Czym będzie Rada Pokoju?

Rada Pokoju, nowa instytucja, na której czele stoi prezydent USA Donald Trump zaczyna przybierać konkretną formę. Do Rady miało zostać zaproszonych ponad 60 przywódców. Radę powołano, by zarządzała Strefą Gazy, ale jej działania mogą wykraczać poza ten obszar, a struktura, skład i jej mandat rodzą wiele pytań.
Karol Nawrocki otrzymał zaproszenie od prezydenta USA
.Według założeń prezentowanych przez amerykański rząd Rada Pokoju ma nadzorować odbudowę Strefy Gazy i zarządzać palestyńską półenklawą. Jednak Donald Trump np. w wywiadzie dla agencji Reutera zasugerował, że Rada ma pomóc w rozwiązywaniu innych konfliktów na świecie.
Ciałem kierującym Radą Pokoju ma być zarząd, na którego czele stoi prezydent USA. Zaproszenie od Donalda Trumpa do dołączenia do tego ciała miało dostać już ponad 60 przywódców, m.in. prezydent Polski Karol Nawrocki, przywódca Rosji Władimir Putin, premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer.
Szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz potwierdził na konferencji prasowej w szwajcarskim Davos, że Karol Nawrocki otrzymał zaproszenie od prezydenta USA. Przydacz zastrzegł, że „podawane są informacje, że do takiej Rady zapraszane są także osoby czy politycy, z którymi w żaden sposób po drodze polskiemu prezydentowi nie jest”. – Z całą pewnością takim politykiem jest Władimir Putin – dodał.
Niemniej, jak podała agencja AFP, m.in. Francja i Kanada na obecnym etapie nie chcą udzielić pozytywnej odpowiedzi na zaproszenie do zarządu Rady Pokoju. Do tej pory tylko Węgry jasno zadeklarowały, że przystąpią do tej organizacji.
Źródło w otoczeniu prezydenta Emmanuela Macrona, cytowane przez AFP, oceniło, że mimo wcześniejszych oczekiwań „karta” Rady „wykracza poza samą kwestię Gazy”. Pojawiają się „ważne kwestie, w tym dotyczące poszanowania zasad i struktury Narodów Zjednoczonych”, które nie mogą „w żadnym wypadku być kwestionowane” – dodało źródło.
Rada Pokoju ma być wspomagana przez dwa organy wykonawcze
.Jak napisał dziennik „Financial Times”, amerykańscy urzędnicy przedstawili pomysł, by Rada Pokoju zajęła się również innymi konfliktami na świecie, w tym w Ukrainie i w Wenezueli. Jedno ze źródeł gazety przekazało, że administracja Donalda Trumpa postrzega Radę jako „potencjalny substytut ONZ, (…) rodzaj równoległego, nieoficjalnego organu zajmującego się konfliktami również poza Gazą”.
Rzecznik rządu Niemiec podziękował za zaproszenie do Rady Pokoju i przekazał, że Berlin zamierza je przeanalizować. Dodał, że w ocenie RFN inicjatywa Donalda Trumpa nie podważa roli Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ).
Według agencji Bloomberga administracja USA chce, by kraje płaciły co najmniej po 1 mld dolarów za stałe członkostwo w Radzie Pokoju. Jeśli tego nie zrobią ich kadencja trwałaby trzy lata z możliwością odnowienia za zgodą przewodniczącego Rady.
Biały Dom opublikował oświadczenie przedstawiające, jak ma wyglądać Rada Pokoju. Sposób jej organizacji i struktury pozostają jednak w dużej mierze niejasne.
Rada Pokoju (ang. Board of Peace), w skład zarządu której będą wchodzić Trump i światowi przywódcy, ma być wspomagana przez dwa organy wykonawcze i wysokiego przedstawiciela, który będzie nadzorował samorząd w Strefie Gazy.
Pierwszym ciałem jest założycielski komitet wykonawczy (ang. Executive Board), w którego skład wchodzą szef amerykańskiej dyplomacji Marco Rubio, zięć Donalda Trumpa i jego doradca Jared Kushner, były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, amerykański miliarder Marc Rowan, prezes Banku Światowego Ajay Banga i były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Trumpa Robert Gabriel.
Drugi organ to komitet wykonawczy Strefy Gazy (ang. Gaza Executive Board) i w jego skład wchodzą wysłannik prezydenta USA Steve Witkoff, Kushner, Blair, Rowan, minister spraw zagranicznych Turcji Hakan Fidan, wysokiego szczebla katarski dyplomata Ali Thawadi, szef egipskiego wywiadu Hasan Raszad, ministra stanu ds. współpracy międzynarodowej Zjednoczonych Emiratów Arabskich Rim Al-Haszimy, biznesmen Yakir Gabay, była koordynatorka ds. humanitarnych ONZ Sigrid Kaag i były wysłannik ONZ na Bliski Wschód Nikołaj Mładenow.
Nikołaj Mładenow został też mianowany wysokim przedstawicielem ds. Strefy Gazy. W komunikacie Białego Domu przekazano, że Nikołaj Mładenow ma pełnić funkcję łącznika między Radą Pokoju a nowymi, lokalnymi władzami w enklawie – Narodowym Komitetem Administracji Strefy Gazy (ang. National Committee for the Administration of Gaza – NCAG), zwanym także palestyńskim samorządem. Komitet utworzono, zaznaczając, że tworzą go „palestyńscy technokraci”.
Specjalny wysłannik prezydenta USA Steve Witkoff 14 stycznia ogłosił rozpoczęcie drugiej fazy planu rozjemczego w Strefie Gazy. W ramach drugiego etapu władzę od Hamasu ma przejąć kontrolowany przez Radę Pokoju samorząd. Strefa Gazy ma zostać zdemilitaryzowana i odbudowana.
Biuro premiera Izraela Benjamina Netanjahu oświadczyło, że skład komitetu wykonawczego Strefy Gazy nie był skoordynowany z Izraelem i nie jest zgodny z polityką tego państwa. Portal Times of Israel zwrócił uwagę, że w komitecie wykonawczym są urzędnicy z Turcji i Kataru, którzy byli krytyczni wobec sposobu prowadzenia przez Izrael wojny w Strefie Gazy z palestyńskim Hamasem.
Donald Trump zaprosił światowych przywódców, by wzięli udział w ceremonii podpisania statutu Rady Pokoju. Uroczystość ma się odbyć w szwajcarskim Davos, na marginesie trwającego tam Światowego Forum Ekonomicznego.
Polska wzmacnia swoją pozycję
.Polska nie jest koniem trojańskim USA w Europie. Na słabnącym, rozedrganym, atakowanym kontynencie Polska wzmacnia swoje siły witalne. Przekonują o tym pierwsze prezydenckie wizyty Karola Nawrockiego – pisze Michał KŁOSOWSKI.
Na mapie świata są spotkania, które ważą więcej niż podpisane dokumenty. Nie dlatego, że ignorują treść, ale dlatego, że same stają się treścią – symbolem, gestem, obrazem, znaczeniem, które przechodzą do historii. Pierwsza oficjalna wizyta Karola Nawrockiego w Białym Domu, a potem w Rzymie i Watykanie, w której towarzyszyliśmy polskiemu prezydentowi, taka właśnie była.
Prezydent Donald Trump poświęcił prezydentowi Karolowi Nawrockiemu cały dzień. Przelot amerykańskich myśliwców rozpoczął spektakl przekonujący wszystkich, że więź polsko-amerykańska jest silna i – dzięki zwycięstwu Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich – wciąż niezachwiana. Przy czym w polityce, jak pisał genialny Alexis de Tocqueville, „nigdy nie należy mylić gestów z rzeczywistością”. Rozdział między jednym a drugim w kontekście wizyty polskiego prezydenta w Waszyngtonie to początek jak najbardziej prawdziwej rozgrywki o przyszłe przywództwo w Europie.
Kiedy Stany Zjednoczone coraz silniej zaznaczają swój pivot na Atlantyk, muszą zabezpieczyć swoje interesy w Europie. Jednocześnie powojenny konsensus chwieje się w posadach, słabnie rola Niemiec, od dekad ważnego partnera Waszyngtonu w Europie. Amerykański prezydent to zaś polityk transakcyjny, a każdy sojusz to dla niego kontrakt. „America First” jest jego kompasem. Jeśli wybór i przywództwo Karola Nawrockiego w silniejszej dzięki temu Polsce może być gwarancją dla Donalda Trumpa w Europie, efektem będzie „win-win”, obie strony wyjdą na tym zwycięsko.
Oczywiście, prezydent Trump lubi mówić o tradycyjnych wartościach; lubi, gdy mówi się, że Polacy „są twardzi i lojalni”; lubi też, kiedy przypomina się, że Polonia masowo oddawała na niego swoje głosy. Ale w Gabinecie Owalnym sentymenty są dekoracją, nie fundamentem, co widzieliśmy podczas spotkania obu prezydentów.
Dzięki słynnemu zdaniu Henry’ego Kissingera, że „Ameryka nie ma stałych przyjaciół ani wrogów, tylko interesy”, pamiętamy, że Polska, tak jak każdy sojusznik, jest w talii kart, którymi Donald Trump gra z innymi graczami: Berlinem, Brukselą, a przede wszystkim Moskwą. Czy wizyta prezydenta Karola Nawrockiego zrekompensowała mu gorzki smak impasu spotkania z Władimirem Putinem? A może jest czymś więcej: rodzajem rozmieszczania kolejnych figur na szachownicy, na której trwa nieustanna akcja? Obserwując z bliska to, co się wydarzyło podczas całodniowej wizyty polskiego prezydenta w Białym Domu, można było mieć wrażenie, że tak; przyjęcie Karola Nawrockiego w Waszyngtonie było niemalże jak wskazanie delfina, który spośród konkurentów ma największe szanse na przejęcie władzy nad regionem. Bo faktycznie również o tym było to spotkanie; wobec słabnącej „Starej Europy” nowa inwestytura to tylko kwestia czasu. Prezydent Polski, silny, zdecydowany przywódca, z przemyślaną i wzmacnianą rolą Trójmorza, którego Polska jest naturalnym liderem (ku rosnącym niepokojom Niemiec), z dobrze przemyślanym zapleczem, sprawnie nawiązującym relacje ze współpracownikami prezydenta Trumpa, do tej roli pasuje znakomicie.
Jeśli świat Zachodu oparty jest na trzech filarach – Atenach, Jerozolimie i Rzymie – to można powiedzieć, że relacje transatlantyckie opierają się dzisiaj na innych filarach – Waszyngtonie, Warszawie i Rzymie. Znakomite relacje, jakie Giorgia Meloni i Karol Nawrocki mają z Donaldem Trumpem, zmieniają równowagę sił na Starym Kontynencie. Kiedy bowiem Ameryka pracuje nad planem przesunięcia sił z zachodu Europy w inne, bardziej wrażliwe miejsca, w tym na wschodnią flankę NATO, nikt z obserwujących nie ma wątpliwości, że amerykańscy żołnierze pozostaną w Polsce. Potwierdził to Karolowi Nawrockiemu zresztą Donald Trump. Jeśli skądś mają zostać relokowani, to – jak pisze Jim Mazurkiewicz w tym wydaniu „Wszystko co Najważniejsze” – z Niemiec.
Przewrotnie nie odbiera to Polsce podmiotowości, lecz wzmacnia ją wobec militarnego zagrożenia ze Wschodu i biurokratyczno-centralizacyjnego z Zachodu. Bo amerykańskie rozterki dotyczą obecnie nie tylko kwestii rozmieszczenia wojsk, ale też wiarygodności poszczególnych sojuszników. Obecność amerykańskich wojsk nad Wisłą to też element negocjacji z Władimirem Putinem. Element licytacji w grze, której stawką są nie tylko granice wpływów, ale z jednej strony bezpieczeństwo i pozycja Polski w Europie, a z drugiej pozycja USA w globalnym układzie sił.
Nie pierwszy raz Polska wchodzi w relację, w której sojusz opiera się na symbolicznym uznaniu i wielkich nadziejach. Warto więc pamiętać słowa Józefa Piłsudskiego, który przestrzegał przed „polityką na klęczkach” i iluzją, że „ktoś za nas załatwi naszą wolność”. Historia XX wieku uczy, że bezpieczeństwo Polski nigdy nie było dane raz na zawsze, nawet gdy na papierze wyglądało na pewne. Ale to właśnie dlatego spotkanie prezydentów Karola Nawrockiego i Donalda Trumpa w Waszyngtonie powinno być odczytywane nie jako finał, lecz jako początek. Powrót długiej rozmowy o tym, co Polska może wnieść do stołu negocjacyjnego i jak może prowadzić podmiotową politykę na wschodniej flance NATO i w Europie. Czy uda się zbudować Trójmorze, wzmocnić relacje Północ-Południe i wybić na niepodległość cały region, również w kontekście zakusów Berlina? Tego bez amerykańskiego poparcia wobec niemiecko-rosyjskiego klinczu inaczej zbudować nie sposób.
Spotkanie w Białym Domu to fotografia, która trafi do podręczników, choć podręczniki historii nie opisują zdjęć, lecz skutki przedstawionych na nich wydarzeń. A skutki zależą od tego, czy Polska reprezentowana na tym spotkaniu przez prezydenta Karola Nawrockiego będzie silnym graczem, bez skrępowanych rąk. Bo że chmury zbierają się nad naszymi głowami, to wiemy. Rzecz idzie o wolę, wolę wspólną, wspólną siłę naszej wspólnoty, by je rozgonić. A to nie uda się bez podjęcia rękawicy i pokazania, że kto jak kto, ale Polacy to walczyć potrafią. W Waszyngtonie, gdzie tuż przy wejściu do Białego Domu stoi pomnik Tadeusza Kościuszki, dobrze o tym wiedzą. Pora pamiętać o tym, wspólnie i razem, nad Wisłą.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/michal-klosowski-polska-wzmacnia-swoja-pozycje/
PAP/MB



