
Hotel Pera i nowe centrum świata
Czy nowy porządek świata powstaje dziś nie w Waszyngtonie, Brukseli czy Pekinie, lecz na styku kontynentów, szlaków handlowych i systemów energetycznych? – pyta Michał KURTYKA.
Przy Bosforze rodzi się nowa geografia wpływów
.Stambuł jest miastem, które potrafi zawstydzić historią. Nie przypomina jej — ona po prostu trwa, wbudowana w kamień, w ulice, w rytm Bosforu. W 1883 roku Orient Express wyruszył po raz pierwszy z paryskiego Gare de l’Est. Sześć lat później, w 1889 roku, dotarł pierwszą bezpośredną trasą do Konstantynopola. Rok po tym otworzyła się stacja Sirkeci, a w 1895 roku — by obsłużyć zamożnych pasażerów pociągu — powstał Hotel Pera Palace. Miejsce, gdzie spotykali się dyplomaci i kupcy, bankierzy i agenci, ludzie rozumiejący, że o przyszłości nie decydują parlamenty, lecz przepływy — kapitału, energii, informacji.
Agatha Christie była jedną z najbardziej znanych gości hotelu. Pokój 411 nosi jej imię do dziś, a hotelowa legenda głosi, że właśnie tutaj pisała „Morderstwo w Orient Expressie‟. Legendy mają to do siebie, że trwają niezależnie od faktów. W czasach zimnej wojny hotel zyskał reputację miejsca, w którym spotykali się szpiedzy różnych mocarstw, próbujący odczytać zamiary przeciwników i przewidzieć kierunek zmian w światowej polityce.
Pera Palace nie jest jedynie zabytkiem. Jest metaforą Turcji
Żyjemy w świecie, który właśnie porzuca stary porządek, ale nie zbudował jeszcze nowego. Reguły, które po 1945 roku wydawały się trwałe — liberalny handel, gwarancje bezpieczeństwa, architektura instytucjonalna — nie załamały się nagle. Kruszyły się latami, w ciszy kolejnych kryzysów: finansowego z 2008 roku, pandemicznego, energetycznego, wreszcie wojennego. Kiedy Rosja zaatakowała Ukrainę, nie tyle zburzyła stary porządek, co odsłoniła fakt, że on już nie istniał.
W takich momentach geografowie bywają przenikliwsi od polityków. Państwa leżące na styku regionów, zdolne do utrzymywania relacji z wieloma stronami jednocześnie, zyskują wartość, której nie da się wytworzyć żadną decyzją rządową. Ta wartość jest wbudowana w mapę.
Turcja leży na przecięciu wszystkiego, co liczy się dziś strategicznie: Morza Czarnego i Śródziemnego, Europy i Bliskiego Wschodu, korytarzy energetycznych z Azji Centralnej i szlaków handlowych do Afryki. Położona między Europą, Azją, Bliskim Wschodem i Kaukazem od dawna pełni rolę geopolitycznego pomostu. Jednak jeszcze nigdy od zakończenia zimnej wojny jej znaczenie nie było tak duże jak dziś. Konflikt rosyjsko-ukraiński, niestabilność Bliskiego Wschodu, napięcia wokół bezpieczeństwa energetycznego oraz rywalizacja między Stanami Zjednoczonymi a Chinami sprawiają, że kraje zdolne do prowadzenia dialogu z wieloma partnerami jednocześnie zyskują strategiczną przewagę.
Ankara konsekwentnie buduje właśnie taką pozycję. W ostatnich latach Turcja rozwija relacje zarówno z państwami Zachodu, jak i krajami Zatoki Perskiej, Azji Centralnej czy Afryki. W świecie coraz bardziej podzielonym ta wielokierunkowość staje się jednym z najcenniejszych zasobów politycznych.
Najważniejsza zmiana zachodzi jednak w gospodarce
Przez wiele lat Turcja była postrzegana przede wszystkim jako kraj tranzytowy — miejsce, przez które przepływają surowce, towary i kapitał. Dziś Ankara chce stać się czymś więcej: producentem technologii, centrum przemysłowym i regionalnym liderem nowej gospodarki zasobów. I robi to z żelazną konsekwencją.
Turcja zainwestowała w 2024 roku ponad 11 miliardów dolarów w czyste źródła energii — o jedną trzecią więcej niż rok wcześniej. Jej zainstalowana moc fotowoltaiczna wzrosła w ciągu dwóch i pół roku niemal dwukrotnie, osiągając na początku 2026 roku ponad 25 gigawatów. Do 2035 roku Ankara planuje wydać 80 miliardów dolarów na odnawialne źródła, dążąc do 120 gigawatów łącznej mocy słonecznej i wiatrowej. Moc zainstalowana kraju przekroczyła już 121 gigawatów, plasując Turcję na szóstym miejscu w Europie.
Ale to nie są wyłącznie dane o transformacji energetycznej. To dane o reindustrializacji i budowie nowej mapy przewag konkurencyjnych. Lokalne wymogi treści produkcyjnej w przetargach energetycznych sięgają 75 procent. Ankara nie chce kupować odnawialnej energii. Chce ją produkować — wraz z infrastrukturą, z przemysłem, z całym łańcuchem wartości. To jest strategia przemysłowa, nie ekologiczna.
Coraz większego znaczenia nabiera również jeden wątek, który jeszcze niedawno wydawał się marginalny: gospodarka obiegu zamkniętego. Problem odpadów i odzysku zasobów przestaje być kwestią środowiskową, a staje się elementem strategii geopolitycznej. W świecie rosnącej konkurencji o surowce krytyczne, metale niezbędne do produkcji baterii i komponenty nowoczesnych technologii, zdolność efektywnego odzyskiwania materiałów staje się źródłem przewagi konkurencyjnej. Państwo, które potrafi zamknąć obieg zasobów, uniezależnia się od zewnętrznych dostawców — i wzmacnia swoją odporność na kryzysy.
.Położenie Turcji na skrzyżowaniu globalnych szlaków handlowych, rozwijający się przemysł i rosnące znaczenie logistyczne sprawiają, że kraj ten ma wyjątkową szansę, by stać się jednym z głównych beneficjentów tego modelu. Stambuł może odegrać w tym procesie rolę podobną do tej, jaką przez stulecia odgrywał w handlu między kontynentami — tym razem jednak nie chodzi wyłącznie o przepływ towarów, lecz o przepływ technologii, kapitału i wiedzy.
Polska dostrzega tę zmianę wcześniej niż większość europejskich partnerów. I to nie jest przypadek
Wymiana handlowa między Polską a Turcją osiągnęła w 2024 roku 12 miliardów dolarów — wzrost o 17 procent rok do roku. Polskie firmy zaangażowały się bezpośrednio w turecki sektor energetyczny, między innymi poprzez instrument finansowania eksportu KUKE. Współpraca polsko-turecka obejmuje już nie tylko handel czy turystykę, ale coraz częściej sektor energetyczny, przemysłowy i infrastrukturalny. W marcu 2025 roku premier Tusk pojechał do Ankary — nie z kurtuazyjną wizytą, lecz z konkretną propozycją: osiągnięcia wolumenu handlowego rzędu 15 miliardów dolarów, zacieśnienia współpracy obronnej i wspólnej odpowiedzi na wyzwania bezpieczeństwa regionalnego.
Prezydent Erdoğan przypomniał wówczas, że Turcja i Polska dysponują dwoma największymi siłami lądowymi w NATO i w Europie. To zdanie warto zapamiętać.
Polska i Turcja są flankami Sojuszu — wschodnią i południową. Przez dekady te flanki istniały osobno, bez szczególnej potrzeby koordynacji. Dziś, gdy zagrożenia nie przychodzą z jednego kierunku i gdy architektura bezpieczeństwa europejskiego musi być przebudowywana, oba kraje mają interes w tym, żeby działać razem — nie tylko w sferze wojskowej, ale przede wszystkim w sferze infrastruktury, energetyki, gospodarki zasobów i przemysłu obronnego.
Obydwa kraje łączy też coś trudniejszego do zdefiniowania, a ważniejszego niż statystyki handlowe: pewien wspólny odruch strategiczny. Ani Warszawa, ani Ankara nie wierzą, że bezpieczeństwo można delegować. Obie stolice dokonały w ostatnich latach podobnego wyboru: że suwerenność wymaga zasobów, że zasoby wymagają przemysłu, a przemysł wymaga energii. I że energię należy kontrolować samemu.
Wróćmy więc do Pera Palace
Gdy w 1889 roku Orient Express po raz pierwszy dotarł do Konstantynopola, jego trasa była nie tylko kolejową magistralą, lecz projektem cywilizacyjnym: próbą powiązania Europy z Bliskim Wschodem w jednym, sprawnym systemie połączeń. Projekt się nie powiódł — przynajmniej nie w tej postaci. Imperia runęły, granice się przesunęły, szlaki się pozmieniały.
Ale pytanie, które Orient Express zadawał — jak urządzić przestrzeń między Europą a Azją, kto nią zarządza i na jakich zasadach — nie traci aktualności. Odpowiedź na nie zmienia się z każdą dekadą.
Różnica między dawnym a dzisiejszym Stambułem polega na tym, że stawką nie są już wyłącznie wpływy militarne czy kontrola szlaków handlowych. W XXI wieku o sile państw decyduje zdolność do budowania nowoczesnych systemów energetycznych, zamykania obiegu zasobów i tworzenia sieci współpracy obejmujących wiele regionów świata jednocześnie. Turcja aspiruje dziś do roli organizatora takiego ładu — gospodarczego, infrastrukturalnego, technologicznego. Czy ta aspiracja się spełni, zależy od wielu zmiennych, których nie da się dziś przewidzieć.
Ale sam fakt, że Ankara artykułuje ją z taką konsekwencją, mówi nam coś istotnego o epoce, którą właśnie przechodzimy. Epoce, w której nie pytamy już, kto wygrał zimną wojnę. Pytamy, kto jest zdolny do budowania — infrastruktury, sojuszy, przemysłu, zaufania. I w której odpowiedzi na to pytanie coraz częściej padają nie w Waszyngtonie ani Berlinie, lecz gdzieś po drodze — przy Bosforze, w hotelowym lobby, gdzie od ponad stu trzydziestu lat spotykają się ludzie rozumiejący, że świat zmienia się zanim zmieniają się mapy.
Michał Kurtyka

