Polska w cieniu Mieczysława Moczara [Michał KŁOSOWSKI]

plemienność polityczna

Brak nowych idei, rosnąca plemienność polityczna i kryzys demokracji to znaki rozpoczynających się wakacji. Część z nas spędzi je poza krajem, część na granicy a część z nas w domach. Wszyscy jednak cierpieć będziemy na to samo: otwierając Internet czy włączając telewizor nie znajdziemy tam wiele ciekawego, głównie agresję i polaryzację.

Plemienność polityczna oraz kryzys demokracji

.W cieniu pomników historii, które miały być przestrogą, a nie mapą, polska polityka bowiem coraz bardziej przypomina swoją własną przeszłość. Nie chodzi już o spór na programy czy różnice światopoglądowe, lecz o walkę tożsamościową, pogłębioną przez kryzys zaufania do demokracji jako ustroju zdolnego do rozwiązywania realnych problemów ludzi oraz do tejże demokracji instytucji. Ten stan rzeczy przywodzi na myśl niepokojącą analogię z latami 60. XX wieku, czasami „moczarowszczyzny”, w których frakcja skupiona wokół Mieczysława Moczara budowała swoją pozycję na resentymentach, narodowym populizmie i instrumentalizacji lęków społecznych.

Historia jako ostrzeżenie

.Mieczysław Moczar, partyjny aparatczyk i były funkcjonariusz UB, był symbolem „twardej linii” w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W okresie tzw. „antysyjonistycznej” czystki z 1968 roku, jego frakcja wykorzystała nastroje społeczne do umocnienia własnej pozycji. Wrogiem był „wewnętrzny obcy” czyli inteligencja, Żydzi, liberałowie, albo „internacjonaliści”. W rzeczywistości była to walka o władzę między partyjnymi frakcjami, przykryta ideologiczną retoryką i ubraną w szaty troski o „prawdziwych Polaków”.

Moczarowcy nie mieli spójnej wizji rozwoju Polski. Ich siła polegała na polaryzacji – dzieleniu społeczeństwa według prostych, emocjonalnych schematów. Dokładnie tak samo, jak obserwujemy to dziś. Z tą tylko różnica, że obecnie mamy do dyspozycji Internet i social media. Od kilku lat bowiem Polska dryfuje w kierunku pogłębiającej się plemienności politycznej, gdzie każda strona sporu żywi się lękiem przed drugą. Raz jest to PiS a raz PO. Partie polityczne – zarówno rządzące, jak i opozycyjne – coraz rzadziej przedstawiają realne propozycje reform, a coraz częściej stają się centrami identyfikacji emocjonalnej bardziej nawet, niż politycznej czy tożsamościowej. Narracja „my kontra oni” zbudowana na domniemanej zdradzie narodowej, zagrożeniu ze strony elit, zagranicznych wpływach czy „układach” przysłania realne problemy: spadający poziom edukacji, kryzys opieki zdrowotnej, rosnące koszty życia, migrację młodych, czy dramatyczny brak innowacyjności gospodarki. Bo od kilku lat, czego chyba nie widać z poziomu Warszawy czy wielkich metropolii, Polska się cofa. W efekcie, Polacy jak wiele innych narodów Zachodu, tracą zaufanie do demokracji, a wzrostowi ulega polityczna plemienność. Coraz więcej ludzi nie widzi różnicy między politycznymi opcjami, zniechęca się do głosowania, nie ufa mediom, urzędom ani sądom. Po co, skoro za każdym razem jest to samo, a PKSu czy pociągu do mniejszych miejscowości jak nie było, tak nie ma Demokracja, by przetrwać, musi być nie tylko systemem instytucji, ale także skutecznym projektem nadziei. A tej dziś wyraźnie brakuje. Widać to zwłaszcza w Polsce lokalnej.

Polityka zmęczenia

.Nie trzeba być filozofem, by to dostrzec. To, co obserwujemy dziś w Warszawie, przypomina atmosferę końca Gomułkowszczyzny tj. wyczerpanie ideowe, cynizm elit i wykorzystanie narodowych symboli jako politycznego narzędzia, a nie źródła jedności, rozgrywanie jednych przeciwko drugim. W takim klimacie łatwo było odrodzić się duchowi Moczara: polityce brutalnej, antyintelektualnej, plemiennej, odwołującej się do dumy i krzywdy, ale pozbawionej jakiejkolwiek wizji przyszłości. 

Nie chodzi bowiem tylko o to, że którykolwiek z dzisiejszych liderów jawnie powiela moczarowską retorykę. Problem jest głębszy bo strategiczny i strukturalny. To logika polityki bez przyszłości, która żywi się przeszłością, dbając jedynie o chwilowe wahnięcia sondaży i puste „teraz”. To chęć mobilizacji poprzez strach i podział, a nie poprzez propozycję zmiany. To zjawisko, które nie ma barw partyjnych, bo dotyczy całego systemu.

Dusza demokracji

.Polska potrzebuje dziś polityki, która wyjdzie poza logikę „kontrrewolucji Moczara”, poza strach przed elitami, poza mit ludu zdradzonego przez inteligencję, poza klasową walkę z „innym”. Potrzebujemy nowych idei dotyczących technologii, edukacji, stosunków międzynarodowych, miejsca Polski w Europie, zielonej transformacji, demografii, roli kultury… Słowem wszystkiego tego, co da odpowiedź na zachodzące w świecie zmiany. A co najgorsze, potrzebujemy do tego polityków, którzy odważą się być nudni i merytoryczni, a nie efektowni i polaryzujący pozostawiając tę rolę gwiazdom Instagrama i telewizji (dla starszych pokoleń). Potrzebujemy też mediów, które będą myśleć długofalowo, a nie tylko w rytmie emocjonalnych nagłówków. Na dodatek zaś, potrzebujemy społeczeństwa obywatelskiego, nie w duchu Poppera ale takiego po prostu, które przestanie szukać „silnej ręki”, a zacznie wspierać „mądrą głowę”.

Jeśli tego nie zrozumiemy, demokracja w Polsce, choć może formalnie przetrwać, straci duszę. Stale będzie tylko wydmuszką, areną gry o wpływy, ale już nie mechanizmem zmiany. Bo nie możemy sobie pozwolić na to, by uwierzyć że rozpoczęta w 1989 roku rewolucja i droga do lepszego skończyła się po ćwierćwieku i nic już dalej i więcej robić nie trzeba. Bo wtedy naprawdę, duch Moczara powróci: nie w osobach, lecz w strukturze życia publicznego. I to będzie największa porażka III Rzeczpospolitej, której innego końca nie będzie.

Michał Kłosowski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 7 lipca 2025