Afrykańskie kleszcze Hyalomma są już w Polsce [Prof. Anna BAJER]

kleszcze Hyalomma

Kleszcze Hyalomma żyją naturalnie w środowiskach pustynnych lub półpustynnych. Są one bardzo ruchliwe i często się przemieszczają – twierdzi prof. Anna Bajer, będąca kierownikiem Zakładu Eko-epidemiologii Chorób Pasożytniczych w Instytucie Biologii Rozwoju i Nauk Biomedycznych na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zespół prowadzi projekt, którego jest sprawdzenie i zmapowanie występowania kleszczy Hyalomma.

Afrykańskie kleszcze Hyalomma są już w Polsce

.Mira Suchodolska: Czy kleszcze z rodzaju Hyalomma zadomowiły się już w Polsce, czy nadal tylko przyjeżdżają na gapę z ptakami?

Prof. dr hab. Anna Bajer: To jest pytanie, na które wszyscy chcielibyśmy już znać odpowiedź, ale na razie nie da się tego jednoznacznie rozstrzygnąć. Kiedy znajdujemy latem dorosłe osobniki, na przykład Hyalomma marginatum, nie mamy pewności, czy to świeży import z Afryki, przywieziony na migrujących ptakach, czy też osobniki, które rozwinęły się już w Polsce. To bardzo istotna różnica, bo oznaczałaby, że zaczynają się u nas rozmnażać.

Żeby to rozstrzygnąć, musielibyśmy znaleźć młodociane formy – larwy albo nimfy – i to takie nienapite. Te, które przyleciały na ptakach, są już po żerowaniu. Problem polega na tym, że młode stadia są mikroskopijne i praktycznie niewidoczne w terenie. Dorosłe osobniki są duże, szybkie i łatwe do zauważenia, natomiast młode to trochę jak szukanie igły w stogu siana.

Planujemy wrócić w miejsca, z których mieliśmy zgłoszenia, zwłaszcza tam, gdzie pojawiały się skupiska, na przykład na Śląsku i w Wielkopolsce. Zdarzało się, że z jednej ulicy mieliśmy kilka osobników. Ale znalezienie młodych stadiów będzie dużym wyzwaniem.

Polskie kleszcze w porównaniu do kleszczy Hyalomma to leniuszki

.To brzmi jak detektywistyczna praca. A same kleszcze Hyalomma – czym różnią się od naszych?

Prof. dr hab. Anna Bajer: Nasze kleszcze, takie jak Ixodes ricinus, to w porównaniu z nimi prawdziwe leniuszki. Funkcjonują w dość komfortowych warunkach – przy odpowiedniej wilgotności i temperaturze mogą siedzieć na roślinności i czekać na żywiciela nawet cały sezon.

Hyalomma żyją w środowiskach znacznie trudniejszych, często pustynnych lub półpustynnych. Tam nie mogą sobie pozwolić na bierne czekanie, bo po prostu by się przegrzały, ugotowały na słońcu. Chowają się więc pod kamieniami i reagują na drgania podłoża – znak, że może nadchodzić jakieś zwierzę. Co więcej, mają dobrze rozwinięty wzrok, dzięki czemu potrafią zidentyfikować potencjalnego żywiciela i błyskawicznie się do niego zbliżyć.

W praktyce oznacza to, że taki kleszcz nie czeka, tylko biegnie w stronę człowieka lub zwierzęcia.

Biegnie?

Prof. dr hab. Anna Bajer: Tak, i to naprawdę szybko. Kilka metrów potrafi pokonać w kilka sekund, co bardziej przypomina zachowanie mrówki czy małego pająka niż kleszcza.

Mieliśmy okazję obserwować to w Afryce. Staliśmy w terenie i zaczęliśmy tupać, żeby wywołać drgania. W pewnym momencie kleszcze zaczęły pojawiać się dosłownie znikąd i biec w naszym kierunku. To było jednocześnie fascynujące i trochę stresujące, bo nadbiegały z różnych stron. Można było zauważyć jednego przed sobą, a w tym samym czasie inny już wspinał się na but od tyłu.

Z punktu widzenia badacza to wygodne, bo „same przychodzą”, ale wymaga dużej czujności, dosłownie trzeba mieć oczy dookoła głowy.

Jak wyglądają te kleszcze?

Prof. dr hab. Anna Bajer: Są wyraźnie większe od naszych rodzimych gatunków. Nienapite osiągają około centymetra długości, natomiast napite samice mogą mieć nawet dwa centymetry – widzieliśmy takie choćby u osobników zbieranych z wielbłądów w Mongolii.

Najbardziej charakterystyczne są ich długie, prążkowane odnóża z jasnymi pierścieniami. Sam korpus jest raczej jednolicie brązowy i mniej kontrastowy niż u naszych kleszczy.

Gdzie w Polsce je znajdowano? Czy ma to związek z obecnością zwierząt gospodarskich?

Prof. dr hab. Anna Bajer: I tu mamy pewne zaskoczenie. Spodziewaliśmy się przede wszystkim południa Polski i rzeczywiście Śląsk oraz Wielkopolska się potwierdziły. Jednocześnie pojawiło się także zgłoszenie z Mazur, co pokazuje, że ich występowanie może być bardziej rozproszone.

Znajdowano je w bardzo różnych sytuacjach – zarówno na zwierzętach gospodarskich, takich jak konie (bardzo je lubią) czy krowy, jak i w domach, gdzie najprawdopodobniej zostały przyniesione przez psy. Zazwyczaj do odkryć dochodziło podczas szczotkowania zwierząt. Odnotowano także przypadek kleszcza znalezionego na żwirowej drodze; zdjęcie wyglądało niemal jak wykonane w warunkach pustynnych.

Co istotne, są to kleszcze bardzo ruchliwe. Znacznie łatwiej niż nasze schodzą ze zwierząt i przemieszczają się w otoczeniu. Zdarzył się przypadek osobnika, który po prostu chodził po dywanie.

Czyli możemy spotkać je w domu?

Prof. dr hab. Anna Bajer: Tak, i to jako aktywnie poruszające się osobniki, a nie tylko przyczepione do skóry.

Zagrożenia zdrowotne związane z kleszczami Hyalomma

.Przejdźmy do zdrowia. Czy jest się czego obawiać?

Prof. dr hab. Anna Bajer: Największe obawy budzi krymsko-kongijska gorączka krwotoczna. To poważna choroba wirusowa o ciężkim przebiegu, często śmiertelna. Na szczęście dotychczas nie wykryliśmy jej w kleszczach znalezionych w Polsce.

Natomiast wszystkie badane przez nas osobniki były zakażone riketsjami, czyli bakteriami wywołującymi tzw. gorączki plamiste. Choroby te zwykle nie są śmiertelne, ale mogą mieć nieprzyjemny przebieg.

Jakie są pierwsze objawy gorączki krwotocznej?

Prof. dr hab. Anna Bajer: Początek choroby jest podstępny, ponieważ przypomina zwykłą infekcję wirusową. Pojawia się gorączka, osłabienie, bóle mięśni i głowy. To etap, który łatwo zinterpretować jako grypę lub przeziębienie.

Dopiero później pojawiają się objawy bardziej charakterystyczne, takie jak zaburzenia krzepnięcia krwi, wybroczyny czy krwawienia. W tym momencie sytuacja staje się poważna.

Problem polega na tym, że w Polsce taka choroba nie jest pierwszym podejrzeniem diagnostycznym. Lekarz częściej bierze pod uwagę choroby hematologiczne, takie jak małopłytkowość czy białaczka. Dodatkowo diagnostyka wymaga specjalistycznych testów, które nie są dostępne w każdym szpitalu, co może opóźniać rozpoznanie.

Wirus może się także przenosić przez kontakt z płynami ustrojowymi. W Turcji opisywano przypadki, w których od jednego pacjenta zakażał się personel medyczny. To pokazuje, że jeden przypadek może prowadzić do kolejnych zakażeń, a nawet przyczynić się do śmierci kilku osób.

Czy skuteczne w odniesieniu do naszych rodzimych kleszczy repelenty działają także na te afrykańskie?

Prof. dr hab. Anna Bajer: W przypadku naszych kleszczy repelenty mogą zadziałać jeszcze przed kontaktem, ponieważ reagują one na zapach. Natomiast Hyalomma najpierw podążają w kierunku żywiciela, a dopiero potem „oceniają” jego przydatność.

Z obserwacji wynika, że po wejściu na but czy ubranie mogą się zawahać, co sugeruje, że repelenty i odpowiednia odzież mogą działać, ale raczej na późniejszym etapie. Nie mamy jednak jeszcze badań, które jednoznacznie by to potwierdzały.

Czy przenoszą boreliozę?

Prof. dr hab. Anna Bajer: Wszystko wskazuje na to, że nie. Bakterie wywołujące boreliozę występują praktycznie wyłącznie w kleszczach z rodzaju Ixodes. W naszych badaniach obejmujących różne kontynenty obserwujemy ten sam wzorzec. Inne kleszcze prawdopodobnie mają mechanizmy, które eliminują te bakterie, zanim mogłyby zostać przekazane dalej.

Zwyczaje godowe kleszczy

.To teraz może coś mniej groźnego – czy kleszcze mają jakieś zwyczaje godowe?

Prof. dr hab. Anna Bajer: Owszem, i to całkiem rozbudowane. Kleszcze w ogóle funkcjonują w świecie chemii – komunikują się za pomocą sygnałów zapachowych, czyli feromonów, które pozwalają im się odnaleźć, rozpoznać i ocenić. Samiec nie przystępuje do kopulacji od razu. Najpierw wchodzi na samicę od strony grzbietowej i można powiedzieć, że ją testuje, sprawdzając, czy jest gotowa do rozrodu. Dopiero później przemieszcza się pod jej brzuszek i dochodzi do właściwej kopulacji. To wszystko jest bardzo precyzyjnie sterowane chemicznie. Co ciekawe, u wielu gatunków do zapłodnienia dochodzi nie na roślinności, tylko już na żywicielu. Samica musi najpierw zacząć pobierać krew, czyli być częściowo napita, żeby proces mógł zajść. To ma sens ewolucyjny – skoro już znalazła żywiciela i ma dostęp do pokarmu potrzebnego do produkcji jaj, to zwiększa się szansa, że rzeczywiście je złoży i że cykl życiowy zostanie domknięty. Zdarza się też, że kleszcze tworzą takie małe zgrupowania. Można spotkać osobniki obu płci przebywające blisko siebie i czekające wspólnie na żywiciela. W jednym z naszych badań wyszło nawet, że takie mieszane pary czy niewielkie grupy nie są przypadkowe. Trudno oczywiście mówić o romantyzmie w ludzkim sensie, ale faktycznie można natknąć się na parę kleszczy siedzących obok siebie i gotowych na wspólne przejście do kolejnego etapu, gdy tylko pojawi się odpowiedni gospodarz.

Jeśli znajduję nietypowego kleszcza – co powinnam zrobić?

Prof. dr hab. Anna Bajer: Przede wszystkim nie należy go wyrzucać ani zgniatać gołymi rękami. Najlepiej włożyć go do szczelnego pojemnika lub woreczka i umieścić w zamrażarce. Następnie warto zrobić zdjęcie i przesłać je badaczom.

Rozmawiała: Mira Suchodolska/PAP

Internet zwierząt. Odkrywanie zbiorowej inteligencji życia

.W erze cyfrowej, kiedy internet rzeczy (Internet of Things, IoT) staje się coraz powszechniejszy, zmienia się nasze postrzeganie połączeń i interakcji między obiektami. To właśnie ta koncepcja zainspirowała badaczy do rozważenia, czy podobne technologie mogłyby zostać wykorzystane do śledzenia i badania zwierząt, co doprowadziło do powstania nowatorskiego pomysłu – internetu zwierząt – pisze prof. Piotr TRYJANOWSKI

Idea ta, rozwijana przez naukowców takich jak Martin Wikelski, opiera się na stworzeniu globalnej sieci danych, która umożliwiałaby monitorowanie i analizowanie zachowań zwierząt w czasie rzeczywistym. Dla jednych jest to nowy sposób badania świata, dla innych – rewolucja, która może zmienić nasze rozumienie ekosystemów i zachowań zwierząt. Zresztą na ten temat powstaje coraz więcej publikacji, a niewątpliwym liderem jest wspomniany prof. Martin Wikelski, dyrektor oddziału Instytutu Maxa Plancka w Radolfzell (Niemcy), badającego zachowania zwierząt. Właśnie ukazała się jego książka zatytułowana po prostu The Internet of animals, która jest pewnym intelektualnym pokłosiem, pisanym w stylu popularnonaukowym, a której podstawę stanowiła realizacja wspaniałego projektu ICARUS (International Cooperation for Animal Research Using Space). Zostajemy nie tylko wprowadzeni w świat technologii stosowanych do śledzenia zwierząt, ale także dowiadujemy się, jak trudna i pełna wyzwań może być droga do realizacji tak ambitnych celów.

Prof. Martin Wikelski, który od dzieciństwa fascynował się zwierzętami, zbudował zespół badawczy, który nieustannie dąży do przekształcenia wizji internetu zwierząt w rzeczywistość. Dzięki inicjatywie ICARUS badacze mogą śledzić migracje tysięcy zwierząt na całym świecie za pomocą małych, zasilanych energią słoneczną nadajników. Droga do tych sukcesów poprzedzona jest jednak licznymi trudnościami i niepowodzeniami, co pokazuje, jak istotne są wytrwałość i współpraca w nauce.

Dla każdego, kto kiedykolwiek realizował własne, niekoniecznie przyrodnicze projekty badawcze, książka Wikelskiego może być inspirującą lekturą. Opisując doświadczenia z oznakowaniem ptaków, autor mimowolnie przypominał mi moje własne przygody z sikorami, kaniami i bocianami, które podobnie jak w jego badaniach, stały się nosicielami maleńkich nadajników. To wszystko pozwala zrozumieć, w jaki sposób badacze łączą nowoczesne technologie z klasycznymi pytaniami dotyczącymi zachowań zwierząt. Ptaki i inne zwierzęta mogą komunikować się i ta komunikacja wpływa na ich migracje i inne zachowania. Przy odpowiednim podejściu możemy przewidzieć, jak będą poruszały się całe stada na podstawie ruchów jednego lidera. Jest to fascynujący przykład tego, jak technologia może wspierać rozwój ekologii i nauk o zachowaniu zwierząt. W ostatnich latach jesteśmy świadkami rewolucyjnego podejścia do badania zachowań zwierząt, podkreślając niewykorzystany dotąd potencjał nowoczesnej technologii w rozumieniu świata przyrody. Dzięki wysiłkom zespołu ICARUS możemy wyobrazić sobie świat, w którym zwierzęta są wyposażone w urządzenia GPS, przesyłające dane w czasie rzeczywistym na temat ich ruchów i interakcji. Ten internet zwierząt może zasadniczo zmienić nasze rozumienie globalnej ekologii, podobnie jak projekt poznania ludzkiego genomu zrewolucjonizował naszą wiedzę o ludzkiej genetyce.

Jednym z kluczowych wniosków wynikających z badań Wikelskiego i jego zespołu jest koncepcja, że zwierzęta posiadają „szósty zmysł”, czyli zdolność do wykrywania zmian w środowisku, które często pozostają niezauważone przez ludzi. Na przykład słonie i ptaki były obserwowane, jak przenoszą się w bezpieczniejsze rejony przed nadchodzącymi katastrofami naturalnymi, takimi jak trzęsienia ziemi czy huragany. Zdolność ta, pozwalająca przewidywać zmiany środowiskowe, może stać się nowym narzędziem dla ludzkości w przygotowywaniu się na klęski żywiołowe. Zatem bliższe przyjrzenie się tym zachowaniom zwierząt może pozwolić na opracowanie bardziej niezawodnych systemów wczesnego ostrzegania niż te, którymi dysponujemy obecnie. Projekt ICARUS, ale i inne wspominane w książce nie ograniczają się tylko do śledzenia ruchów zwierząt; chodzi tu również o zrozumienie głębszych implikacji biologicznych i środowiskowych tych ruchów. Zebrane dane mogą ujawnić, jak zwierzęta adaptują się do zmieniającego się klimatu, jak choroby rozprzestrzeniają się wśród populacji oraz jak działalność człowieka wpływa na dziką przyrodę. Poprzez upublicznienie tych danych zasiano nadzieję na zbudowanie globalnej społeczności obywatelskich naukowców, którzy mogą przyczynić się do ochrony zagrożonych gatunków.

.Pomimo ekscytujących perspektyw droga, którą przeszedł Wikelski, nie była pozbawiona progów zwalniających. Trudności techniczne związane z miniaturyzacją nadajników, zapewnieniem, że nie wpłyną one negatywnie na zwierzęta, oraz radzeniem sobie ze skomplikowaną współpracą międzynarodową stanowią istotne przeszkody. Na przykład wojna na Ukrainie i pandemia COVID-19 zakłóciły realizację projektu ICARUS, co pokazuje, jak globalne inicjatywy badawcze mogą być wrażliwe na czynniki geopolityczne i ekonomiczne. Jednak te wyzwania jednocześnie podkreślają odporność i kreatywność, cechy niezbędne w badaniach naukowych. Warto także wskazać kwestie etyczne związane ze śledzeniem zwierząt. Choć technologia umożliwia uzyskanie bezprecedensowych wglądów w zachowania zwierząt, rodzi również pytania o wpływ tych urządzeń na same zwierzęta. Na przykład umieszczanie nadajników na ptakach może wpływać na ich loty i trasy migracyjne, co może zniekształcać zbierane dane. Takie obawy istnieją, co tylko podkreśla znaczenie udoskonalania tych technologii w celu minimalizowania ich wpływu na dziką przyrodę.

PAP/Mira Suchodolska/MJ

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 12 kwietnia 2026