraw zagranicznych ma interes do swojego odpowiednika w innym kraju, to robi dziś to tak samo, jak już od lat robi to każdy z nas, chcąc się z kimś skomunikować: bierze smartfon i łączy się albo wysyła SMS-a. I jeśli otworzymy dziś jakąkolwiek telewizję czy portal informacyjny, to łatwo natkniemy się na zdjęcie Macrona, Merza albo Zełenskiego ze smartfonem przy uchu.
Nie tak dawno media obiegła charakterystyczna anegdotka i towarzyszący jej filmik z Nowego Jorku, pokazujący, jak Macron, którego auto policja zatrzymała na ulicy z powodu planowanego przejazdu kolumny prezydenta USA, dzwoni z poczuciem humoru na komórkę do Trumpa, aby mu się osobiście poskarżyć, a przy okazji – co najciekawsze – na nowojorskiej ulicy, przeciskając się między stojącymi autami, wszczyna z Trumpem rozmowę na temat warunków pokoju na Ukrainie. Anegdota jest przednia, a morał, jaki z niej płynie, jest taki, iż dyplomatyczni pośrednicy stali się zbędni w załatwianiu spraw pomiędzy państwami.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-rokita-zmierzch-dyplomacji/
PAP/MB




