
Klimatyczny miraż. 1500 przepisów i 96 proc. porażek
Ponad 96 proc. z 1500 polityk klimatycznych okazało się biurokratycznym kagańcem, który nie zmienia globalnego trendu, za to skutecznie drenuje zasoby, dusi konkurencyjność Europy i promuje model transformacji przez destrukcję przemysłu – pisze prof. Ziemowit Miłosz MALECHA
.W debacie o ociepleniu klimatu rządy prześcigają się w ogłaszaniu nowych regulacji, a unijna biurokracja stała się fabryką kolejnych dyrektyw. Jednak najnowsza, monumentalna analiza 1500 polityk klimatycznych z ostatnich dwóch dekad, zatytułowana Climate policies that achieved major emission reductions: Global evidence from two decades, opublikowana w sierpniu 2024 roku w prestiżowym czasopiśmie „Science”, przynosi brutalne otrzeźwienie. Okazuje się, że zaledwie 63 interwencje (ok. 4 proc.) odniosły mierzalny sukces. Co z pozostałymi 1437 przepisami? To w dużej mierze biurokratyczny szum, który kosztuje miliardy, nie dając planecie niemal nic w zamian.
Kij, marchewka i drożyzna – jedyny „skuteczny” miks
.Badanie wykorzystało zaawansowane algorytmy uczenia maszynowego, aby wyłowić tzw. „przełomy” (breaks) – momenty, w których emisje realnie tąpnęły. Wyniki są jednoznaczne: pojedyncze działania, takie jak same dotacje czy kampanie informacyjne, niemal nigdy nie działają. Największe redukcje (sięgające 25–30 proc. w energetyce) osiągnięto wyłącznie dzięki agresywnym kombinacjom polityk. W praktyce ten „skuteczny” model to połączenie trzech elementów.
Po pierwsze: wzrost ceny (podatki), czyli mechanizmy takie jak podatki węglowe czy system ETS, które czynią życie i produkcję droższymi. Po drugie: „kij” (regulacje), czyli twarde zakazy, np. wycofywanie elektrowni węglowych czy rygorystyczne normy emisji, wydajności. Po trzecie: „marchewka” (subwencje), czyli gigantyczne dopłaty do paneli i wiatraków, na które pieniądze i tak pochodzą z podatków nałożonych na obywateli.
Dla przeciętnego mieszkańca UE oznacza to jedno – drastyczny wzrost kosztów życia, który ma go zmusić do bycia zeroemisyjnym (nie mylić z ekologicznym).
Polska i Niemcy – ile kosztują nas te „przełomy”?
.Analiza wskazuje konkretne punkty na osi czasu, w których odnotowano sukcesy, ale ich cena budzi poważny niepokój o kondycję gospodarki. W Niemczech przełomy w transporcie (2002 i 2005 r.) były efektem reformy podatku ekologicznego i opłat drogowych. Skutkiem były droższy transport towarów i wyższe ceny towarów na półkach. Natomiast, co może wydawać się zaskakujące, w sektorze elektroenergetycznym nie odnotowano żadnego gwałtownego przełomu. Mimo miliardów wpompowanych w Energiewende niemiecka redukcja CO2 wynika głównie z mniejszego zużycia energii przez upadający przemysł, a aż 85 proc. potencjału OZE zostało „zjedzone” przez decyzję o zamknięciu bezemisyjnych elektrowni jądrowych. W rezultacie „zeroemisyjnych” reform ceny energii wzrosły drastycznie, a ogólna produkcja energii elektrycznej spadła o ponad 20 proc.
W Polsce sukces odnotowano w budownictwie w 2019 roku (spadek emisji o 18,8 proc.) dzięki rygorystycznym normom i wsparciu finansowemu. Jednak narzucone standardy wydajności drastycznie podniosły koszty budowy i remontów. Jednocześnie forsowanie cen emisji w energetyce stanowi ogromne obciążenie dla polskiego przemysłu energochłonnego.
Geografia jako „oszustwo” statystyczne
.Kontrowersyjnym elementem badania jest zestawianie ze sobą państw o zupełnie innej charakterystyce geograficznej. Umieszczenie Norwegii (przełom w energetyce w 2012 r.) w jednym rzędzie z krajami o wysokim udziale paliw kopalnych w systemie energetycznym jest metodologicznym nadużyciem. Norwegia od dekad dysponuje „darem od losu” – niemal 100 proc. jej energii pochodzi z wody. Podobnie sytuacja wygląda w Szwecji (przełom w 2005 r.), gdzie od lat dominują atom i hydroenergetyka. Zarówno Norwegia, jak i Szwecja mogły pozwolić sobie na nasycenie gospodarki wysokimi podatkami węglowymi oraz innymi „karami” tylko dlatego, że praktycznie takich źródeł nie posiadały.
Jeszcze bardziej jaskrawe przykłady „statystycznych sukcesów” w sektorze przemysłowym (Industry) odnajdujemy w Rumunii i Rosji. W Rumunii odnotowano przełom, który raczej powinno się interpretować jako drastyczną redukcję przemysłu ciężkiego. Potwierdzają to dane produkcji elektrycznej: między 2015 a 2025 rokiem jej produkcja spadła z 66 TWh do 50 TWh. To drastyczny spadek, o ponad 24 proc., w ciągu zaledwie dekady. Trudno uznać za sukces polityki klimatycznej sytuację, w której emisje spadają tylko dlatego, że kraj przestaje produkować.
Z kolei przypadek Rosji obnaża słabość algorytmów szukających nagłych tąpnięć. Zidentyfikowany tam „przełom” w przemyśle to jedynie chwilowe, lokalne wahnięcie wykresu, po którym nastąpił dalszy, gwałtowny wzrost emisji. Wpisanie Rosji na listę sukcesów „polityk klimatycznych” jest co najmniej dyskusyjne – trudno bowiem uwierzyć w istnienie realnych programów redukcji w kraju, który buduje swoją strategię na eksporcie i spalaniu paliw kopalnych. To chwilowy spadek, niemający nic wspólnego z systemową walką o klimat.
Chiny – zielona propaganda kontra węglowy rekord
.Podczas gdy Europa nakłada na siebie samobójcze ograniczenia, Chiny budują swoją potęgę na tanim węglu. Badanie w „Science” nie wykryło żadnego przełomu w chińskim sektorze energetycznym. Fakty są miażdżące: tylko w 2025 roku Chiny oddały do użytku 75 GW nowych mocy w węglu – to trzykrotnie więcej niż zapotrzebowanie całej Polski. Rok wcześniej było to ok. 60 GW.
Chiny sprzedają Europie panele fotowoltaiczne, ciesząc się, że system ETS dusi nasze PKB, podczas gdy ich własne emisje od 1990 roku wzrosły o astronomiczne 789 proc. (w Polsce w tym samym czasie spadły o 36 proc.).
Iluzja redukcji i ucieczka przemysłu
.Naukowcy przyznają, że skuteczne polityki muszą być „rygorystyczne”, ale pomijają zjawisko tzw. ucieczki emisji (carbon leakage). Jeśli UE narzuca mordercze ceny za emisje, przemysł nie „zielenieje” magicznie – on po prostu ucieka tam, gdzie jest taniej (USA, Indie, Chiny). W efekcie emisje znikają z europejskich statystyk, ale w skali globalnej rosną, bo produkcja przenosi się do miejsc o niższych standardach. Europejskie gospodarki słabną, a globalny bilans CO2 ma wciąż tendencję silnie wzrostową.
Gąszcz przepisów – 1500 powodów do niepokoju
.Najbardziej uderzającym wnioskiem z badania jest problem „nasycenia” regulacjami. Jesteśmy przeładowani prawem, które nie działa. Większość z 1500 polityk to „izolowane działania”, które nie dają efektu skali, za to generują gigantyczne koszty. Oznacza to marnotrawstwo środkówpublicznych. Pieniądze wydane na 96 proc. nieskutecznych polityk mogłyby zasilić realne innowacje, a nie armię urzędników.
Podsumowując, można powiedzieć, że metaanaliza w „Science” – zapewne wbrew intencjom autorów – stanowi najsilniejszy od lat argument przeciwko obecnej architekturze polityki klimatycznej. Zestawienie twardych liczb obnaża marginalność „osiągnięć” ostatnich dwóch dekad. Całkowity efekt wszystkich 63 „przełomowych” sukcesów to zaledwie 0,6–1,8 mld ton CO2. Tymczasem światowe emisje rosną nieprzerwanie od 1950 roku w tempie 0,5–1,0 mld ton rocznie, zbliżając się dziś do bariery 40 mld ton. Cały skumulowany wysiłek „najlepszych z najlepszych” polityk z ostatnich 20 lat jest w stanie zrównoważyć zaledwie jeden rok naturalnego wzrostu światowych emisji.
Wykres globalnych emisji CO2 od siedmiu dekad nie pokazuje żadnych trwałych „przełomów” wywołanych traktatami czy ustawami – jedyne widoczne tąpnięcia to skutki wojen i kryzysów gospodarczych. Jeśli odliczymy „naciągane” sukcesy, o których była mowa powyżej, okaże się, że realna liczba skutecznych interwencji jest jeszcze niższa niż 4 proc.
Oznacza to, że ponad 96 proc. z 1500 polityk klimatycznych okazało się biurokratycznym kagańcem, który nie zmienia globalnego trendu, za to skutecznie drenuje zasoby, dusi konkurencyjność Europy i promuje model transformacji przez destrukcję przemysłu. Czas zapytać, ile jeszcze będziemy płacić za pozostałe 1437 pomyłek.




