Maciej ŚWIRSKI: Węgiel, Matka Boża i republika niewykonalności

Węgiel, Matka Boża i republika niewykonalności

Photo of Maciej ŚWIRSKI

Maciej ŚWIRSKI

Założyciel Reduty Dobrego Imienia. B. członek zarządu PAP (2006-2009) i przewodniczący rady nadzorczej PAP (2017-2022). W latach 2022-2025 przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Dlaczego Polska nie przetwarza własnych zasobów od pięciuset lat – pisze Maciej ŚWIRSKI

I.

Kopalnia jest zamknięta od trzech miesięcy, ale łaźnia jeszcze stoi. Wciąż pachnie wilgocią, mydłem i czymś metalicznym – wieże szybowe demontują po kawałku, ciężarowe wyjeżdżają ze stalowymi profilami, które za tydzień będą złomem. Górnicy dostali odprawy. Niektórzy stoją za płotem i patrzą, jak rozbiórka posuwa się naprzód. Przy bramie – kapliczka. Figurka Matki Bożej Piekarskiej, plastikowe kwiaty, znicz. Ktoś podmienia go regularnie – płomyk nie gaśnie, choć kopalni już nie ma.

Pod stopami ludzi stojących przy tej kapliczce ciągną się pokłady węgla kamiennego – kilometrami, w dół i na boki, jak korzenie drzewa, których nikt nie chce widzieć. Chodniki drążone przez dziesięciolecia są już w połowie zalane. Obudowy stalowe korodują w ciemności. Za pięć lat woda sięgnie poziomu, z którego nie będzie powrotu – żaden inżynier nie powie „odpompujmy i wróćmy”, bo koszt odtworzenia przerośnie koszt budowy od zera. Decyzja jest nieodwracalna.

Naród zamyka kopalnie i modli się. Dwa gesty jednocześnie – rezygnacja i ufność. W tej jednoczesności zawiera się cała diagnoza.

II.

Udokumentowane zasoby geologiczne węgla kamiennego w Polsce wynoszą około 65 miliardów ton. Leżą w trzech zagłębiach: Górnośląskim, Lubelskim i Dolnośląskim. Samo Górnośląskie Zagłębie Węglowe, o powierzchni ponad 5 600 kilometrów kwadratowych, zawiera ponad 80 procent tych zasobów. To zasoby geologiczne – bilansowe. Zasoby przemysłowe, czyli te ekonomicznie wydobywalne przy dzisiejszych technologiach i cenach, szacuje się na 4,2 miliarda ton. Wiele złóż leży głęboko, ma niską jakość lub problemy metanowe – dostęp do nich wymaga inwestycji, których dotąd nie podjęto. Polska jest jednak dziewiątym krajem świata pod względem wielkości złóż węglowych, z 2,6 procent światowych rezerw.

W roku 2025 Polska wydobyła 42,8 miliona ton z dwudziestu kilku czynnych kopalń – o połowę mniej niż ćwierć wieku wcześniej. Zatrudnienie spadło do 71 tysięcy osób. Każdego roku zamyka się kolejne zakłady. Rząd przeznaczył na dopłaty do redukcji zdolności produkcyjnych górnictwa ponad 9 miliardów złotych w samym roku 2025. To nie są pieniądze na budowę – to są pieniądze na niszczenie.

Tymczasem świat robi coś dokładnie odwrotnego. Chiny mają ponad 1 280 milionów ton nowej zdolności wydobywczej w budowie lub planowaniu. Indie celują w 1,5 miliarda ton rocznego wydobycia do roku 2030 i planują 100 nowych kopalń. Republika Południowej Afryki od siedemdziesięciu lat produkuje paliwa syntetyczne z węgla w kompleksie Sasol Secunda. Indonezja buduje zakład coal-to-chemicals za 2,3 miliarda dolarów. Polska jest jedynym krajem na Ziemi, który płaci miliardy rocznie za likwidację własnego przemysłu wydobywczego, siedząc na zasobach wystarczających na trzysta lat. Absurd tej skali domaga się wyjaśnienia, które wykracza daleko poza ekonomię i politykę. To jest patologia cywilizacyjna.

III.

Zgazowanie węgla nie jest technologią przyszłości. Jest działającą technologią z przeszłości. Sasol w Republice Południowej Afryki produkuje paliwa syntetyczne z węgla od roku 1955 – powstał z powodu sankcji przeciwko RPA, która miała apartheid, z motywacji suwerenności paliwowej narodu odciętego od światowych rynków. Eastman Chemical w Tennessee zgazowuje węgiel do chemikaliów od 1983 roku. Dakota Gasification produkuje syntetyczny gaz ziemny z węgla brunatnego od 1984. Chiny zaczęły masowo budować instalacje coal-to-chemicals po roku 2000 i mają ich dziś ponad sto.

Technologia Fischer-Tropsch – konwersja gazu syntezowego w paliwa płynne – została opracowana w Niemczech w latach dwudziestych XX wieku. Zgazowanie strumieniowe osiągnęło dojrzałość komercyjną w latach dziewięćdziesiątych. Synteza amoniaku z gazu syntezowego to chemia znana od stu lat.

A teraz sekwencja polskich decyzji. Rok 1998: program Janusza Steinhoffa – masowe zamykanie kopalń, dziesiątki tysięcy górników na bruk. Rok 2007: Polska przyjmuje pakiet klimatyczno-energetyczny Unii Europejskiej bez kontrpropozycji. Rok 2015: porozumienie paryskie – Polska podpisuje zobowiązania, które de facto skazują jej górnictwo na likwidację. Rok 2021: umowa społeczna o zamknięciu kopalń do roku 2049 – harmonogram śmierci przemysłu podpisany przez rząd, związki zawodowe i spółki górnicze.

Na żadnym z tych etapów – żadnym – nikt nie postawił pytania: a gdybyśmy ten węgiel przetwarzali zamiast likwidować? Sasol Secunda nie jest tajemnicą. Jego zdjęcia są w każdym podręczniku inżynierii chemicznej. Wiedziano – i nie tylko wiedziano. Byli inżynierowie, którzy chodzili po ministerstwach z gotowymi koncepcjami. Kołatali do drzwi, tłumaczyli, liczyli. Nikt ich nie słuchał. Nie odrzucano ich argumentów – po prostu nie słyszano ich w ogóle, jakby mówili w języku, którego urzędnik po drugiej stronie biurka nie miał w słowniku. Surowiec, procedura, produkt, suwerenność – ta sekwencja była dla nich oczywista. Dla decydentów nieistniejąca.

Policzmy alternatywę. Dwadzieścia milionów ton węgla rocznie skierowane do zgazowania daje pełną niezależność nawozową, sześćdziesiąt do siedemdziesięciu procent niezależności w chemii organicznej, piętnaście do dwudziestu procent substytucji paliw płynnych. Koszt: 124 do 180 miliardów euro rozłożone na dwadzieścia pięć lat. Trzy do czterech procent PKB rocznie – mniej niż Korea Południowa wydawała na industrializację w latach siedemdziesiątych. Pieniądze są, technologia jest sprawdzona, złoża wystarczyłyby na trzysta lat. Czego zatem brakuje?

IV.

Korytarz Berlaymontu, budynku Komisji Europejskiej w Brukseli, piąte piętro, wczesne popołudnie. Urzędnik Dyrekcji Generalnej ds. Klimatu kończy redagować załącznik do rozporządzenia delegowanego w sprawie taksonomii zrównoważonego finansowania. Nigdy nie był w Polsce. Polska jest dla niego abstrakcją geograficzną gdzieś między Niemcami a Ukrainą – krajem, który jeszcze nie do końca rozumie, dokąd Europa zmierza, i którego zadaniem jest nadążać. Właśnie decyduje o losie 65 miliardów ton węgla kamiennego i siedemdziesięciu tysięcy ludzi, których nigdy nie spotka. Robi to z poczuciem misji.

Klimat się zmienia. Zmieniał się, zanim człowiek odkrył ogień, i będzie się zmieniał, gdy ostatnia elektrownia zostanie zamknięta. To nie jest spór o termometry. To jest spór o to, że z obserwacji przyrodniczej zbudowano religię – z dogmatami, kapłanami i inkwizycją. Ma swą eschatologię: katastrofa jest nieuchronna, świat zbliża się do punktu bez powrotu. Ma soteriologię: zbawienie przychodzi przez redukcję emisji, a net-zero jest rajem odzyskanym. Ma liturgię – szczyty COP jako synody, zobowiązania klimatyczne jako śluby zakonne. Ma kapłaństwo: IPCC pełni funkcję magisterium, aktywiści tworzą zakony żebracze, a brukselscy urzędnicy obsadzają urzędy kurialnych prefektów. Ma herezjologię, bo denializm uchodzi za grzech śmiertelny. Ma wreszcie inkwizycję: EU ETS, taksonomię zrównoważonego finansowania i warunkowość pomocy publicznej.

Nauka dopuszcza falsyfikację – klimatyzm jej zabrania. System, który tłumaczy wszystko, nie tłumaczy niczego; to zabobon w naukowej szacie, którego nie wolno kwestionować pod karą wykluczenia z dyskursu.

EU ETS – europejski system handlu uprawnieniami do emisji – karze każdą tonę spalonego węgla, niezależnie od tego, skąd pochodzi i co z niego powstaje. Niemcy przez dekady emitowały więcej niż Polska per capita, paląc własny węgiel brunatny – i płaciły, ale budowały jednocześnie przemysł, który tę cenę absorbował. Polska płaci tę samą cenę za węgiel, który mogłaby przetwarzać w chemikalia i paliwa syntetyczne, zamiast go spalać – gdyby taksonomia unijna nie odcinała finansowania bankowego od jakiejkolwiek inwestycji węglowej, bez wyjątków i bez gradacji, czy chodzi o elektrownię z lat siedemdziesiątych, czy o instalację zgazowania z wychwytem CO2. Warunkowość pomocy publicznej domyka konstrukcję: 9 miliardów złotych rocznie na zamykanie kopalń – proszę bardzo. Złotówka na modernizację – nie. Dozwolone jest wyłącznie niszczenie.

Najgłębszy skutek nie jest jednak ekonomiczny – jest mentalny. Klimatyzm nie tylko fizycznie zabrania budować. Niszczy w narodzie sam impuls do budowania. Jeśli oficjalna doktryna mówi, że węgiel jest grzechem, to młody inżynier nie pójdzie na górnictwo, inwestor nie sfinansuje kopalni, polityk nie postawi tezy o coal-to-chemicals, bo zostanie wyśmiany przez ekspertów i zjedzony przez media. Naród, któremu wmówiono, że jego największy zasób naturalny jest grzechem, traci zdolność do myślenia o sobie jako o podmiocie.

V.

Zasoby mineralne nie należą tylko do pokolenia, które aktualnie z nich korzysta i nimi włada. Należą do wspólnoty rozumianej w czasie – do narodu jako ciągłości pokoleń, od tych, którzy już odeszli, przez tych, którzy żyją, po tych, którzy się jeszcze nie narodzili. Pokolenie, które te zasoby eksploatuje, jest ich powiernikiem, nie właścicielem. Ma prawo wydobywać i przetwarzać na pożytek wspólnoty. Nie ma prawa niszczyć ani trwale blokować przyszłym pokoleniom dostępu do nich.

Zamknięcie kopalni głębinowej nie jest wstrzymaniem wydobycia. Jest destrukcją. Wyrobiska zostają zalane wodą, obudowy korodują, szyby zasypane lub zabetonowane, maszyny sprzedane na złom, wieże szybowe rozebrane. Kompetencje – wiedza o złożu, o zagrożeniach metanowych, o zachowaniu górotworu – umierają razem z ludźmi, którzy je posiadali. Odtworzenie zamkniętej kopalni wymaga nakładów porównywalnych z budową od zera, a często większych.

Gnostycyzm jako system filozoficzny zakłada, że świat materialny jest zły i że zbawienie polega na ucieczce od materii ku duchowi. Klimatyzm jest jego świecką mutacją: węgiel, ropa, gaz – materia – są złem, a zbawienie przychodzi przez dekarbonizację, czyli oderwanie cywilizacji od surowcowego fundamentu. Gnostyk gardzi ciałem. Klimatysta gardzi złożem.

Trzysta lat. Tyle czasu dają nam zasoby, jeśli je zachowamy i przetworzymy. W ciągu trzystu lat technologia energetyczna zmieni się w sposób, którego dziś nie jesteśmy w stanie przewidzieć – tak samo jak nikt w roku 1464 nie przewidywał silnika parowego, a nikt w roku 1645 nie przewidywał reaktora jądrowego. Być może i za pięćdziesiąt lat będziemy mieli tanie, skalowalne źródła energii, przy których węgiel stanie się zbędny. Być może za sto. Ale do tego czasu cywilizacja będzie potrzebować surowców chemicznych, nawozów, paliw syntetycznych – i będzie je produkować z tego, co ma pod ziemią. Polska ma pod ziemią 65 miliardów ton. Zamknięcie kopalń teraz, w imię eschatologii, której horyzont sięga roku 2050, jest poświęceniem trzech stuleci opcji strategicznych na ołtarzu jednej dekady paniki.

Zresztą sama eschatologia klimatyczna nie jest pierwszą w historii. Przed rokiem 1000 Europa żyła w przekonaniu, że świat lada moment się skończy – millenaryzm paraliżował inwestycje, decyzje, budowanie. Świat się nie skończył. Skończyła się psychoza. I ci, którzy mimo niej budowali, zostawili po sobie katedry. Ci, którzy czekali na koniec – nic.

Pokolenie, które zamyka kopalnie, nie ponosi konsekwencji tej decyzji. Te poniosą dzieci i wnuki. Górnicy dostaną odprawy. Politycy dostaną stanowiska w Brukseli. Koszty poniesie pokolenie, które za trzydzieści lat stanie przed pytaniem: skąd wziąć nawozy, paliwa, chemikalia, wodór? I odkryje, że jedyny surowiec, z którego mogło je wyprodukować, został unieczyniony przez dziadków w akcie posłuszeństwa wobec cudzej gnozy.

VI.

W roku 1525, na rynku w Krakowie, Albrecht Hohenzollern klęka przed Zygmuntem Starym i składa hołd lenny. Polska jest potęgą – największe państwo w Europie, armia nie ma sobie równych, szlachta dumna i liczna. Zygmunt patrzy na klęczącego Hohenzollerna i widzi sukces dyplomatyczny: zakon krzyżacki ujarzmiony, Prusy pod polskim zwierzchnictwem, problem rozwiązany. Nie widzi – bo nikt nie widział – że właśnie przedłuża istnienie tworu, który przez dwieście lat był śmiertelnym zagrożeniem dla Polski, a teraz tylko wydaje się obezwładniony. Uśpiony wróg jest wygodniejszy niż wróg zlikwidowany – ale tylko do czasu przebudzenia. Za półtora wieku Hohenzollernowie zbudują z tych Prus potęgę militarną i rozbiorą Polskę na kawałki. Przyszłość była tym zasobem, który właśnie zmarnowano – oddając ją za spokój w teraźniejszości. I właśnie w tym momencie krystalizuje się wzór, który będzie działać przez pięćset lat: Polska posiada, ale nie przetwarza. Zasobów naturalnych. Zasobów strategicznych. Czasu.

Folwark pańszczyźniany eksportuje ziarno do Holandii – surowe, nieprzetworzone. Holendrzy mielą, sprzedają. Polskie drewno płynie Wisłą do Gdańska i dalej do Amsterdamu – surowe. Holenderskie i angielskie stocznie budują z niego statki, którymi pływają po całym świecie. Polska nie ma floty. Szlachta bogaci się na eksporcie surowca, nie na wartości dodanej. I nazywa to cnotą.

Pięćset lat później: struktura identyczna, zmienił się surowiec. Węgiel zamiast zboża. Unia Europejska zamiast Holandii. Polska eksportuje surowy węgiel – gdy eksportuje – albo go nie wydobywa wcale. Importuje gotowe paliwa, nawozy, chemikalia. Bilans ten sam: surowiec wychodzi, wartość dodana wchodzi, różnica jest zyskiem cudzym.

Pięćset lat temu nie przetwarzaliśmy z powodów, które były przynajmniej nasze. Szlachcic, który zajął się handlem, tracił szlachectwo. Prawo chroniło monopol na eksport zboża przez Gdańsk – mieszczanin w tym interesie był konkurentem, więc go wypchnięto z gry. Zakaz był aktem obrony własnego interesu, ubranym w język honoru. Głupi, krótkowzroczny, zabójczy dla rozwoju – ale przynajmniej własny. Teraz zakaz przyszedł z Brukseli – i przyjęliśmy go jako własny, przejęliśmy jego język, mówimy o odejściu od węgla tonem człowieka, który wyzdrowiał z nałogu. Tamta pułapka była instytucjonalna: nikt jej nie projektował, wszyscy ją współtworzyli, suma racjonalności jednostkowych dawała zbiorowe samobójstwo cywilizacyjne. Ta obecna jest gorsza – zewnętrzna, a dobrowolnie zinternalizowana. Cudzy interes przyjęty za własny. Od folwarku produkującego ziarno dla Holandii po kopalnię zamykaną dla Brukseli – struktura ta sama, zmienili się tylko beneficjenci.

VII.

Polska ma jednak drugi zasób, który rzadko pojawia się w tym rachunku: ludzi.

Polscy programiści od dekad zajmują czołowe miejsca w światowych konkursach algorytmicznych. Na liście najlepszych zawodników Codeforces, TopCoder i Google Code Jam Polska nieproporcjonalnie często reprezentowana jest przez jednostki, które nie pracują w Polsce. Pracują w Londynie, Amsterdamie, Berlinie, San Francisco. Wykształceni za pieniądze polskiego podatnika, na polskich uczelniach, w polskim systemie edukacji – zasilają PKB Wielkiej Brytanii, Niemiec i Stanów Zjednoczonych. Google, Microsoft, Amazon zbierają plon z inwestycji, której kosztów nie ponieśli. Republika niewykonalności eksportuje talenty dokładnie tak samo, jak eksportuje surowce – talenty gotowe, przetworzone, na cudzy użytek.

Ten mechanizm jest strukturalnie identyczny z pułapką folwarczną. Szlachcic eksportował ziarno, bo prawo blokowało handel i nie było komu przetworzyć go na miejscu. Polski inżynier wyjeżdża, bo nie ma środowiska, w którym mógłby zbudować coś własnego. Nie brakuje mu talentu – brakuje mu państwa wykonalności.

I tu pojawia się okoliczność, której nie wzięli pod uwagę ani likwidatorzy kopalń, ani klimatyści. Trwa rewolucja technologiczna, której skali jeszcze nie rozumiemy w pełni. Integracja sztucznej inteligencji z robotyką przemysłową zmienia fundamenty wydobycia – autonomiczne systemy ścianowe, pojazdy dołowe bez kierowców, roboty kotwiczące strop. Cyfrowe bliźniaki złóż – modele trójwymiarowe aktualizowane w czasie rzeczywistym na podstawie danych z tysięcy czujników – pozwalają przewidywać zachowanie górotworu, optymalizować wydobycie i eliminować zagrożenia, zanim staną się wypadkiem. Skalowanie predykcyjne zastępuje doświadczenie górnika algorytmem, który przetwarza więcej danych w sekundzie niż człowiek w ciągu zmiany. AI w projektowaniu technologii chemicznych skraca o lata proces od surowca do produktu – symuluje reakcje, optymalizuje katalizatory, falsyfikuje modele biznesowe zanim ktokolwiek wyda pierwszą złotówkę na budowę instalacji.

Ale decyzje o likwidacji kopalń podjęto tak, jakby postęp techniczny nie istniał. Jakby górnictwo było na zawsze tym, czym było w XIX wieku – nagim człowiekiem czołgającym się w ciasnym chodniku z kilofem, skazanym na pył, metan i zawał stropu. Ten obraz był prawdziwy w Anglii w 1850 roku. W roku 2025 jest anachronizmem, którym posługują się ludzie, którzy nigdy nie zadali sobie pytania, czym górnictwo będzie za dwadzieścia-trzydzieści lat. Zamknięto nie tylko kopalnie – zamknięto wyobraźnię.

AI radykalnie obniża próg wejścia w produkcję zaawansowaną. Pięć lat temu zbudowanie konkurencyjnego systemu analitycznego wymagało dużego zespołu, wieloletniego doświadczenia i kapitału na infrastrukturę. Dziś jeden wybitny inżynier z właściwymi narzędziami może zbudować to, co dekadę temu wymagało korporacji. AI pozwala nam budować mimo tego chorego państwa, bo AI zastępuje część tego, co sprawne instytucje dają gdzie indziej: szybkie finansowanie, sprawny transfer technologii, działające zaplecze administracyjne. Talent plus narzędzie może dziś ominąć biurokrację, której ominąć się nie dało.

Połączenie jest oczywiste i dotychczas niezrealizowane: kopalnia bezzałogowa sterowana AI, której centrum operacyjne jest jednocześnie centrum badawczym. Polscy inżynierowie projektujący autonomiczne systemy wydobywcze dla polskich złóż, eksportujący następnie tę technologię do Indii, Indonezji, Afryki – gdzie buduje się nowe kopalnie, nie zamyka stare. Instalacja coal-to-chemicals zarządzana przez system AI optymalizujący w czasie rzeczywistym skład wsadu, temperaturę zgazowania, selektywność syntezy.

W ekonomii rozwoju istnieje pojęcie „renty zacofania”, przewagi wynikającej z opóźnienia. Kraj, który nie zdążył zbudować infrastruktury poprzedniej generacji, nie musi jej teraz modernizować, może przeskoczyć ją i zbudować od razu następną. Afryka rozwinęła bankowość mobilną szybciej niż Europa, bo nie miała sieci oddziałów bankowych do obrony. Polska telefonia komórkowa rosła w latach dziewięćdziesiątych szybciej niż zachodnia, bo budowano od razu nowe sieci, nie modernizowano starych. Polskie górnictwo jest w takiej pozycji.

Istniejące kopalnie to technologia lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, w większości już zlikwidowana lub dogorywająca. Tego, czego nie zdążono zbudować, nie trzeba teraz amortyzować. Można budować od razu w paradygmacie bezzałogowym, z AI w centrum sterowania, z cyfrowym bliźniakiem złoża aktualizowanym w czasie rzeczywistym. Ale tylko jeśli talenty wrócą, albo nigdy nie wyjadą. Wrócą wtedy, gdy powstanie środowisko, w którym warto budować. Wybitny inżynier, który zostaje lub wraca, tworzy wartość dodaną w Polsce; ten, który wyjeżdża, zakopuje swój talent w cudzej ziemi – i przez całe zawodowe życie nie odda tego długu krajowi, który go wykształcił.

VIII.

Rok 1039. Kazimierz, syn Mieszka II, zastał Polskę w ruinie. Reakcja pogańska, bunt Masława, rozpad struktury państwowej. Nie było króla, nie było biskupstw, nie było porządku.

Kazimierz nie czekał na cud. Sprowadził benedyktynów z Liège – ludzi, którzy modlili się i pracowali. Ora et labora – formuła, która łączy to, co Polska na pięćset lat rozdzieliła: pobożność i wykonalność. Benedyktyni karczowali lasy, budowali młyny, zakładali warsztaty. Kazimierz odbudował grody, narzucił prawo, odzyskał Śląsk. Zrobił to proceduralnie, systematycznie, bez objawienia.

To jest najniższy możliwy poziom konsensusu narodowego. Nie budujemy imperium. Po prostu: ogarniamy się. Patrzymy, co mamy, i zaczynamy z tego budować.

A mamy: 65 miliardów ton pod ziemią. Sprawdzone technologie przetwarzania. Pieniądze, które i tak wydajemy – 9 miliardów złotych rocznie na likwidację, 25 do 30 miliardów euro rocznie na import. Kapitał ludzki rozsypany po świecie, który wróci, jeśli będzie po co wracać. I rewolucję AI, która daje temu kapitałowi dźwignię, jakiej dotychczas nie miał.

Jedyne, czego nie mamy, to wola polityczna, która powie: budujemy. Nie za dwadzieścia lat, nie po następnych wyborach, nie gdy Bruksela pozwoli. Teraz, z tego co mamy, na przekór temu, czego nam zabraniają.

IX.

W maju 2025 roku w kopalni Yimin w Mongolii Wewnętrznej Chiny uruchomiły flotę stu autonomicznych elektrycznych ciężarówek górniczych – pierwszą taką na świecie. Każda wiezie 70 do 100 ton węgla, pracuje w temperaturze minus 48 stopni, w burzach piaskowych, we mgle. Osiągnęły 120 procent wydajności kierowców ludzkich jeszcze w fazie testów. Całą operację nadzoruje garstka ludzi z centrum sterowania.

W kopalniach podziemnych dzieje się coś ważniejszego. Chiny opracowały model inteligentnego wydobycia umożliwiający bezzałogową pracę na przodku ścianowym z kontrolą jednej osoby. Autonomiczne kombajny ścianowe sterowane sztuczną inteligencją ścinają pokład, roboty kotwiczące strop zabezpieczają wyrobisko, bezzałogowe transportery wywożą urobek. Górnik nie schodzi do przodka. Operator siedzi przed ekranami na powierzchni. Inteligentne zdolności produkcyjne stanowią już ponad połowę całkowitej zdolności wydobywczej Chin w węglu.

Kopalnia XXI wieku wygląda tak: centrum sterowania zatrudniające 50 do 80 osób – inżynierów, programistów, techników, operatorów systemów AI. Pod ziemią: autonomiczne kombajny z dynamicznym rozpoznawaniem pokładów, roboty kotwiczące strop, sieć 5G do transmisji danych w czasie rzeczywistym, cyfrowy bliźniak całego złoża aktualizowany co minutę. Człowiek schodzi pod ziemię tylko do konserwacji.

Taka kopalnia zatrudniająca 200 do 400 osób zamiast trzech tysięcy osiąga pięciokrotnie wyższą wydajność na zatrudnionego. Koszt wydobycia spada o 40 do 60 procent. Przy takim poziomie kosztów polski węgiel z głębokości tysiąca metrów staje się konkurencyjny wobec australijskiego z odkrywki.

Klimatyści mówili: górnictwo jest brudne, niebezpieczne, anachroniczne. Robotyka z AI odpowiada: nie. Górnictwo bezzałogowe jest czyste – zero ludzi narażonych na pył i metan. Bezpieczne – zero wypadków śmiertelnych. Nowoczesne – operowane z centrum, które wygląda jak ośrodek kontroli lotów. Jedyny argument, który klimatystom pozostaje, to sam dwutlenek węgla – a ten eliminuje wychwyt i składowanie zintegrowane z instalacjami zgazowania.

Program: dwadzieścia do trzydziestu kopalń nowej generacji, w pełni zrobotyzowanych, z przetwarzaniem na miejscu. Każda zatrudnia 200 do 400 wysoko wykwalifikowanych ludzi. Do tego 50 do 80 tysięcy w przemyśle przetwórczym coal-to-chemicals. I nakładający się na to sektor technologiczny: polskie firmy AI projektujące systemy autonomicznego wydobycia, eksportujące je do krajów, które budują nowe kopalnie zamiast zamykać stare. To nie jest powrót do XIX wieku. To jest XXI wiek pod ziemią – i XXI wiek nad ziemią, gdzie z wydobytego surowca powstają produkty, które dziś importujemy za bilion złotych na pokolenie, a polskie systemy AI zarządzają tym procesem i trafiają na rynki całego świata.

X.

Plan: Dwieście milionów ton węgla rocznie skierowane do zgazowania. Koszt to 120 do 180 miliardów euro w dwudziestu pięciu latach. Trzy do czterech procent PKB rocznie. Za to:

W perspektywie dwudziestu pięciu lat oznaczałoby to uniezależnienie się od importu paliw płynnych, gazu i nawozów, zbudowanie rdzenia wielkiego przemysłu chemicznego, uruchomienie eksportu technologii autonomicznego wydobycia do Azji i Afryki oraz stworzenie środowiska, do którego diaspora inżynierska miałaby po co wracać. Przy zatrudnieniu rzędu dwustu do trzystu tysięcy ludzi i horyzoncie eksploatacji złóż liczonym w stu pięćdziesięciu do trzystu lat.

Porównanie: 9 miliardów złotych rocznie razy dwadzieścia pięć lat – 225 miliardów złotych wydanych na likwidację. Koszt importu paliw i chemikaliów: 25 do 30 miliardów euro rocznie, bilion złotych w perspektywie pokolenia. To jest faktura za posłuszeństwo wobec klimatystów. Rachunek opóźnienia jest bezlitosny. Rok zwłoki to dwadzieścia pięć do trzydziestu miliardów euro straconych na imporcie. Zamknięta kopalnia to infrastruktura, którą trzeba będzie odbudować od zera – i często za wyższy koszt niż pierwotna budowa. Inżynier, który wyjeżdża, zabiera kompetencje kształcone przez dziesięć lat, których żadna prezentacja w PowerPoincie nie odtworzy.

XI.

Kapliczka przy zamkniętej kopalni. Figurka Matki Bożej Piekarskiej patrzy na pusty plac po szybie wyciągowym. Pod ziemią – 65 miliardów ton surowca, który mógłby dać temu narodowi trzysta lat suwerenności. Na powierzchni – naród, który czeka na cud i słucha kapłanów nowej gnozy mówiących mu, że jego bogactwo jest grzechem.

Ta kapliczka nie jest znakiem pobożności. Jest aktem oskarżenia. Przypowieść o talentach nie mówi: schowaj i módl się. Mówi: pomnóż. Pan dał sługom talenty – pięć, dwa, jeden. Ten, który zakopał talent w ziemi, nie został pochwalony za ostrożność. Został potępiony za bezczyność. Polska zakopała 65 miliardów ton w ziemi i czeka na pochwałę.

Ma też drugi zakopany talent: inżynierów i programistów rozsianych po Londynie, Berlinie i San Francisco, wykształconych za polskie pieniądze, budujących cudze PKB. Bo w Polsce nie było dla nich roboty wartej ich możliwości.

Ktoś kiedyś przed tą kapliczką stanie – za trzydzieści lat, za pięćdziesiąt – i zapyta: dlaczego dziadkowie to zamknęli? Odpowiedzi dobrej nie będzie. Posłuchali, bo im kazano – i na tym kończy się historia każdego narodu, który oddał decyzję o własnych zasobach w cudze ręce. Pora wstać. Nie od modlitwy, bo modlitwa jest dobra. Od bezczyności, która jest grzechem. Pan Bóg dał nam tę ziemię z tym, co w niej leży i z ludźmi, którzy potrafią to przetworzyć. Sześćdziesiąt pięć miliardów ton pod ziemią. Kilkadziesiąt tysięcy wybitnych umysłów za granicą, czekających aż będzie po co wracać. Ile nas to kosztowało? 

.Gdyby od roku 1998 Polska zamiast zamykać kopalnie budowała na nich przemysł przetwórczy, rachunek wygląda tak: import paliw i chemikaliów kosztuje dziś 25 do 30 miliardów euro rocznie. W ciągu dwudziestu ośmiu lat to około 700 miliardów euro transferu bogactwa z Polski do eksporterów ropy i gazu. Do tego dopłaty do likwidacji górnictwa, liczone w dziesiątkach miliardów złotych rocznie przez trzy dekady. Do tego utracone miejsca pracy w przemyśle przetwórczym, który nie powstał. Do tego podatki, które ci ludzie płaciliby w Polsce, nie w Londynie i San Francisco.

Łącznie: bilion złotych to ostrożne minimum. Realnie więcej, bo nie liczymy efektów mnożnikowych, nie liczymy technologii, której nie opracowano, nie liczymy pokolenia inżynierów, którzy wyjechali i nie wrócili.

Przeciętny Polak jest dziś o jedną trzecią do połowy biedniejszy niż byłby, gdyby ktoś w 1998 roku postawił właściwe pytanie. Nie postawił. Wszyscy zapłaciliśmy.

Maciej Świrski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 2 kwietnia 2026