Jan ŚLIWA: Nowe spojrzenia na teorię ewolucji

Nowe spojrzenia na teorię ewolucji

Photo of Jan ŚLIWA

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Życie jest potężne. Sąsiad z góry jest palący, gorący popiół spadł mu na leżankę, którą mam na balkonie, wypalił w plastyku dziurkę. Dzisiaj zobaczyłem, że w dziurce tej wyrasta roślinka. Organizuje materię, walczy z rosnącą wokół nas entropią. Co ją do tego napędza? – pisze Jan ŚLIWA

Darwin, ale jaki?

Dyskusja o ewolucji jest mocno zabarwiona ideologicznie, jako że dyskusje na temat funkcjonowania, rozwoju, a zwłaszcza powstania życia, ocierają się o sprawy ostateczne, czyli istnienie Boga. Podobnie jest z dyskusją na temat ewentualnego powstania wszechświata. Darwin opublikował swoje dzieło o pochodzeniu gatunków w roku 1859, nie znał nawet prac Mendla o dziedziczeniu, nie mówiąc o współczesnej mikrobiologii i DNA. Nikt nie traktuje dosłownie prac naukowych sprzed 150 lat, co nie przekreśla ich znaczenia. Równania Maxwella z roku 1860 dotyczące pola elektromagnetycznego są (w nowszym formalizmie matematycznym) ważne do dziś. Teoria względności (1905) i równanie Schrödingera (1926 – w tym roku 100 lat!) są ważne do dziś. Problem w tym, że darwinizm ma więcej wyznawców niż znawców. Stąd słychać pytania w rodzaju „Czy jesteś darwinistą, czy kreacjonistą?” lub mocniej „Wierzysz w Boga czy Darwina?”

Po odkryciu kodu genetycznego dyskusja stała się o wiele bardziej konkretna. Darwinizm jest materialistyczny i odrzuca oczywiście wszelkie interwencje nadprzyrodzone. Podstawą jest „centralny dogmat biologii molekularnej” sformułowany przez odkrywcę DNA Francisa Cricka (1957), który powiada, że transmisja informacji jest jednokierunkowa, od DNA poprzez RNA do białka. Jedynym nośnikiem dziedzicznej informacji są geny, zawarte w DNA. Przypomina to ideę bariery Weismanna (1892), która dzieli komórki na zarodkowe (nieśmiertelne) i somatyczne (przemijające). Inną ideą Darwina było „drzewo życia”, od korzenia do liści, które się rozgałęzia, ale nigdy nie zapętla.

Motorem zmian są spontaniczne mutacje (zmiany) DNA (genotypu), które powodują zmianę budowy i funkcji organizmu (fenotypu). Zmiany te są filtrowane przez otoczenie – organizmy sprawniejsze będą miały większe szanse przeżycia. W ten też sposób organizmy dostosowują się do zmian otoczenia. Łatwo to powiedzieć, ale mutacje następują w indywidualnych organizmach, a zauważalną przewagę dają dopiero grupie, po dłuższym czasie. Jeżeli więc szczęśliwy osobnik ulegnie wypadkowi w młodości lub mimo ulepszonego metabolizmu nie będzie dość piękny dla samiczek, to jego mutacja przepadnie bez śladu.

Oczywiście stary dogmat z uwagi na nowe fakty sam podlega modyfikacjom. Jasne więc, że gdy mówimy o „poglądach darwinowskich”, wymaga to uściślenia. Tym niemniej podstawowe jest założenie, że przypadkowe zmiany są jedynym źródłem rozwoju. No i to właśnie założenie po bliższym zbadaniu wydaje się dość wątpliwe. Zostawmy sobie ten problem na koniec, na razie przyjrzyjmy się faktom.

Im niższy poziom, tym większa złożoność

W fizyce, gdy rozkładamy zjawisko na czynniki pierwsze, widzimy prostsze składniki oddziałujące według prostszych praw. W biologii w zbliżeniu obraz się nie upraszcza, ale komplikuje.  W czasach Darwina biologia niewiele odbiegała od poziomu „koń, jaki jest, każdy widzi”. Rozumowano: jeżeli antylopa potrzebuje sięgać do wyższych gałązek, to wydłuża się jej szyja. Według jednej wersji sobie tę szyję naciąga, co jest dziedziczone, według drugiej niektóre przypadkiem mają dłuższą szyję i te lepiej przeżywają. Obserwowano cechy zewnętrze i organy wewnętrzne, ale nikt nie miał pojęcia, jakie są tego mechanizmy. Jeszcze w 1861 Max Schultze zdefiniował komórkę jako „grudkę protoplazmy z jądrem”. Teraz wiemy, że ta grudka, to cały świat.

Wszyscy uczyliśmy się w szkole o podziale komórek – cóż może być prostszego? Codziennie w ludzkim ciele umiera 50-70 miliardów komórek i podobna liczba powstaje przez podział. Jest to więc zjawisko masowe, ale bynajmniej nie proste. Genom człowieka występuje w postaci 23 par chromosomów. Są one ciasno zwinięte w jądrze. Dla podziału muszą zostać rozprostowane, sławna podwójna helisa musi zostać rozwinięta i rozdzielona na dwa łańcuchy nukleotydów. Każdy łańcuch musi być uzupełniony przez komplementarne nukleotydy: A-T, C-G. Czyli do GATTACA musimy dołożyć CTAATGT. Elementów nie może zabraknąć, muszą też dopłynąć na docelową pozycję. Wyobraźmy sobie drukarza, któremu w kasecie zabraknie liter E i R – ze słowa PREMIER zostanie mu PMI. A liter w DNA są miliardy, pomyłka może być śmiertelna. Powielone łańcuchy muszą się z powrotem zwinąć, a potem rozdzielić na dwie komórki – jeden komplet na lewo, drugi na prawo, bez pomyłek. W procesie kopiowania działają maszyny molekularne, które spacerują wzdłuż łańcucha DNA: helikaza, histony, nukleosomy i inne, napędzane energią z cząsteczek ATP. Sygnalizacja zapewnia, że podział nastąpi dopiero, gdy skopiowane chromosomy są kompletne. 

Ludzki genom ma 3.2 miliardów par nukleotydów, kopiowanie trwa godzinę, wykonywane jest w tysiącach miejsc równocześnie. Kolejnym etapem jest wykrywanie i korygowanie błędów. Wykonują to oczywiście wyspecjalizowane białka: DNA polimeraza, ligaza, MSH2, MSH6, MLH1, PMS2, EXO1… i inne. Każde z tych białek musi być zsyntetyzowane i doprowadzone na miejsce akcji. Uzyskujemy w ten sposób dwie kopie łańcucha DNA, na tyle identyczne, że nie spowodują chorób, ale w drobnym stopniu nieprecyzyjne, by możliwy był rozwój.

A, żebym nie zapomniał: to dopiero jądro komórkowe i DNA, ale są jeszcze organella komórkowe: mitochondria, rybosomy, lizosomy… Po skopiowaniu wszystko musi być rozdzielone 50:50 („coś” je musi pociągnąć na dwie strony), a każda połówka musi zostać otoczona błoną komórkową. Próbowałem opisać to zwięźle. Jeżeli ktoś mi powie, że to proste, to się poddaję.

Gdzie są rysunki techniczne?

Złożoność tę mógłbym opisywać długo. Oprócz procesu DNA->RNA->białka trzeba jeszcze skonstruować mechanikę organizmu, żeby na górze była głowa, a na dole nogi. Jako inżynier pytam, gdzie i jak zakodowany jest kształt kości, gdzie są rysunki części, rysunek złożeniowy i opis montażu? To piękne, że w zupie tworzą się białka. Ale dlaczego od miednicy do stopy prowadzi nerw kulszowy, dokładnie jeden i trafia do celu slalomując między kośćmi i mięśniami? Rozumiem proste tropizmy, że drzewo rośnie bardziej od strony słońca, to prosty mechanizm. Ale konstrukcja stawu skokowego to inna historia.

Ale co ze złożonym mechanizmami, takimi jak ucho? Nie pytam, jak powstało, ale jak jego schemat jest w ogóle zakodowany? I dlaczego nadajnik (usta) pracuje na podobnej częstotliwości jak odbiornik (ucho)? Owszem, mieszczą się w tej samej głowie, mają podobne rozmiary, no i inaczej nie miałoby to sensu. Ale co to obchodzi przypadkową ewolucję?

Geny to nie wszystko

Każda komórka zawiera kompletny i identyczny kod DNA. Jedna jednak staje się włosem, inna mięśniem, a inna neuronem. Dlaczego? Dlaczego metabolizm niedźwiedzia się spowalnia w zimie, dlaczego drzewo wypuszcza pędy na wiosnę, dlaczego mięśnie uciekającego zwierzęcia dostają maksymalną porcję tlenu i energii? Działają tu sieci regulacji genów (Gene regulatory networks), które sterują ekspresją genów, czyli tym, kiedy śpiące w jądrze geny się faktycznie aktywizują. Gen jest tylko zapisem informacji, sam niczego nie robi. Dlatego też samo posiadanie jakiegoś szkodliwego genu nie prowadzi do choroby. Dlatego też identyczne bliźniaki żyjące w różnych warunkach nir rozwijają się tak samo.

Można by to wspomnieć o wielu mechanizmach wykraczających poza prostą genetykę. Jednym z nich jest epigenetyka, czyli przenoszenie cech nabytych. Na przykład głód, jaki panował w Holandii w ostatniej zimie wojny (1944-45, Hongerwinter), miał długotrwałe konsekwencje. Nawet po 60 latach obserwowano zaburzenia metabolizmu, wywołane stresem płodu w łonie matki 2-3 generacje wcześniej.

Innym zjawiskiem jest transfer genów między gatunkami za pomocą wirusów (bakteriofagów). Możliwa jest też odwrotna transkrypcja kodu genetycznego: z RNA do DNA, a nie z DNA do RNA, jak to zachodzi normalnie. Mamy więc do czynienia nie z prostą matrycą, ale ze skomplikowaną siecią połączeń, ze sprzężeniami zwrotnymi, zależną od pobudzeni z otoczenia. Wpływa na nią również zachowanie osobnika noszącego te geny, a może i jego wola, co by miało związek z efektem placebo. Również darwinowskie drzewo życia to nie prosta roślinka, która się tylko rozgałęzia, ale splątane dzikie pnącze.

Mieszkańcy mojego ciała

Człowiek to pojedyncza jednostka, osobny osobnik, in-dywiduum, po grecku άτομο (atomo), niepodzielny jak atom. Wydaje się, że moja skóra jednoznacznie oddziela mnie od reszty świata. To jednak nie takie proste. Do mojego funkcjonowania potrzebuję flory bakteryjnej, milionów miliardów mikroorganizmów, liczniejszych niż komórki mojego ciała. Dziedziczona jest ona całkowicie pozagenetycznie, podczas porodu, karmienia piersią oraz kontaktu skóry do skóry. Przytulanie (do dobrych ludzi) jest więc korzystne dla zdrowia. Źródłem bakterii jest też otoczenie, powinno ono być kompatybilne z własnym. Podczas podróży do Egiptu zjadłem owoc na targu, miałem potem problemy żołądkowe. Przewodnik pocieszył mnie, że on ma takie problemy po przyjeździe do Europy. Nie chodzi o to, że pewne bakterie są gorsze, ale o to, że są różne.

Nowiki (woodrats), chomikowate ssaki żyjące na pustyni Mojave w Kalifornii, odżywiają się toksycznymi krzewami (creosote bush). Dla odstraszenia roślinożerców krzewy te wytwarzają śmierdzącą smolistą substancję, podobną jak ta wykorzystywana do wędzenia mięsa oraz konserwacji podkładów kolejowych. Nowiki posiadają mikrobiom (bakterie, grzyby, wirusy itp.), który umożliwia im unieszkodliwienie trujących substancji. Jest on istotny dla przeżycia na pustyni, gdzie nie ma wielkiego wyboru pożywienia. A jak jest przekazywany? Mało estetycznie, ale skutecznie, mianowicie poprzez konsumpcję odchodów. Gdy gryzonie te zostaną „odkażone”, czyli potraktowane antybiotykami, chudną i marnieją.

Podobnie wewnątrz mojej powłoki żyją wspomniane biliony organizmów. Są w przewodzie pokarmowym, jamie ustnej, na skórze, wszędzie. Nie kocham ich, ale nie mógłbym bez nich żyć. A one same żyją własnym życiem, współdziałają i konkurują ze sobą. Jestem im raczej obojętny. Mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby im nadać osobowość prawną. W takiej demokracji nie miałbym szans.

Kolektywna inteligencja

Innym tematem jest relacja kolektywu i jednostki. Jak mówili marksiści: jednostka niczym, jednostka zerem.

Już w przyrodzie nieożywionej zgromadzona materia tworzy byty wyższego poziomu. Dlatego mówimy o gwiazdach, planetach, systemach słonecznych i galaktykach. Wśród zwierząt występują mniejsze i większe formacje, zaczynając od watahy wilków. Większe zgrupowania, takie jak stado ptaków czy ławica ryb wykazują cechy makroorganizmu. Tym bardziej dotyczy to termitiery, pszczelego ula i mrowiska. Królowa mrówek, posiadająca takie same geny jak robotnice, inaczej się rozwija i zachowuje. Powodem jest inne traktowanie i pożywienie, co pokazuje, jak ważne jest środowisko dla aktywizacji genów.

Również ludzie potrzebują społeczeństwa. Nie jest możliwy rozwój w izolacji. Zwłaszcza dzieci potrzebują kontaktu, widać to na przykładzie domów dziecka. Ale również dla dorosłych izolacja jest szkodliwa fizycznie i psychicznie. Ludzie tworzą też swoje „mrowiska”. Miasto to nie tylko zbiór domów, naród to nie tylko duża grupa ludzi. To ciekawe, że są tacy (i takie), którzy chcą przyznać rzekom osobowość prawną. Często ci sami ludzie negują istnienie narodów. Różnicą między materią nieożywioną, zwierzętami i ludźmi jest poziom świadomości. Galaktyka (lub wspomniana rzeka) realizuje jedynie prawa fizyczne. Mrówki posiadają mózg (ok. ćwierć miliona neuronów), który zapewnia im sterowanie. Chyba żadna z nich nie ma w „głowie” planu całego mrowiska. Na pewno nie jest to królowa, która siedzi w bezpiecznej komorze w centrum. Uwaga: król/prezydent/premier ludzi też często siedzi w swojej rezydencji i nie ma pojęcia, co się dzieje w jego królestwie. Mrówki wykazują się kolektywną inteligencją, która pozwala im realizować wielkie projekty, mimo że każda z nich ma bardzo ograniczony horyzont. Ludzie, przynajmniej w teorii, mają obraz całości, są zdolni do planowania. Czy to im pomaga? Czasem teorie społeczeństwa są rozsądne, czasem szalone i prowadzą do samozagłady. A zwykli ludzie robią swoje, optymalizują w dającym się ogarnąć zakresie. Przyznaję, że mój sceptycyzm co do ludzkiego rozumu wynika z aktualnej obserwacji świata, dryfującego w stronę totalnego chaosu.

Wychowałem się w socjalistycznej gospodarce planowej, gdzie komisja planowania określała, ile się za kilka lat wyprodukuje butów numeru 42 i ile na to będzie potrzeba skóry. Dziwiło mnie, że we Włoszech rząd się zmienia co chwilę, a pizza w pizzerii zawsze jest. Potem zrozumiałem, że choć wskaźniki makro są istotne, to mrówcza praca zwykłych ludzi potrafi ominąć wszelkie przeszkody zastawiane przez wszechwiedzących i wszechpotężnych urzędników w garniturach i limuzynach. Uczmy się od mrówek.

Życie stadne naukowców – konsens jako „krowi nawóz”

By nie trzymać czytelników w napięciu, wyjaśnię od razu: krowi nawóz, czyli Cowdung, to skrót od „conventional wisdom of the dominant group” (konwencjonalna mądrość grupy dominującej). Pojęcie to wprowadził w 1977 brytyjski biolog Conrad Waddington, twórca epigenetyki.

Często słyszymy powoływanie się na konsens naukowców. Czy to istotny argument? I tak i nie. Z jednej strony pozwala na eliminowanie wariatów, z drugiej strony to wariat może mieć rację. Ale przebić się z wariackimi teoriami nie jest łatwo. Zwłaszcza młody pracownik nauki dostaje zadane problemy do rozpracowania, no i faktycznie, powinien się najpierw zapoznać ze stanem wiedzy i jej metodologią. Z drugiej strony w pewnych środowiskach akademickich profesor jest samcem alfa i może młodemu zablokować karierę. Również w publikacjach pewne tematy są modne, a inne tępione. Bywa, że czasopisma szukają artykułów o superstrunach, czarnych dziurach albo o rozkładzie demokracji za populistycznych rządów. Artykuły takie łatwo jest opublikować. Przeciwne tezy trzeba o wiele lepiej udokumentować, a może nikt ich nawet uważnie nie przeczyta. Gdy temat jest ważny społecznie, jak w przypadku pandemii, pojawia się tłum komentatorów, używających argumentu „Wierz nauce!” Podkreślam: WIERZ. Słowo „sceptyk” jest tu stygmatyzujące, chociaż sceptycyzm jest warunkiem koniecznym nauki.

Ponieważ kariera wymaga żeglowania w głównym nurcie, często dopiero profesorowie-emeryci mogą swobodnie eksplorować prawdziwie nowatorskie idee. Ze względu na swoje doświadczenie widzą problematykę szerzej, w wielu aspektach. Z drugiej strony nie śledzą najnowszych prac, mogą być zasklepieni w swoich pojęciach albo być już na etapie demencji.

Przykładem starego profesora jest Denis Noble, rocznik 1936 (obecnie 89 lat), promotor idei Trzeciej Drogi Ewolucji czy też biologii systemowej. Jest autorem (wraz z bratem) książki „Understanding Living Systems”, wydanej w 2023 przez Cambridge University Press, a więc niedawno przez poważne wydawnictwo. Według niektórych jest kreatywna i inspirująca, według innych to pseudonaukowy śmieć.

Denis Noble dyskutował z Richardem Dawkinsem, wiodącym propagatorem darwinizmu. Polemika ta odbiła się szerokim echem. Znalazłem ostatnio video osobnika identyfikującego się jako „Professor Dave” zatytułowane „Denis Noble to klaun”. Sam film jest bardzo agresywny, wręcz wulgarny – autor uważa, że obalanie pseudonauki daje mu do tego prawo. W komentarzach zgromadzili się kibice operujący krótkimi wyzwiskami jak na polskich forach politycznych. Gdy skomentowałem, że młodzi ludzie często są dogmatyczni z powodu braku doświadczenia, autor nazwał mnie starym prykiem (old fart), co mnie raczej rozbawiło. Tak się jednak składa, że Denis Noble był recenzentem pracy Dawkinsa w Oxfordzie, a panowie mimo radykalnych różnic potrafią ze sobą przyjacielsko rozmawiać. Może Professor Dave też za 30-40 lat trochę straci na pewności siebie.

Strzeżcie się matematyków

Dla teorii ewolucji niebezpieczni są matematycy, zwłaszcza specjaliści od rachunku prawdopodobieństwa. Wersja, że zmiany są generowane przez przypadkowe mutacje, a potem filtrowane przez środowisko, nie wytrzymuje krytyki. Matematycy mają taką nieprzyjemną cechę, że nie lubią rozumowania na skróty. Jeżeli w dowodzie twierdzenia są luki, milczące założenia „bo przecież widać”, to dowód nie jest kompletny. 

Przekonanie, że to wszystko powstało „samo”, to wiara w cuda. Mieliśmy tylko 4 miliardy lat, a w tym czasie 5 wielkich przypadków masowego wymierania i wiele mniejszych. Należy do nich katastrofa tlenowa 2.4 mld lat temu, gdy tak nam miły tlen wytruł organizmy beztlenowe, jak również asteroida, która wybiła dinozaury. Owszem, zwolniły się nisze ekologiczne – dinozaury ustąpiły ssakom, ale te nowe organizmy musiały się jeszcze stworzyć lub przekonstruować, a to trwa.

Ale oprócz katastrof mamy jeszcze niespodziewane fazy powstawania gatunków, jeszcze trudniejsze do wytłumaczenia. Najbardziej znana jest „eksplozja kambryjska”, gdy 540 milionów lat temu nagle powstało wiele organizmów o nowatorskiej budowie ciała. Podkreślam, że łatwiej jest coś szybko zniszczyć niż stworzyć. 

Zegarmistrz, ślepy zegarmistrz czy zegar bez zegarmistrza?

Tak więc stoimy przed problemem, czy sensowna informacja może być stworzona z chaosu i czy wystarczą na to 4 miliardy lat. Problemem jest niskie prawdopodobieństwo korzystnych zmian, tym bardziej skoordynowanych wielu mutacji, a zwłaszcza konstrukcji złożonych urządzeń, które w kawałkach nie dają żadnej przewagi ewolucyjnej, a są raczej obciążeniem. Ponieważ czekanie na przypadek wymagałoby wielokrotnego wieku Wszechświata, to albo istnieją mechanizmy wspierające rozwój w sensownym kierunku, albo „ktoś lub coś to podpycha”. Tu dochodzimy do tematu inteligentnego projektu (Intelligent Design, ID). Ponieważ wchodzimy na styk nauki z religią, dyskusja staje się emocjonalna. 

Weźmy konkretny przykład. Powyżej mówiliśmy o złożoności na poziomie komórkowym i molekularnym. Idźmy dalej tym tropem. Kształt komórce zapewnia szkielet zbudowany z włókienek i rurek (mikrobubuli) które pozycjonują wewnątrz komórki organella takie jak mitochondria czy lizosomy. Mikrotubule te służą jako komórkowa sieć dróg, po których się poruszają białka motoryczne (kroczące), takie jak dyneiny, kinezyny i miozyny. Przenoszą one ładunki między częściami komórki i muszą do tego wiedzieć (?), co niosą, pobrać towar z A i trafić z nim do B, a tam go oddać. Na animacjach wyglądają jak dwunożni tragarze z ładunkiem na plecach. Robi to porażające wrażenie. Gdyby ktoś to widział na innej planecie, uznałby to za dowód istnienia wyższej cywilizacji o rozwiniętej technice. I teraz jedni komentujący zarzucają drugim, że wszędzie widzą wyższą inteligencję, bo szukają Stwórcy, a drudzy pierwszym, że są ślepi i nie dostrzegają elementarnych powiązań. Nic im się z niczym nie kojarzy, największe cuda komentują „No i co z tego?” Wystarczy poczekać 4 miliardy lat, samo się zrobi.

Niektórzy otwarcie mówią o powrocie „hipotezy Boga”. Podstawowe pytanie brzmi: „Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?” Boskie stworzenie jest cudem. Ale cudem jest też wszechświat, który sam powstał z niczego (teoria prawybuchu), jak również wszechświat, który istniał zawsze, od minus do plus nieskończoności (teoria stanu stałego). Teoria stanu stałego mówi, że wszechświat się co prawda rozszerza, ale lokalna gęstość materii jest taka sama, bo ciągle powstaje nowa materia. Czy to nie cud? Powodem było to, że prawybuch za bardzo przypomina opis z Genesis: „Wtedy Bóg rzekł: «Niechaj się stanie światłość!» I stała się światłość”. Poza tym zaproponował ją Georges Lemaître, nie dość, że ksiądz, to jeszcze katolicki. Podobnie nauka sowiecka odrzucała genetykę, jako że badał ją klecha Gregor Mendel, opat zakonu augustianów (!)

Jak już świat istnieje, trudno pominąć pytanie, dlaczego jego parametry są tak dobrane, żeby z obłoku pyłu mogły powstać galaktyki, gwiazdy i planety, a na tych planetach rozumne życie. Przynajmniej na jednej. To pytanie o „zasadę antropiczną”. Dziś wiemy, że nawet lekkie odstępstwo od faktycznych warunków początkowych uniemożliwiłoby nasze powstanie. Jednak ateiści pytają: A kto stworzył Stwórcę, kto zaprojektował Projektanta? I tu można by odpowiedzieć: A dlaczego niby naszym móżdżkiem mielibyśmy to rozumieć? Może to nas przekracza. To samo dotyczy wyjaśnień materialistycznych. Nawet fizyki kwantowej nie bardzo rozumiemy, a może za nią jest sto dalszych poziomów. Już wielki Lenin w dziele „Materializm a empiriokrytycyzm” (1908) oznajmił, że „Elektron jest równie niewyczerpywalny jak atom”. Choć raz coś mądrego. Nie możemy się obrażać na wszechświat, że jest taki, jaki jest.

Jan Śliwa

LITERATURA:
Charles Darwin „On the Origin of Species by Means of Natural Selection, or the Preservation of Favoured Races in the Struggle for Life”, 1859
Kevin N. Lala (et al.) „Evolution Evolving”, 2023
Raymond Noble i Denis Noble „Understanding Living Systems”, 2023
Erik L. Peterson „ The Life Organic”, 2016
James A. Shapiro „Evolution”, 2022
Tom Ireland „The Good Virus”, 2023
Telmo Pieviani „Imperfection”, 2022
Telmo Pieviani „La natura è più grande do noi”, 2022
Didier Raoult „Homo Chaoticus”, 2024
David Quammen „The Tangled Tree”, 2018
David Berlinski „Science After Babel”, 2023
Stephen C. Meyer „Return of the God Hypothesis”, 2021
Peter S. Williams „An Informed Cosmos: Essays on Intelligent Design Theory”, 2023

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 2 kwietnia 2026