Maciej ŚWIRSKI: Węglowa rodzinka

Węglowa rodzinka

Photo of Maciej ŚWIRSKI

Maciej ŚWIRSKI

Założyciel Reduty Dobrego Imienia. B. członek zarządu PAP (2006-2009) i przewodniczący rady nadzorczej PAP (2017-2022). W latach 2022-2025 przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Państwo, które traci zdolność przetwarzania własnych zasobów w łańcuch strategiczny, traci część suwerenności, choćby formalnie zachowywało wszystkie jej atrybuty. Może mieć flagę, hymn, ambasady i konferencje prasowe, a mimo to pozostawać bez pełnej zdolności samodzielnego trwania – pisze Maciej ŚWIRSKI

To węglowa jest rodzina:
parafina, peleryna,
duża piłka w białe groszki
i z apteki proszek gorzki,
i ołówek w twym piórniku,
i z plastiku sześć koszyków
gąbka, co się moczy w wodzie,
i benzyna w samochodzie,
czarna smoła, biała świeca –
to rodzina węgla z pieca.

Widzę już zdziwione miny…
– Co ma węgiel do benzyny?
– Czy jest z węglem spokrewniona
gąbka miękka i czerwona?

Otóż właśnie – wiem na pewno,
że jest jego bliską krewną:
węgla jest po odrobinie
w parafinie, w pelerynie,
w białej piłce w duże groszki
i z apteki – w proszku gorzkim,
i w ołówku w twym piórniku,
i w koszyku tym z plastiku…

Nawet świeczki, te z choinki –
to też węgla są kuzynki.

Lecz wśród wielkiej tej rodziny,
wśród kuzynów i rodzeństwa,
nie ma ani odrobiny
rodzinnego podobieństwa.

Węgiel jest jak czarna skała,
koszyk żółty, świeca biała.

Skąd się wzięły te różnice?

O! To już są tajemnice,
które kryją się w fabryce.

Maria Terlikowska, Węglowa rodzinka

.W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych polskie dzieci uczyły się tego wiersza w pierwszych klasach szkoły podstawowej. Nie była to sympatyczna wyliczanka dla zabawy. Była w nim zawarta elementarna prawda o świecie materialnym: rzeczy nie biorą się znikąd, między czarną bryłą wydobytą spod ziemi a białą świecą, benzyną, plastikiem, nawozem i codziennym chlebem istnieje ciąg przemian. Że surowiec nie jest martwą bryłą, lecz początkiem łańcucha.

Dzisiaj ta prawda została z polskiej wyobraźni niemal całkowicie wymazana.

Razem z wierszem zniknęła zdolność widzenia związku między zasobem a przetrwaniem – między kopalnią a polem uprawnym, między koksownią a hutą, między gazem syntezowym a nawozami, między chemią a bezpieczeństwem państwa. To jest najważniejszy fakt naszej debaty o węglu. Przez trzy dekady zamykano kopalnie, ale wcześniej zamknięto polską wyobraźnię surowcową.

.Państwo może utracić terytorium, może utracić część przemysłu, może nawet okresowo utracić zdolność prowadzenia samodzielnej polityki. Dopóki zachowuje zdolność rozumienia własnych zasobów, może się odbudować. Gdy traci tę zdolność – traci coś głębszego niż zakłady pracy. Traci instynkt trwania.

Węgiel jest dziś w polskiej debacie przedstawiany niemal wyłącznie jako paliwo do produkcji energii i ciepła. Nawet to ujęcie jest zubożeniem. Węgiel kamienny jest surowcem chemicznym i materiałowym, z którego wyrasta długi ciąg przemian: węgiel – koks – stal; węgiel – gaz koksowniczy – amoniak – nawozy – plony – żywność; węgiel – karbochemia – farmaceutyki, tworzywa, materiały budowlane, półprodukty dla wielu gałęzi przemysłu. To nie są osobne sektory. To jeden organizm.

Kto widzi ten organizm, rozumie, że zamknięcie kopalni to nie decyzja o likwidacji jednego zakładu, lecz przecięcie całego łańcucha zależności. Kto tego nie widzi, temu można wmówić wszystko: że likwiduje się wyłącznie „nierentowną branżę”, że chodzi o „brudne paliwo”, że nowoczesność polega na odcięciu się od surowców i przejściu do świata usług, aplikacji i deklaracji. Tymczasem żadna cywilizacja nie istnieje w chmurze pojęć. Każda stoi na materii, każda potrzebuje energii, stali, nawozów, chemii, cementu, szkła, tworzyw, łańcuchów dostaw i zdolności przetwarzania. Państwo, które nie rozumie własnej podstawy materialnej, z czasem zaczyna żyć w fikcji, a państwo żyjące w fikcji staje się zależne od tych, którzy kontrolują materię.

Droga do tego stanu nie była przypadkowa.

Przez trzy dekady edukacja przyrodnicza i techniczna była spychana na margines – upraszczana, skracana, odchudzana z tego wszystkiego, co uczy myślenia procesowego. Uczeń mógł wiedzieć coraz więcej o dyskursach i coraz mniej o tym, jak z jednego stanu materii przechodzi się w drugi, jak działa świat rzeczywisty. Społeczeństwu, które nie rozumie procesu koksowania, syntezy amoniaku, znaczenia ciepła procesowego czy infrastruktury przetwórczej, można bez większego oporu przedstawić kopalnię jako anachronizm. Żadnego spisku przy tym nie potrzeba. Wystarczy stan rozbrojenia poznawczego, wystarczy, że wiedza, która kiedyś była elementarna, przestanie być chroniona jako część narodowej odporności.

.Obok rozbrojenia poznawczego dokonała się równoległa rewolucja pojęciowa. Na przełomie transformacji kategoria bezpieczeństwa została wyparta przez kategorię opłacalności. Zamiast pytać, czy coś jest konieczne do trwania państwa, zaczęto pytać, czy przynosi dodatni wynik w krótkim rachunku ekonomicznym. W tej logice wszystko musi się opłacać: szpital, szkoła, kolej, armia i górnictwo.

To była zmiana znacznie głębsza niż zwykły zwrot ku gospodarce rynkowej – przemiana antropologiczna i polityczna. Państwo przestało być pojmowane jako wspólnota losu, która utrzymuje także te instytucje i zasoby, bez których nie przetrwa w chwili próby; zaczęło być pojmowane jako przedsiębiorstwo zarządzające teczką aktywów. Obywatel przestał być uczestnikiem wspólnoty politycznej, stał się klientem kalkulującym koszt i zysk. W takiej logice kopalnia musi przegrać, bo zasób strategiczny prawie zawsze generuje koszt, zanim zacznie generować siłę.

Rentowności armii nikt nie liczy. Rezerw strategicznych żywności nie wycenia się w rachunku kwartalnym. Górnictwo jako jedyne musiało dowieść opłacalności – jakby zasób warunkujący łańcuchy bezpieczeństwa był pozycją w portfelu inwestycyjnym, a nie częścią zdolności państwa do przetrwania.

Samo przesunięcie pojęć nie wystarczyło. Trzeba było sprawić, żeby społeczeństwo poczuło wobec własnego zasobu odruch wstydu – i to właśnie się wydarzyło. Polskie media głównego nurtu przez lata przedstawiały górnictwo w dwóch rejestrach naraz: w moralnym – węgiel jako brud, grzech cywilizacyjny, znak obciachu, którego trzeba się pozbyć, by stać się częścią „nowoczesnej Europy”; w ekonomicznym – węgiel jako pasożyt wiszący na budżecie, ciężar, do którego „wszyscy dopłacamy”. Pierwszy rejestr uruchamiał wstyd, drugi złość. Razem tworzyły idealną matrycę delegitymizacji.

Chronologia ma tu znaczenie. Narracja o „brudnym polskim węglu” pojawiła się wcześniej, nim grunt społeczny zdążyły uformować twarde zobowiązania dekarbonizacyjne.

Agenda klimatyczna nie była wyłączną przyczyną deprecjacji polskiego górnictwa, lecz wyjątkowo wygodnym i skutecznym narzędziem dla procesu, który już trwał. Dołączył do tego stary kompleks nowoczesności peryferyjnej – przekonanie, że wszystko własne, materialne, ciężkie, wydobywane z ziemi, jest wstydliwym śladem zacofania; że prawdziwa nowoczesność polega na byciu jak ktoś inny: importować, zamiast posiadać, korzystać, zamiast przetwarzać, wpisywać się w łańcuchy cudzej mocy, zamiast budować własne. Tak rodzi się cywilizacja imitacyjna, która nie pyta, co daje jej przetrwanie, tylko co daje uznanie centrum. W takiej cywilizacji zasób staje się źródłem wstydu, a kraj wstydliwy własnej podstawy materialnej jest już częściowo rozbrojony.

.Dochodzimy tu do problemu, ktorego w Polsce niemal nikt nie tłumaczy – bo wymaga wyjścia poza horyzont jednej kadencji, jednego resortu i jednej telewizyjnej kłótni. Chodzi o związek między chemią węglową, wojną i geopolityką.

Latem 1914 roku, po wybuchu wojny, Cesarstwo Niemieckie stanęło przed problemem, który decydował dosłownie o istnieniu państwa. Brytyjska blokada morska odcięła Niemcy od chilijskiej saletry, kluczowego wówczas źródła azotu potrzebnego do produkcji materiałów wybuchowych i nawozów. Bez azotu nie ma prochu, bez prochu nie ma amunicji. Bez azotu nie ma też nawozów, bez nawozów nie ma plonów, bez plonów nie ma chleba. Niemcy stanęły jednocześnie wobec perspektywy klęski militarnej i widma głodu.

Uratował Niemcy chemiczny proces Habera-Boscha – synteza amoniaku z azotu atmosferycznego i wodoru pod wysokim ciśnieniem. Kluczowe jest to, skąd brał się wodór: brał się z węgla, z własnego surowca wydobywanego z własnej ziemi, włączonego w krajowy ciąg chemiczny. Dzięki temu Niemcy mogły wytwarzać amoniak, z amoniaku kwas azotowy, a z pomocą kwasu azotowego materiały wybuchowe i nawozy. Własny węgiel i własna chemia pozwoliły im jednocześnie karmić ludność i prowadzić wojnę.

To nie jest dygresja historyczna dla erudytów. To jedna z najważniejszych lekcji nowoczesności: państwo, które nie kontroluje własnego łańcucha chemicznego od surowca do produktu końcowego, w sytuacji wielkiego kryzysu jest zależne od tego, kto kontroluje dostawy, szlaki, terminale, porty, przepływy finansowe i geopolityczne wąskie gardła.

Co to oznacza dla Polski dzisiaj? Amoniak to ogniwo między przemysłem zbrojeniowym a rolnictwem, między bezpieczeństwem militarnym a bezpieczeństwem żywnościowym, między polem bitwy a polem uprawnym.

Jeżeli nasze państwo uznaje jakieś mocarstwo za główne zagrożenie strategiczne, a jednocześnie w newralgicznych punktach łańcucha bezpieczeństwa pozostaje zależne od dostaw z obszaru poddanego wpływowi tego mocarstwa lub od systemu geopolitycznego, który może zostać przez nie zdestabilizowany – to znaczy, że mówi jednym językiem, a działa innym. Ile razy powtórzy słowo „odporność”, tyle razy bez własnego zaplecza chemicznego i surowcowego odporność pozostanie rytuałem retorycznym. To właśnie wielka ślepota polskiej debaty. Wielu ludzi potrafi godzinami dyskutować o czołgach, rakietach, samolotach i liczebności armii, a niemal nikt nie pyta, z czego powstaną nawozy, skąd weźmie się amoniak, jak zabezpieczone zostaną łańcuchy materiałowe, co stanie się z rolnictwem i przemysłem, gdy wielki handel morski przestanie działać tak jak dotąd. Jakby wojna była teatrem uzbrojenia, a nie sprawdzianem całej materialnej struktury państwa – choć właśnie to pokazuje historia XX wieku. Wojny wygrywa ten, kto potrafi utrzymać ciągi produkcyjne, dostawy, energię, nawozy, stal, transport i odporność społeczeństwa na głód. Ten, kto ma materię po swojej stronie.

.Ta lekcja nabiera dziś szczególnej wagi, bo porządek, w którym Europa żyła przez ostatnie osiemdziesiąt lat, słabnie. Globalny handel morski był przez dekady względnie bezpieczny dzięki amerykańskiej dominacji na oceanach – był to porządek wyjątkowy historycznie, a nie naturalny. Wiele państw Europy przyzwyczaiło się do iluzji, że wszystko można kupić zawsze i od każdego, że bezpieczeństwo można importować tak samo jak komponenty i surowce, a łańcuchy dostaw są czymś tak trwałym jak kontynenty. A jednak wystarczy wzrost ryzyka, blokada jednego wąskiego gardła – takiego jak cieśniną Ormuz – przeciążenie szlaków, wojna regionalna, sankcje, decyzja eksportowa kilku państw lub zwykły kryzys zaufania na rynku ubezpieczeniowym i frachtowym – i nagle okazuje się, że „globalny rynek” jest bardzo konkretną siecią zależności podatnych na zerwanie, a nie żadnym bytem metafizycznym.

Europa Zachodnia utraciła odruch myślenia w tych kategoriach. Polska nie może sobie na to pozwolić. Jest państwem granicznym, położonym między światem atlantyckim a rosyjskim obszarem presji, z doświadczeniem historycznym, które powinno ją uczyć jednego: w kryzysie liczy się to, co własne, dostępne, przetwarzalne i zabezpieczone.

Polska ma zasób. Ale sam zasób nie wystarcza.

Trzeba odróżnić zasób od rezerwy. Zasób to to, co leży pod ziemią. Rezerwa strategiczna to zasób włączony w zdolność państwa do działania – węgiel staje się rezerwą dopiero wtedy, gdy istnieją kopalnie, koksownie, zakłady chemiczne, infrastruktura przesyłowa, huty, kadry, wiedza technologiczna, ciągłość kompetencji i polityczna wola, by to wszystko utrzymać.

Zasób bez infrastruktury jest potencjałem uśpionym. Rezerwa jest zasobem przełożonym na moc. Przez trzy dekady Polska osłabiała właśnie tę zdolność. Kadry odchodzą, instalacje rdzewieją, technologia zanika, instytucjonalna pamięć się urywa. A potem zostaje pocieszanie się, że „przecież węgiel nadal jest pod ziemią” – tak, jest, tylko państwo może już nie mieć siły, by zamienić go w bezpieczeństwo. Pokład można zachować, tracąc zdolność wydobycia, przetworzenia i włączenia w łańcuch strategiczny. Tę zdolność traci się znacznie szybciej niż sam zasób. Na tym polega istota problemu. Chodzi o zrozumienie, że nowoczesne państwo nie może pozwolić sobie na zniszczenie własnej podstawy materialnej tylko dlatego, że część elit uznała ją za nieestetyczną, nieeuropejską albo chwilowo nieopłacalną.

.Maria Terlikowska zmarła w 1990 roku, na progu transformacji. Nie zobaczyła kraju, który utracił pamięć o tym, czym węgiel jest. Jej wiersz pozostał jak skamielina z epoki, w której nawet dziecko rozumiało więcej o materialnym porządku świata niż dzisiejszy absolwent wielu szkół i większość telewizyjnych komentatorów – rozumiało mianowicie, że rzeczy są ze sobą powiązane, że fabryka nie jest osobnym światem, że pod czarną bryłą kryje się ciąg przejść, od którego zależy przetrwanie.

Państwo, które traci zdolność przetwarzania własnych zasobów w łańcuch strategiczny, traci część suwerenności, choćby formalnie zachowywało wszystkie jej atrybuty. Może mieć flagę, hymn, ambasady i konferencje prasowe, a mimo to pozostawać bez pełnej zdolności samodzielnego trwania. Pytanie o polski węgiel jest pytaniem o to, czy Polska potrafi jeszcze myśleć o sobie w kategoriach bezpieczeństwa i materialnej samodzielności, czy rozumie, że nowoczesność bez podstawy surowcowej jest tylko elegancką formą zależności, czy umie odbudować kadry, instalacje i technologie, a wraz z nimi coś znacznie trudniejszego – własną wyobraźnię surowcową. Dopóki jej nie odzyska, będzie narodem siedzącym na bogactwie i zachowującym się jak nędzarz. A nędzarz nie ma trwałego prawa do domu w świecie, w którym o miejscu przy stole decydują siła, zasób i zdolność ich obrony.

Maciej Świrski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 11 kwietnia 2026