Jan ŚLIWA: Polski wybór. Amerykańska Rada Pokoju czy niemiecka Grupa E6?

Polski wybór. Amerykańska Rada Pokoju czy niemiecka Grupa E6?

Photo of Jan ŚLIWA

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Skoro już mamy dwuwładzę, prezydent może grać w drużynie transatlantyckiej, a premier w eurazjatyckiej. Przykładem może być Francja podczas II wojny światowej, mająca wtedy dwa państwa, dwa rządy i dwie armie. Pétain obstawił Niemcy, de Gaulle angloamerykańskich aliantów. Francji się akurat udało, ale można też dostać po głowie od wszystkich. Na dłuższą metę trzeba jednak zapytać, z kim chcemy trzymać, jaki ma być polski wybór – pisze Jan ŚLIWA

.Polska, tak często lekceważona i poniżana, nagle staje się atrakcyjną partią, do której wszyscy się zalecają. Na trzeźwo – są to bardziej łowcy posagów niż namiętni kochankowie. Polska, położona centralnie w Europie, z malejącą, ale wciąż liczną ludnością, w kilku kombinacjach może być elementem domykającym układ, języczkiem u wagi.

Chodzi konkretnie o dwie konfiguracje. Obie znajdują się w bardzo początkowej fazie i trudno powiedzieć, czy coś z nich będzie, a jeżeli tak, to co. Pierwszą jest Rada Pokoju Donalda Trumpa, drugą Format E6 w ramach Unii Europejskiej.

Rada Pokoju

Rada Pokoju wygląda na prywatną organizację Donalda Trumpa – w 8-osobowym zarządzie jest jego zięć Jared, skład trudno uznać za wyważony. To zresztą jest zgodne z założeniem. Stara ONZ jest organizacją wyważoną, dlatego też mało skuteczną, dużą rolę odgrywają tam państwa rozbójnicy. W Radzie Pokoju również są rozbójnicy, powiedzmy, państwa asertywne, ale to są nasi rozbójnicy. Oprócz obozu anglo-amerykańskiego i wielkiej finansjery są tam przedstawiciele Turcji, Kataru, Egiptu, Emiratów i Izraela. Jest też Bułgar Nikołaj Mładenow, może jako listek figowy. Ponieważ za nią stoją Donald Trump i finanse, inicjatywa nie jest skazana na niepowodzenie. Do rady otrzymało zaproszenie ok. 60 przywódców, w tym prezydent Karol Nawrocki.

Czy przystąpienie do niej to świadectwo uległości, czy potwierdzenie wysokiego statusu? Na pewno nie jest to żadna łaska, prezydent Trump takich rzeczy nie robi. Ale może (i powinna) to być sytuacja win-win. To prezydent Nawrocki chce za wstąpienie otrzymać obietnicę stałej bazy amerykańskiej w Polsce. Ale myślę, że tym zainteresowane są obie strony. Zawsze trzeba jednak uważać, czy deal jest uczciwy. Już raz byliśmy bohaterską forpocztą Zachodu. Czy będziemy tu jako rozgrywający (choć trochę), czy tylko rozgrywani?

Format E6

Format E6 to nowa propozycja pochodząca od Niemiec. Celem jest przyspieszenie procesu decyzyjnego w Unii, który przy 27 członkach jest rzeczywiście mało sprawny. Byłoby to coś w rodzaju dyrektoriatu Unii. Widzimy tu tradycyjne jądro (Niemcy, Francja), północ (Niderlandy), południe (Włochy, Hiszpania) i wschód (Polska). Polska jako reprezentant nowych krajów Unii, nowych od 22 lat, ciągle niedojrzałych.

Niektórzy porównują to z inicjatywą Ottona III ze zjazdu gnieźnieńskiego, gdzie w cesarstwie równo miały być traktowane Italia, Galia, Germania i Sclavinia. Może to zbyt ambitne skojarzenie, choć z inicjatywy Ottona też wiele nie wyszło. Również wiele inicjatyw europejskich (samodzielność strategiczna) i niemieckich (Zeitenwende) pozostaje na etapie twórczości literackiej.

Gdyby do tego jednak doszło, to powstaje pytanie, kto będzie rzeczywiście podejmował decyzje, a kto będzie je tylko firmował. Gdy podliczymy głosy poszczególnych państw i koalicji, zobaczymy tu odkrytą drabinkę turnieju:

  • grupa E6 wygrywa z resztą Unii,

  • Niemcy i Francja wygrywają z resztą E6,

  • Niemcy wygrywają z Francją.

W ten sposób Niemcy solo zdobywają dominację nad całą Unią. Mniejsze kraje E6 mogą być zmuszone do poparcia inicjatyw pod groźbą wyrzucenia. W ten sposób uzyskują złudzenie współdecydowania za cenę bezwzględnego poparcie jądra, czyli Niemiec. Wyrzucenie z E6 oznacza de facto uwolnienie od powielania cudzych decyzji, ma jednak potężne znaczenie propagandowe, zwłaszcza w krajach o zakompleksionym społeczeństwie. Czy jednak jest możliwe, by samodzielnie myśląca Polska siłą argumentów przekonała partnerów do swoich racji? Wszystko to być może, ale pozwólcie…

Całość wygląda zachęcająco, ale to raczej przynęta, zatruty owoc. Wchodząc do takiej grupy, Polska musiałaby być solidarna z resztą. Moglibyśmy zapomnieć o Trójmorzu i innych inicjatywach równoważących hegemonię Niemiec i przyszłą współpracę eurazjatycką. Wszystkie te kraje należą do strefy euro, presja na Polskę w sprawie przystąpienia do niej byłaby ogromna. Oznacza to w efekcie wywiezienie polskiego złota (którego jest naprawdę dużo) do Frankfurtu lub innego podobnego miejsca. To by się oczywiście ładniej nazywało niż w 1939 r., ale budzi niemiłe skojarzenia. W zakupach broni musielibyśmy dbać o finanse niemieckiego przemysłu, a nie o skuteczność i dostępność arsenału. Pojawiłoby się pytanie, co zrobić z już zakupionym sprzętem amerykańskim i koreańskim. Można go schować na rdzewienie lub wręcz zezłomować. Wygląda to na idiotyzm, ale przecież Niemcy ze względów ideologicznych „wysadzili w powietrze” swoje elektrownie atomowe – i to podczas kryzysu energetycznego.

Hippomachia, czyli starcie koni (trojańskich)

Gdyby Polska postawiła na Trumpa, na pewno pojawiłyby się zarzuty, że jest ona koniem trojańskim Ameryki. Z drugiej strony Niemcy są koniem trojańskim Rosji i Chin, choć to nikomu w Unii nie przeszkadza. Wiele koni ściga się do Chin jak na Wielkiej Pardubickiej. Natomiast Polska w przypadku wybrania opcji amerykańskiej byłaby gnębiona niemiłosiernie. Można się tym nie przejmować, ale taka propaganda miałaby wpływ na społeczeństwo. Obserwując poziom dyskusji, mam wątpliwości, czy rozum odgrywa tu decydującą rolę. Nie dotyczy to tylko Polski. Gdy widzę nagłe pielgrzymki do Chin, kojarzy mi się to z porzekadłem „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. To tanie szabelkowanie, zwłaszcza jeżeli niepoparte potencjałem. Jak już być koniem trojańskim, to niebiegnącym na każde gwizdnięcie.

Kto przetrwa, kto wypadnie z gry?

Nie można zakładać, że kraje, o których mówimy, będą za dwa lata wyglądały tak samo jak teraz. Trzeba sobie z tego zdać sprawę, jeżeli mówimy: Niemcy to, Niemcy tamto. W Stanach Zjednoczonych Donald Trump prowadzi wojnę na wielu frontach, zewnętrznych i wewnętrznych. W kraju Trump podjął próbę przecięcia wrzodu, jakim jest nielegalna imigracja. Stajni Augiasza nie da się wyczyścić w białych rękawiczkach. Dochodzi więc do nieprzyjemnych sytuacji i brzydkich zdjęć. Trzeba jednak zauważyć, że dalsze czekanie to składanie ofiar z ludzi demonom liberalizmu. Opór przeciw Trumpowi narasta. Czy jest tylko spontaniczny? Każdy wróg USA widzi, że żal nie wykorzystać takiego pięknego kryzysu. Jeśli nie pójdzie dobrze, w listopadowych wyborach śródkadencyjnych Trump i republikanie mogą ponieść porażkę. Donald Trump na dwa lata zostałby „kulawą kaczką”, wszystko byłoby odkręcane i demokraci polskim wzorem zajęliby się rozliczeniami trumpistów. „Nadzieja” w tym, że do końca kadencji (z Zohranem Mamdanim, socjalistyczno-muzułmańskim burmistrzem Nowego Jorku, na czele) doprowadziliby do totalnego chaosu i stracili władzę. Tak czy inaczej, przy wielkim zamieszaniu USA spadłyby do drugiej ligi.

W Unii Europejskiej problem imigracji od dawna jest palący. Kilka krajów jest na granicy rasowej wojny domowej. Źli Trump i Vance straszą tym, że niektóre mogą się stać państwami islamskimi (lub prawie) i utracić zdolność sojuszniczą. Prawicowa reakcja straszy spiskową teorią „wielkiej zamiany ludności”. Tymczasem teoria staje się faktem: w Hiszpanii socjaliści Pedro Sáncheza oficjalnie wzięli to sobie na sztandary i mają zamiar zalegalizować pobyt setek tysięcy migrantów, dając im prawa polityczne. W ich ślady chciałby pójść Jean-Luc Mélenchon we Francji. Potencjał destrukcyjny lewicy jest niewyobrażalny.

Europa podlega deindustrializacji (przedsiębiorstwa uciekają nawet z Niemiec). Traci stabilne źródła energii, przymierza się do utraty suwerenności żywnościowej. A wszystko na własną prośbę. Przyczyną jest zatrzymanie procesów demokratycznych, petryfikacja (osobowa i mentalna) elit oraz cenzura uniemożliwiająca wymianę poglądów. „Rada Starszych” pod wodzą Ursuli von der Leyen z kamienną miną posągów faraonów powtarza w kółko te same mantry. Podstawą mentalności unijnej jest to, by w obliczu problemów mocno zamykać oczy.

.Tymczasem zbliżają się wybory. We Francji są to wybory prezydenckie w 2027 r., w Niemczech już w 2026 r. seria wyborów landowych, w tym w dwóch wschodnich landach. Jeżeli AfD uzyska ponad połowę mandatów, zatrzymana może zostać tylko metodą zamachu stanu. Podobny problem może dotyczyć Francji. Alternatywne partie mają małe doświadczenie, trudno powiedzieć, co zrobią. Istnieją w nich wpływy rosyjskie, ale co powiedzieć o SPD Gerharda Schrödera i Manueli Schwesig? Partie te otoczone są potężną wrogością establishmentu. Liberałowie mogą posunąć się daleko. Obecnie w Niemczech „skatowanie” członka AfD nie jest problemem. Nienawiść do tej partii jest ciągle podsycana. Głosowanie tak jak „skrajna prawica”, nawet jeżeli występuje przypadkowa zbieżność poglądów, uważane jest za zdradę. Daje to potencjał ostrego konfliktu, a kraje tak rozdarte podatne są na wpływy zewnętrzne.

Trudno więc powiedzieć, kto będzie miał jakie karty. Niektórym karty mogą wypaść z ręki. Przy tym zakładałbym, że niemiecki potencjał wciąż jest wielki. Nawet jeżeli Niemców od lat trapi stagnacja, mają solidną opinię. Udało im się wielu przekonać, że Niemcy to Europa. Wciąż też sprawne są ich deep state i służby. Od lat bez większych zakłóceń rozwijają zdolności infiltracji przeciwników i sojuszników – soft power wsparta potężnymi pieniędzmi. I nie kłócą się o takie rzeczy przy ludziach, jak niestety robią to Polacy.

Jak to rozegrać?

Rozgrywamy mecz, w którym są dwie piłki. Obie toczą się nam pod nogi. Którą kopnąć, komu podać? Najlepiej byłoby stawiać na zwycięzcę. Ale kto nim będzie? Za propozycją amerykańską stoi asertywny przywódca. Plany UE często okazywały się – mimo dobrych chęci – pisane palcem na wodzie. W obu przypadkach co do Polski może chodzić tylko o odciągnięcie jej od konkurencji. Najlepiej byłoby utrzymywać się przy piłce i patrzeć, jak rozwija się sytuacja. Niestety, oba bloki mogą wymagać szybkiej i jednoznacznej decyzji.

Nieco ironicznie: skoro już mamy dwuwładzę, prezydent może grać w drużynie transatlantyckiej, a premier w eurazjatyckiej. Przykładem może być Francja podczas II wojny światowej, mająca wtedy dwa państwa, dwa rządy i dwie armie. Pétain obstawił Niemcy, de Gaulle angloamerykańskich aliantów. Francji się akurat udało, ale można też dostać po głowie od wszystkich.

Na dłuższą metę trzeba jednak zapytać, z kim chcemy trzymać. Sojusze z Rosją, a zwłaszcza z Chinami wyglądają na relacje czysto biznesowe, tak według mnie jednak nie jest. Chiny chcą być widziane jako zainteresowane tylko handlem, ale wygląda na to, że handel jest dla nich narzędziem zdobywania przewag. Oczywiście najlepiej byłoby być samodzielnym mocarstwem, ale chwilowo takim nie jesteśmy. Zostaje więc Ameryka. Czy to decyzja emocjonalna? Raczej intuicyjna. Żyłem w sowieckiej strefie wpływów, nie polecam. Emocjonalna decyzja byłaby wtedy, gdybyśmy się obrazili o jakieś oświadczenie Trumpa i przeszli do obozu chińskiego. Urażone ambicje to nie argument. Depesza emska (1870) Bismarcka, specjalnie dość bezczelnie sformułowana, doprowadziła do wypowiedzenia wojny przez Francję Prusom, katastrofy Francji i powstania Cesarstwa Niemieckiego. Ale od tego mamy profesjonalnych dyplomatów (?), by się na takie sztuczki nie nabierać.

.Strategicznie patrząc, Polska przydałaby się obu stronom. Najlepiej jako przedmurze wykonujące brawurowe szarże husarskie na drugą stronę. Znane jest chińskie przekleństwo „obyś żył w ciekawych czasach”. Można dodać nowe: „oby twój kraj był w centrum wydarzeń, oby przeszedł do historii”.

Jan Śliwa

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 5 lutego 2026