Prof. Aleksander SURDEJ: Metoda Stoltenberga

Metoda Stoltenberga

Photo of Prof. Aleksander SURDEJ

Prof. Aleksander SURDEJ

Profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. B. ambasador Polski w Wietnamie, wcześniej ambasador Polski przy OECD.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Jeszcze jesienią 2024 roku Jens Stoltenberg był sekretarzem generalnym NATO – stał na czele NATO, kierował pracami zespołów w siedzibie głównej w Brukseli oraz w innych podległych jednostkach i przewodniczył Radzie Północnoatlantyckiej, częstym spotkaniom z ambasadorami państw członkowskich oraz corocznej sesji ministerialnej. Mniej niż rok później ogłosił po norwesku swoje wspomnienia z okresu sprawowania natowskiej funkcji, a niespełna osiemnaście miesięcy później otrzymaliśmy polskie tłumaczenie ponad 500-stronicowej książki zatytułowanej Na mojej warcie. Przewodzenie NATO w czasie wojny – pisze prof. Aleksander SURDEJ

.Jest oczywiste, że książkę tę Stoltenberg zaczął przygotowywać dużo wcześniej, ale każdy czytelnik potwierdzi, że 4/5 jej treści dotyczy kierowania pracami NATO, że autor nic nie pisze o okresie, gdy przez ponad 9 lat był premierem Norwegii, a wcześniej (a także obecnie) ministrem finansów kraju nad fiordami. Świeżość relacji może sprawiać, że zostanie przyjęta z nieufnością, bo przecież jest nacechowana selektywnością płynącą z autokreacji („łże-wspomnień”, „łże-dziennika” w terminologii Tadeusza Konwickiego) i pewnej dozy narcyzmu cechującego czynnego wciąż polityka, bo z pewnością nieuchronnie przeszła ona sito natowskiej cenzury w celu uniknięcia oskarżeń o ujawnienie tajemnic organizacji (być może książkę tę czytają „magowie z Kremla”).

Świadomość tych ograniczeń nie czyni jednak lektury bezużyteczną. Nie jest to oczywiście książka dla poszukiwaczy personalnych sensacji (ci biegną wertować e-maile Epsteina), chociaż rekonstrukcje (zapisy?) rozmów z 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych mogą bawić, a sam Stoltenberg komentuje je słowami: „Czasami Trump przypominał mi chłopca z baśni Nowe szaty cesarza, który mówi wprost to, czego nikt inny nie ośmiela się powiedzieć, co mogło być wyzwalającym doświadczeniem” (s. 286).

Jest to istotnie książka o NATO w działaniu, o mechanizmach, które czynią tę organizację szczególnie niezbędną, gdy w regionie jej działania (NATO, o czym Stoltenberg przypomina – „to organizacja o charakterze regionalnym, ale musieliśmy zaimplementować globalne podejście w pracach nad istotnymi kwestiami polityki bezpieczeństwa” (s. 380)) pojawia się wojenna inwazja oraz gdy zauważalna jest kruchość, gdyż wiodący kraj przechodzi przywódcze zwątpienie. Do czego zatem próbuje przekonać Jens Stoltenberg? Jakie lekcje daje? Co można wynieść z lektury jego pracy? Oto kilka subiektywnych wniosków.

NATO jest wciąż niezbędne i nie jest dotknięte śmiercią mózgową

Jens Stoltenberg silnie argumentuje przeciwko iluzji europejskiej autonomii strategicznej. Pisze: „W Unii Europejskiej obowiązuje klauzula solidarności, zgodnie z którą państwa członkowskie udzielają sobie wzajemnej pomocy, jeśli któryś kraj padnie ofiarą ataku terrorystycznego, zbrojnej napaści lub poważnej klęski żywiołowej.

Nie jest klauzula ta sformułowana tak, jak artykuł piąty traktatu NATO, jednak w przypadku ataku na kraj będący członkiem obu organizacji można by się zastanawiać, która procedura z tych dwóch powinna zostać uruchomiona. Już sam fakt istnienia choćby cienia wątpliwości w tej sprawie wskazuje na to, że dwie klauzule solidarności mogłyby stanowić problem. Kiedy jakiś kraj pada ofiarą ataku, to naprawdę nie jest to odpowiedni czas, żeby Waszyngton, Londyn, Paryż i Berlin zaczęły dyskutować, kto powinien udzielić pomocy” (s. 185).

Nie chodzi mu przy tym o rozproszenie odpowiedzialności i konfuzję organizacyjną, lecz o to, że „militarna siła sprawcza” NATO w 80 proc. zależy od USA. Przewodnicząc NATO, Stoltenberg dbał zatem o to, aby ze Stanów Zjednoczonych nie płynęły silne sygnały podważające podstawową zasadę solidarności. „Spotkania Rady Północnoatlantyckiej gromadzą wszystkie państwa członkowskie NATO. Każdy kraj dysponuje jednym głosem. Stany Zjednoczone mają jednak wyjątkową pozycję ze względu na swoje znaczenie polityczne, gospodarcze i wojskowe. Żaden inny kraj nie ma większego wpływu na to, czym jest NATO, co NATO może zrobić i czym NATO może się stać. Dlatego tak istotne jest to, jakie siły dominują w amerykańskiej polityce i kto zasiada w Białym Domu” (s. 129). I dodaje: „Sojusz opiera się na gwarancjach bezpieczeństwa. Jeśli amerykański prezydent oświadcza, że nie będzie bronił innych sojuszników (…), to traktat NATO i gwarancje bezpieczeństwa przestają być cokolwiek warte. Na świecie jest pełno bezwartościowych umów i traktat NATO mógł szybko stać się jedną z nich” (s. 220).

Każdy Sekretarz Generalny NATO powinien uwzględniać ten fakt i znaleźć ścieżkę porozumienia z każdym kolejnym prezydentem USA. Chociaż Stoltenberg, jak sam przyznaje, był nominatem Baracka Obamy, to stworzył podstawy pod harmonijną współpracę z Białym Domem ery Donalda Trumpa 1.0, m.in. wzmacniając prezydencki przekaz o tym, że państwa członkowskie NATO powinny zwiększać wydatki na obronność.

Kierowanie organizacją multilateralną jest mozołem i często wymaga proceduralnej chytrości

Jens Stoltenberg przypomina, że NATO, a także kilka innych organizacji międzynarodowych, w tym OECD, podejmuje decyzje w sposób konsensualny. Pisze: „Zasada konsensusu to kolejny aspekt procesów NATO, do którego przez jakiś czas się przyzwyczajałem. Ambasadorowie NATO pilnie strzegą zasady jednomyślności, utrudniającej podejmowanie decyzji” (s. 93). Dodaje potem: „Są to ludzie doświadczeni i kompetentni, ale dyplomaci do szpiku kości, spierający się o każdy szczegół i każde sformułowanie. Często jedna lub kilka osób zgłasza weto” (s. 95). Czasami sprawdzał, czy weto ambasadora ma źródło w stolicy jego kraju, dzwoniąc do tamtejszego premiera, i rzeczywiście bywało, że przyłapywał dyplomatę na przekraczaniu pełnomocnictw (podobnie czynił Angel Gurria kierujący OECD w latach 2005–2021).

Stoltenberg podkreśla, że „oczywiście sekretarz generalny NATO ma ograniczoną władzę, ponieważ ostatecznie o wszystkim decydują wspólnie państwa członkowskie”, a zaraz potem zauważa, że „mimo to sekretarz generalny ma wiele do powiedzenia. Kierowanie dużą organizacją daje możliwość wychodzenia z inicjatywą, ustalania porządku obrad i warunków podejmowania decyzji” (s. 51).

Aksamitne przywództwo wymaga starannego planowania i wykorzystywania politycznego procesu, który Stoltenberg streszcza tak: „Różne pomysły, które wykluły się w głowach moich najbliższych współpracowników i mojej, przepuściliśmy przez poszczególne stolice, zanim na szczycie podjęliśmy ostateczne decyzje, zaskakująco podobne do naszych pierwotnych propozycji. Uprawianie politycznego rzemiosła z biura sekretarza generalnego okazało się przydatne” (s. 379). Lider organizacji multilateralnej staje się skuteczny nie wtedy, gdy ogłasza, że wszystkie pomysły odeń pochodzą, lecz wtedy, gdy realizuje swoje zamierzenia…

Jens Stoltenberg mocno podkreśla, że: „Kłótnie przy podniesionej kurtynie dają pole do popisu siłom, które chcą siać niezgodę. Sojusznicy nie mogą publicznie skakać sobie do oczu” (s. 325). Szczyty Paktu Północnoatlantyckiego musiały być świetnie przygotowane przez intensywne konsultacje z liderami państw członkowskich („To właśnie szczyty posuwały współpracę polityczną do przodu. Sojusz ich potrzebował” (s. 332)). O kontaktach z USA pisze następująco: „Spotkania z prezydentem USA nie odbywają się według planu sporządzonego na piśmie, ale są przygotowywane przez wiele tygodni. Rozmowy telefoniczne, wymiana maili, opracowywanie notatek. Agenda istnieje w tym sensie, że ustalamy tematy, które zostaną poruszone. Do pewnego stopnia panuje także zgoda co do tego, jaki powinien być wynik spotkania” (s. 146). Pewno podobnie wyglądały konsultacje z prezydentami Francji, Polski, Turcji, kanclerzem Niemiec czy premierem Wielkiej Brytanii.

Wspierać walczącą Ukrainę, nie wywołując wielkiej wojny

Największa ciekawość ogarnia czytelnika, gdy czyta o relacjach Stoltenberga, jako szefa NATO, z Rosją i jej przedstawicielami. O okresie po zajęciu Krymu, przed inwazją na Ukrainę, Stoltenberg pisze tak: „Nie prowadziliśmy wojny z Rosją. Ale trudno to było również nazwać pokojowymi stosunkami. Jakakolwiek myśl o normalnych, sąsiedzkich relacjach wydawała się odległa. Teraz chodziło o takie ułożenie stosunków, aby nieporozumienia lub brak kontaktu i komunikacji nie prowadziły do niebezpiecznych incydentów, które w najgorszym przypadku mogłyby wywołać działania wojenne. Minimalna otwartość i zaufanie zmniejszały ryzyko wystąpienia dramatycznych zdarzeń” (s. 422).

Jeszcze podczas szczytu NATO w Warszawie w lipcu 2016 roku wydawało mu się, że skutki będą wyłącznie ekonomiczne. Pisze: [w Polsce] „podjęliśmy ważne decyzje, które doprowadziły do największego wzrostu sił NATO po zakończeniu zimnej wojny i które zatarły różnice między wschodnimi państwami członkowskimi a resztą sojuszu, co wywołało mieszane uczucia. Większą, natychmiastową radość odczuwam, przyczyniając się do redukcji gazów cieplarnianych, do inwestycji w edukację lub zdobycia szczepionek dla dzieci na całym świecie. Emocje jednak nie mogą decydować o priorytetach politycznych. Obrona i bezpieczeństwo mają fundamentalne znaczenie. Przed wojną we wschodniej Ukrainie i aneksją Krymu takie zbrojenie było nie do pomyślenia. Niestety, teraz okazało się zarówno słuszne, jak i konieczne” (s. 122). O okresie od inwazji Rosji na Ukrainę do końca swojej pracy w NATO Stoltenberg pisze: „Wspieranie Ukrainy i dokładanie starań, by zapobiec wielkiej wojnie, stały się moją misją życiową, z którą nic innego nie mogło się równać” (s. 504). Dodaje: „Wszystkim ministrom obrony państw natowskich dałem jasno do zrozumienia, że gdyby musieli wybierać między wymaganiami NATO [dotyczącymi obowiązkowych zapasów broni – A.S.] a wsparciem dla Ukrainy, powinni wybrać to drugie” (s. 540).

Działaniom tym towarzyszyła świadomość ryzyk, które Putin przyniósł światu. Stoltenberg pisze o tym tak: „Nie mogłem jednak nie myśleć o pierwszej wojnie światowej, gdy wielkie mocarstwa na kilka tygodni przed jej wybuchem zbliżały się ku wielkiej katastrofie. Inwazja Putina uruchomiła pozornie nierozerwalny łańcuch reakcji i kontrreakcji” (s. 493). Odpowiedzialnością Stoltenberga było utrzymanie jedności NATO, gdyż: [Rosjanie] „mogli testować jedność państw zachodnich w sytuacji zagrożenia. Był to rodzaj gry, w którą grali już wcześniej” (s. 427), a NATO pod jego przywództwem „musiało połączyć dialog z siłą” (s. 245). Stoltenberg nie ukrywa satysfakcji, że po przyjęciu do NATO Finlandii i Szwecji: „Sojusz stał się silniejszy. Władimir Putin chciał mniej NATO w pobliżu granic Rosji, a dostał więcej. Moskwa poniosła strategiczną porażkę” (s. 531).

Nieformalne relacje polityka z misją

Jens Stoltenberg, jak już podkreśliłem, był wcześniej wieloletnim premierem Norwegii, państwa mającego prawie 200-kilometrową granicę z Rosją. Jest jasne, że wielokrotnie spotykał się, a może nawet spacerował po fiordach z Putinem, Miedwiediewem czy Ławrowem w swoich poprzednich politycznych wcieleniach. W książce cierpko pisze o Ławrowie, który pod publicznym wizerunkiem wzorca dyplomaty ukrywał butę i wulgarność, oraz o przemianie Putina, który obrał kurs na konfrontację z Zachodem. Z wieloma innymi politykami, w tym Angelą Merkel, Pedro Sanchezem i politykami skandynawskimi, wydawał się zaprzyjaźniony, chociaż owa przyjaźń była dość instrumentalna: „Nieformalne kontakty pomagają budować wspólnotę i tworzą lepszy klimat do rozmów” (s. 202). O Polsce i Polakach jest w książce bardzo mało, lecz warto odnotować, że relacjonując rozmowę z jednym z liderów Ukrainy, autor pisze: „Na zachodzie ukraiński ruch narodowy rozwijał się lepiej niż na wschodzie, ponieważ Habsburgowie chcieli powstrzymać polski nacjonalizm” (s. 78), a nieco dalej zauważa „mieszane uczucia” (s. 102) obecnego premiera Polski z okresu pracy zarobkowej w Norwegii.

Wojna Rosji z Ukrainą trwa i fakt ten rzutuje na odbiór publikacji. Trudno odmówić Jensowi Stoltenbergowi racji: „Uczestniczenie w procesach i decyzjach stanowiących odpowiedź Zachodu na kryzysy, z którymi się mierzyliśmy, dawało głębokie poczucie sensu i satysfakcji” (s. 508). Autor wniósł do książki, jak się wydaje, osobowość i doświadczenie skandynawskiego polityka, który „wykuwanie kompromisu za pomocą symbolicznych, językowych zwrotów” włączył do swojego politycznego rzemiosła (s. 515).

Wiele informacji o rodzinie, w tym o roli ojca Thorvalda – kiedyś ministra spraw zagranicznych Norwegii – ukazuje Jensa Stoltenberga jako ciepłego, empatycznego człowieka, który został postawiony na warcie ze świadomością, że: „Naszym zadaniem jest zerwanie z tragicznym schematem w historii Europy, zgodnie z którym okres powojenny staje się okresem międzywojennym. Jest to trudniejsze, niż nam się wydawało kilka lat temu. Napastnicza wojna Rosji przeciwko Ukrainie przypomniała nam, że pokój nie jest czymś oczywistym, danym raz na zawsze” (s. 560). Dlatego też jego fundamentalna postawa nie ulega zmianie: „Silne i witalne NATO stanowi najlepszą ramę dla zachodniej współpracy w zakresie polityki obronnej i bezpieczeństwa” (s. 571).

Pamiętając o początkowych uwagach o naturze tej książki, z przekonaniem polecam jej lekturę osobom zainteresowanym organizacjami międzynarodowymi, polityką międzynarodową, sprawami wojny i pokoju. Ostatecznie jednak to, co wynosimy z lektur, zależy od pytań, jakie nam towarzyszą.

Aleksander Surdej
Jens Stoltenberg, Na mojej warcie. Przewodzenie NATO w czasie wojny, Wydawnictwo PORT 2025.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 6 lutego 2026