Prof. Ziemowit Miłosz MALECHA: Dlaczego udajemy, że zielona energia jest tania?

Dlaczego udajemy, że zielona energia jest tania?

Photo of Prof. Ziemowit Miłosz MALECHA

Prof. Ziemowit Miłosz MALECHA

Profesor Politechniki Wrocławskiej na Wydziale Mechaniczno-Energetycznym. Badacz w dyscyplinie naukowej inżynieria środowiska, górnictwo i energetyka.

Transformacja energetyczna, która wcale nie musi być „zielona”, jest wyzwaniem cywilizacyjnym, ale karmienie opinii publicznej bajkami o jej „taniości” doprowadzi nas do gospodarczej katastrofy. Przerzucanie kosztów do budżetu czy ukrywanie ich pod skomplikowanymi nazwami opłat pozataryfowych nie sprawi, że koszty znikną – pisze prof. Ziemowit Miłosz MALECHA

.Pamiętają Państwo Billy’ego Bixbee, bohatera klasycznej bajki Jacka Kenta There’s no such thing as a dragon („Smoki nie istnieją”)? Billy pewnego ranka znajduje w swoim pokoju małego smoka. Gdy podekscytowany biegnie do matki, słyszy kategoryczne: „Smoki nie istnieją!”. Skoro stworzenie oficjalnie nie istniało, wszyscy udawali, że go nie widzą. A ignorowany smok rósł w zastraszającym tempie. Zjadał naleśniki, zajmował kolejne pokoje, aż w końcu rozsadził dom, wziął Billy’ego na grzbiet i poszedł na spacer.

Ta urocza opowiastka dla dzieci jest genialną metaforą współczesnej polityki energetycznej. Od lat architekci europejskiej transformacji – politycy i zieloni aktywiści – powtarzają nam z uśmiechem na ustach: „Pogodozależne OZE to najtańsza energia, a słońce i wiatr nie wystawiają faktur!”. Tymczasem w salonie europejskiej gospodarki od dawna siedzi potężny, żarłoczny smok. To gigantyczne koszty systemowe, które trzeba ponosić, by utrzymać przy życiu system oparty na chimerycznej aurze. Przez lata w Niemczech ten smok miał nawet swoje oficjalne imię: EEG-Umlage.

Czym był zielony smok o nazwie EEG-Umlage?

.Aby zrozumieć istotę problemu, musimy najpierw wyjaśnić, czym była ta słynna dopłata. EEG-Umlage to wprowadzona w Niemczech opłata na rzecz wsparcia odnawialnych źródeł energii. Co dokładnie obejmowała?

Inwestorzy budujący farmy wiatrowe czy fotowoltaikę otrzymali od państwa ustawowo zagwarantowane wysokie stawki za każdą wyprodukowaną kilowatogodzinę (taryfy gwarantowane). Kiedy jednak mocno świeci słońce i wieje wiatr, w systemie pojawia się nagle potężna nadpodaż prądu. Ceny na giełdzie energii drastycznie spadają, nierzadko poniżej zera. Operatorzy sieci musieli jednak odkupić ten zielony prąd po wysokiej, obiecanej cenie, a potem sprzedać go na giełdzie za bezcen. Różnicę pomiędzy tym, co obiecano producentom OZE, a tym, co prąd był realnie wart na rynku, pokrywała właśnie opłata EEG-Umlage.

Miliardowy apetyt potwora

.Podobnie jak w bajce Kenta, na początku smok był mały. Jednak z każdym kolejnym rokiem, gdy w systemie przybywało niestabilnych źródeł, koszty zaczęły pęcznieć. Eksperci i realiści alarmowali, ale polityczna narracja brzmiała: „Smoki nie istnieją”. Tymczasem liczby z raportów niemieckiego stowarzyszenia BDEW (Bundesverband der Energie– und Wasserwirtschaft) były bezwzględne. W rekordowym 2017 roku stawka EEG-Umlage wzrosła do poziomu 6,880 ct/kWh (wzrost o 8500 proc. względem roku 1998). Dla przeciętnego gospodarstwa domowego oznaczało to, że sama ta jedna dopłata stanowiła blisko jedną czwartą całego rachunku za prąd!

Jeśli spojrzymy na oficjalne dane BDEW, obrazujące całkowite roczne obciążenie gospodarki z tytułu podatków i opłat, uświadomimy sobie realną skalę tego potwora. W szczytowych momentach roczny koszt samego tylko systemu EEG, przerzucany na barki konsumentów i przemysłu, wystrzelił do astronomicznych poziomów rzędu 24–30 miliardów euro rocznie! Tyle kosztowało łatanie dziury pod hasłem „tania zielona energia”.

Co gorsza, niemiecki smok szybko dorobił się żarłocznego potomstwa, czyli dynamicznego wzrostu innych danin, których politycy woleliby nie pokazywać palcem. Mowa o opłatach sieciowych oraz o opłacie na rzecz morskiej energetyki wiatrowej. Dlaczego rosną? Ponieważ koszty budowy nowej, gigantycznej infrastruktury sieciowej są systemowo przerzucane na barki państwa i podatników. Teoretycznie to deweloperzy projektów OZE powinni finansować infrastrukturę, która służy do wyprowadzenia ich mocy. Gdyby jednak zostali nimi obciążeni, rzekomo „darmowy” prąd z OZE musiałby kosztować wielokrotnie więcej, obnażając prawdziwe koszty transformacji. Ukrycie tych wydatków w opłatach sieciowych pozwala zachować iluzję taniej zielonej energii, choć w rzeczywistości rachunek za „darmowy wiatr” pęczniał z każdym rokiem.

Wielki trik – gdzie schowano smoka w 2022 roku?

.W połowie 2022 roku, w obliczu kryzysu energetycznego i paniki przed drożyzną, rząd w Berlinie wykonał spektakularny trik. 1 lipca 2022 roku obniżył stawkę EEG-Umlage na rachunkach do poziomu 0 ct/kWh. Jak wynika z nowszych zestawień BDEW, w rubrykach dla lat 2023–2026 przy pozycji EEG widnieje po prostu kreska. Z perspektywy konsumenta smok zniknął.

Ale w ekonomii nic nie znika. Koszty gwarantowanych dopłat dla OZE nie wyparowały – umowy z inwestorami wciąż trzeba opłacać. Gdzie więc podział się nasz smok? Został po prostu przepędzony z widoku i zamknięty w piwnicy. Ciężar finansowania transformacji przeniesiono z rachunków za prąd bezpośrednio na budżet federalny, zapewne do specjalnego Funduszu Klimatu i Transformacji (KTF). Obywatel nie płaci już za smoka w cenie kilowatogodziny, gdy włącza telewizor. Płaci za niego w podatkach – w cenie paliwa na stacji, w wyższych marżach towarów. Koszt przestał być transparentny, stał się ukryty.

Puenta – polski smok ryczy coraz głośniej

.A jak ta bajka wygląda na polskim podwórku? Dokładnie tak samo. Nadwiślańscy politycy i aktywiści również z uporem maniaka powtarzają mantrę, że masowa budowa wiatraków i fotowoltaiki obniży nasze rachunki, co odwraca uwagę od siedzącego w pokoju potwora. Tymczasem polski smok rośnie i właśnie pożera konkurencyjność rodzimego przemysłu.

Spójrzmy na fakty i koszty, jakie ponoszą polskie przedsiębiorstwa. Porównując sytuację polskiego przemysłu między latami 2015 a 2025, widzimy porażającą dynamikę. Opłaty dystrybucyjne (czyli koszt fizycznego dostarczenia energii i modernizacji sieci pod kątem OZE) wzrosły w tym okresie ok. dwukrotnie. Prawdziwym szokiem jest jednak wzrost tzw. opłat dodatkowych, który okazał się bezwzględny – wzrosły one dziesięciokrotnie! Z poziomu kilkunastu czy kilkudziesięciu złotych wystrzeliły do poziomu sporo ponad 200 zł za megawatogodzinę (MWh).

Co stanowi lwią część tej gigantycznej dodatkowej kary za transformację? Na przykład opłata mocowa, która jest kosztem utrzymania w systemie tzw. rynku mocy. Płacimy miliardy złotych tradycyjnym elektrowniom węglowym i gazowym tylko za to, że stoją w gotowości. Muszą stać i czekać z rozpalonymi kotłami na moment, w którym zajdzie słońce lub ucichnie wiatr, by w ułamku sekundy uratować kraj przed blackoutem. To bezpośredni, ukryty i gigantyczny koszt utrzymania pogodozależnych OZE, który ponoszą polskie firmy i polscy obywatele.

.W bajce Jacka Kenta dom przestał pękać w szwach dopiero wtedy, gdy rodzina stanęła w prawdzie i głośno krzyknęła: „O rany, przecież tu jednak JEST smok!”. Wtedy potwór momentalnie zmalał do rozmiarów, z którymi można było sobie poradzić.

Czas na taką samą odwagę w Europie i w Polsce. Transformacja energetyczna, która wcale nie musi być „zielona”, jest wyzwaniem cywilizacyjnym, ale karmienie opinii publicznej bajkami o jej „taniości” doprowadzi nas do gospodarczej katastrofy. Przerzucanie kosztów do budżetu czy ukrywanie ich pod skomplikowanymi nazwami opłat pozataryfowych nie sprawi, że koszty znikną. Dopóki głośno nie przyznamy, że niestabilne OZE wymagają potężnych, miliardowych nakładów na rezerwę mocową, rozbudowę sieci, stabilizację, bilansowanie czy magazynowanie, dopóty ten smok będzie rósł i pożerał nasz dobrobyt.

Ziemowit Miłosz Malecha

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 1 lipca 2026