Maciej ŚWIRSKI: Polska i Wielka Brytania. Czy naprawdę jesteśmy równorzędnymi partnerami?

Polska i Wielka Brytania. Czy naprawdę jesteśmy równorzędnymi partnerami?

Photo of Maciej ŚWIRSKI

Maciej ŚWIRSKI

Założyciel Reduty Dobrego Imienia. B. członek zarządu PAP (2006-2009) i przewodniczący rady nadzorczej PAP (2017-2022). W latach 2022-2025 przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Oprawa traktatu brytyjsko-polskiego była doborem zbyt doskonałym, by mógł być przypadkowy. Baza, z której wzbijał się do boju Dywizjon 303, bunkier dowodzenia Bitwy o Anglię, wieniec, przypomnienie przelanej wspólnie krwi, wzruszenie nad wspólną historią. Wszystko to trafiało w jedno jedyne miejsce, w polską potrzebę bycia docenionym, w pamięć o własnym bohaterstwie, w głód uznania ze strony świata – pisze Maciej ŚWIRSKI

Tonąca łódka. Polska w brytyjskiej soczewce

W lipcu 1939 roku Alfred Dillwyn Knox, jeden z najtęższych umysłów brytyjskiej kryptologii, zobaczył w podwarszawskich Pyrach, czego dokonali polscy matematycy z niemieckim szyfrem Enigmy. Zareagował wściekłością. Wedle zachowanych relacji wpadł w furię, kiedy zrozumiał, że Polacy złamali Enigmę metodą, którą on sam wcześniej rozważał i porzucił, podczas gdy Bletchley utknęło w martwym punkcie. Furia ta nie miała w sobie nic z respektu, jaki fachowiec żywi wobec sprawniejszego fachowca. Był to gniew człowieka, któremu naruszono porządek świata, ponieważ w tym porządku kraj widziany jak każda inna egzotyczna kraina na wschód od Łaby nie miał prawa  wyprzedzić imperium.

Osiemdziesiąt siedem lat później, dwudziestego siódmego maja, w bazie Northolt rozegrała się scena z pozoru przeciwna, a w rzeczywistości bliźniacza. Brytyjski premier witał polskiego, obaj złożyli wieniec przy bunkrze dowodzenia Bitwy o Anglię, padały słowa o wspólnej krwi i długiej wspólnej historii, a polski premier obwieszczał światu po angielsku, że niech żyje sojusz polsko-brytyjski. Tym razem zamiast zdumienia i wściekłości przyszła serdeczność, wzruszenie, celebracja. Pod tą serdecznością pracował wszelako ten sam mechanizm, który kierował kiedyś reakcją Knoxa, obrócony tylko na drugą stronę. W obu wypadkach Polska nie stawała się podmiotem, z którym rozmawia się jak równy z równym, lecz pozostawała przedmiotem, który brytyjskie oko ogląda przez własną soczewkę i któremu samo wyznacza miejsce.

Owa soczewka istnieje, ma swoją historię i swoją nazwę. Przetrwała przewrót, który ją pozornie obalił, a dziś działa skuteczniej niż kiedykolwiek, bo nauczyła się nas głaskać tam, gdzie dawniej lekceważyła.

Co historia Enigmy mówi o relacjach polsko-brytyjskich

Najwygodniej nadać jej imię człowieka, który wyszlifował ją do postaci doskonałej, Jamesa George’a Frazera, autora Złotej gałęzi. Dzieło to, ogłoszone po raz pierwszy w 1890 roku i rozrastające się przez ćwierć wieku do dwunastu tomów, ukształtowało wyobraźnię wykształconej Brytanii przełomu wieków jak mało która książka. Frazer wziął od Tylora i Robertsona Smitha schemat rozwojowy, w którym ludzkość wspina się od dzikości przez barbarzyństwo ku cywilizacji, a społeczeństwa pierwotne reprezentują wcześniejsze stadia, przez które ludy cywilizowane już przeszły. Na tym schemacie zbudował obraz dziejów ducha jako wstępowania od magii przez religię do nauki, sam zaś, jak trafnie ujął jeden z komentatorów, stanął na szczycie owej ewolucyjnej piramidy, spoglądając w dół na całą resztę ludzkości rozłożoną na jej niższych piętrach.

Rzetelność każe zachować uczciwość, której polemiczna wygoda chętnie by się wyrzekła. Frazera jako antropologa akademickiego odrzucono dość szybko, a jego schemat rozwojowy nie przetrwał próby nauki. Trwały wpływ wywarł poza seminariami antropologów, w wyobraźni, w literaturze, w sposobie, w jaki wykształcony Anglik patrzył na świat za własnym progiem. Dlatego Złota gałąź przywołana jest tu z całą ostrożnością. Twierdzenie, że brytyjscy dyplomaci czytali Frazera i z niego wyprowadzali politykę wobec Polski, byłoby naiwnością. Frazer jest tu nazwą pewnego klimatu, najczystszym wyrazem przeświadczenia, które przenikało imperialną elitę głębiej niż jakakolwiek lektura, ponieważ funkcjonowało nie na prawach poglądu, który można przyjąć albo odrzucić, lecz na prawach powietrza, którym ta elita oddychała bezwiednie. Owym przeświadczeniem było, że cywilizacja ma jeden szczyt, że szczyt ten jest brytyjski i że wszystko, co leży poza nim, układa się na zboczu wedle odległości od tegoż szczytu.

W tej geografii ducha Polsce nie przydzielono miejsca partnera. Leżała gdzieś na wschodnim zboczu, w strefie krajów, o których, by przywołać słynne słowa Chamberlaina o Czechosłowacji, niewiele się wie i których ludzi się nie zna. Nikt jej czynnie nie nienawidził ani nie pogardzał nią z osobna. Była po prostu peryferyjna, niewidoczna, zaliczona z góry do tła, na którym rozgrywa się polityka mocarstw rzeczywistych. Tu właśnie leży klucz do reakcji Knoxa. Jego wściekłość była wściekłością człowieka, któremu mapa nagle skłamała, gdy punkt oznaczony jako peryferia okazał się zdolny do czegoś, co mapa rezerwowała dla centrum. Knox przez chwilę musiał znieść myśl, że egzotyczny lud ze wschodu dorównał Imperium tam, gdzie Imperium poległo, a myśl ta była w jego porządku poznawczym czymś gorszym od klęski, bo była anomalią. Przełknął ją, napisał uprzejmy list z podziękowaniem, pokwitował otrzymanie Enigmy od Polaków i wrócił do świata, w którym Polska dalej zostawała tłem.

Dlaczego Enigmy nie dało się sprzedać

Z tej obserwacji wynika coś, co rzuca nowe światło na całą sprawę Enigmy. Polską niezdolność do wystawienia rachunku, oddanie bezcennego aktywu za list z podziękowaniem, łatwo przypisać romantycznemu odruchowi dawania bez ceny. Jest to wszakże prawda połowiczna. Druga jej połowa leży po stronie brytyjskiej i jest subtelniejsza, ponieważ dotyczy brytyjskiej niezdolności do potraktowania polskiego daru jako transakcji.

Żeby coś komuś sprzedać, trzeba być w jego oczach stroną, podmiotem mogącym mieć interesy i stawiać warunki. Knox nie przyjechał do Pyr negocjować z partnerem, który dysponuje cennym towarem. Przyjechał obejrzeć, co takiego wymyślił ów dziwny lud, który niespodziewanie okazał się zdolny. Wziął Enigmę nie tak, jak bierze kupiec wiedzący, że za cenny towar trzeba zapłacić, ale tak, jak cywilizowany odbiorca przyjmuje osobliwy dar od ludu z niższego piętra piramidy. W takiej ramie poznawczej żądanie ceny ze strony Polski okazałoby się czymś niezrozumiałym, niemal niestosownym, ponieważ dar wędrujący z dołu ku górze nie jest transakcją między równymi. Jest hołdem, a za hołd się dziękuje, nie płaci. Polska zatem nie zażądała ceny po części z własnej miękkości, lecz nadto i dlatego, że trudno było żądać, gdy po drugiej stronie stołu nie siedział nikt, kto traktowałby ją jako stronę zdolną do żądania.

Nie zwalnia to Polski z winy. Czyni ją cięższą i ciekawszą zarazem. Jedynym sposobem przełamania tej ramy byłoby właśnie postawienie żądania, które jest aktem podmiotowości zmuszającym drugą stronę do uznania, że ma przed sobą partnera, choćby wbrew własnej soczewce.

Gdyby Polska, pokazawszy Enigmę, zamknęła ją z powrotem do szafy i oświadczyła, że teraz dopiero porozmawiamy o cenie, o eskadrach myśliwskich, o kredycie na obronę przeciwlotniczą, o twardych zobowiązaniach, zmusiłaby Knoxa i stojącą za nim Admiralicję do przejścia z trybu przyjmowania hołdu w tryb negocjacji z partnerem. Tego nie uczyniła, ponieważ żeby zażądać, trzeba najpierw widzieć siebie jako kogoś, kto ma prawo żądać, a polska soczewka, będąca odbiciem brytyjskiej, również umieszczała Polskę poniżej, w roli tego, kto daje, by zasłużyć. Spotkały się więc dwie ślepoty. Brytyjska, która nie widziała w Polsce partnera, i polska, która sama siebie za partnera nie miała. Owocem tego spotkania był dar bez ceny oraz pamięć, z której Polskę wymazano, bo po wojnie złamanie Enigmy stało się triumfem cudzym, a polskich matematyków zepchnięto w cień, z którego dopiero dziś się ich wydobywa.

Jak zmieniło się postrzeganie Polski w Wielkiej Brytanii

Można by sądzić, że wszystko to należy do epoki zamkniętej, że Imperium upadło, ewolucjonistyczna piramida runęła, a dzisiejsza Brytania, przeorana przez dekolonizację i studia postkolonialne, patrzy na świat oczami wprost przeciwnymi Frazerowskim. Na pierwszy rzut oka soczewka istotnie się odwróciła. Tam, gdzie Frazer stawiał na szczycie cywilizację białego Zachodu, dzisiejsza opinia brytyjska spod znaku Oxbridge umieszcza na szczycie moralnym dawne ofiary tej cywilizacji, na dole zaś jej sprawców, białych Europejczyków obciążonych dziedzictwem imperium i niewolnictwa. Hierarchię obrócono podszewką na wierzch.

Rzecz w tym, że obrócona hierarchia pozostaje hierarchią, a soczewka pozostaje tą samą soczewką, tyle że odwróconą. Mechanizm porządkowania świata wedle jednej osi, na której jedni stoją wyżej, a drudzy niżej, przetrwał nienaruszony. Zmieniło się jedynie to, co wędruje na górę, a co na dół. Tu zaczyna się rzecz dla Polski najważniejsza, ponieważ w nowym porządku przesunięto ją, wbrew jej własnym dziejom, do kategorii winnych.

Logika studiów postkolonialnych operuje wszak nie rzeczywistą historią konkretnego narodu, ale kolorem skóry i przynależnością do geograficznego Zachodu. Polak jest biały i jest Europejczykiem, więc w tej rachubie ląduje wśród spadkobierców imperialnego grzechu, obok Anglika i Belga, choć własnych kolonii zamorskich nigdy nie posiadał, choć przez sto dwadzieścia trzy lata sam był przedmiotem rozbioru i kolonizacji, choć jego dwudziesty wiek to dwie okupacje i obóz komunistyczny zamiast posiadania i panowania. Tej historii postkolonialna soczewka nie widzi, gdyż nie jest przystosowana do narodu, który był ofiarą imperiów zamiast imperium, a którego skóra ma kolor sprawcy.

Mechanizm ten nazwać można Frazerem odwróconym. Stary Frazer mówił Polsce, że stoi niżej, bo jest peryferyjna i zapóźniona. Nowy Frazer mówi jej, że jest winna, bo jest biała i zachodnia. Za każdym razem Polska przestaje być sobą i staje się funkcją brytyjskiej autonarracji. Najpierw była potrzebna jako tło dla imperialnej dumy, teraz jest potrzebna jako współudziałowiec imperialnej pokuty, ponieważ pokuta rozłożona na wielu waży mniej niż pokuta samotna, a Brytania, dźwigająca ciężar własnego dziedzictwa, ma interes w tym, by wina okazała się wspólna, biała, zachodnia, europejska, a nie spadała na nią samą.

Wciągnięcie Polski do tej kategorii rozkłada ciężar i czyni z polskiej historii kolejny przypadek europejskiego sprawstwa, choć Polska jest w istocie jego kontrprzykładem, świadectwem, że można być białym, europejskim, a przy tym ofiarą zamiast katem. Stąd obraz tonącej łódki. Brytania, czując pod sobą wodę własnego rozliczenia, nie chce tonąć sama. Wyciąga rękę ku Polsce, żeby wciągnąć ją do tej samej łodzi i utopić razem, ponieważ wspólne tonięcie jest znośniejsze od samotnego, a ratunku w tym geście nie ma żadnego. Polska zaś, łaknąca uznania, podaje rękę z wdzięcznością, biorąc gest wciągnięcia za gest przyjaźni.

Sojusz polsko-brytyjski i pytanie o partnerstwo

Tu wraca Northolt, bo scena z dwudziestego siódmego maja 2026 roku jest współczesnym wcieleniem całego tego mechanizmu, rozegranym z mistrzostwem, którego stary Knox by się nie powstydził, a którego zarazem nie potrafiłby pojąć, gdyż działa chwytem przeciwnym do jego własnego. Knox lekceważył. Dzisiejsza Brytania głaszcze. Głaskanie służy jednak temu samemu, czemu kiedyś służyło lekceważenie, czyli utrzymaniu Polski w roli przedmiotu, którym brytyjskie oko porządkuje świat.

Oprawa traktatu obronnego była doborem zbyt doskonałym, by mógł być przypadkowy. Baza, z której wzbijał się do boju Dywizjon 303, bunkier dowodzenia Bitwy o Anglię, wieniec, przypomnienie przelanej wspólnie krwi, wzruszenie nad wspólną historią. Wszystko to trafiało w jedno jedyne miejsce, w polską potrzebę bycia docenionym, w pamięć o własnym bohaterstwie, w głód uznania ze strony świata. Tu trzeba powiedzieć rzecz najboleśniejszą, bez ogródek. Łaskotanie nie chwyta głupców. Chwyta tych, którzy najgłębiej noszą w sobie polską pamięć, a więc elitę, patriotę, człowieka wykształconego i czułego na symbole. Prostak nie wzruszy się Dywizjonem 303, bo może nawet o nim nie słyszeć. Wzrusza się ten, kto zna historię i czuje jej ciężar. Im głębsza polskość w człowieku, tym celniejsze łaskotanie, ponieważ tym więcej w nim punktów, w które można trafić. Brytyjczyk nie głaszcze polskiego nieuka. Głaszcze polskiego inteligenta, gdyż to on jest podatny na te symbole i to on, rozczulony pamięcią o lotnikach, przestaje pytać o rzeczy konkretne. Czy traktat obronny ma mechanizm egzekucji? Co Polska dała w zamian i co dostała? Jaka jest rzeczywista asymetria zobowiązań w dokumencie, pod którym składa podpis ze łzą wzruszenia w oku?

Nie twierdzę, że traktat z Northolt jest bezwartościowy, i nie o treść dokumentu tu idzie, lecz o postawę, z jaką się go celebruje. Polska weszła w ten sojusz w trybie wzruszonego sojusznika, którego wreszcie wielki świat poklepał po ramieniu i który nie posiada się ze szczęścia, zamiast w trybie chłodnej kalkulacji dwóch równorzędnych podmiotów ważących wzajemne interesy. Naród, który negocjuje wzruszony, negocjuje słabo, ponieważ wzruszenie jest właśnie tym stanem, w którym rozum przestaje pilnować rachunku. Brytyjczyk, świadomie czy instynktownie, podał Polakowi to, na co Polak jest najbardziej łasy, i tym samym przesunął całą relację z pola interesu, gdzie Polska mogłaby być twarda, na pole sentymentu, gdzie jest bezbronna.

Najgorsze w tym głaskaniu jest to, że adresat dawno przestał być słabszym, nad którym głaskając wypada się litować.

Mierzona realną siłą nabywczą zamożność przeciętnego Polaka zrównała się niemal z brytyjską, bo polski produkt na mieszkańca w ujęciu parytetu siły nabywczej sięga już blisko sześćdziesięciu tysięcy dolarów wobec brytyjskich około sześćdziesięciu dwóch, a różnica, jeszcze przed dwudziestu laty przepastna, skurczyła się do resztki. Kurczy się przy tym dalej z każdym rokiem, ponieważ od pandemii realny dochód na głowę urósł w Polsce o blisko jedną piątą, a w Wielkiej Brytanii niemal wcale. Dwanaście z siedemnastu polskich regionów jest dziś zamożniejszych od zachodniej Walii, a obszar metropolitalny Warszawy ustępuje bogactwem już tylko centralnemu Londynowi. Polska pozostaje więc, w wymiarze nominalnym, wciąż gospodarką mniejszą, lecz rosnącą, podczas gdy brytyjska, wciąż większa, od lat stoi w miejscu. Łaskotanie Dywizjonem 303 jest zatem gestem podwójnie fałszywym, kierowanym do rzekomego ubogiego krewnego, który ubogim krewnym dawno być przestał i z którym za dekadę czy dwie rozmawiać się będzie musiało jak równy z równym, o ile sam wcześniej nie uwierzy, że nadal jest petentem.

Czego Wielka Brytania oczekuje dziś od Polski

Pierwszym warunkiem podmiotowości jest przejrzenie cudzej soczewki, dostrzeżenie, że obraz Polski, który podsuwa nam świat, nie jest Polską, ale funkcją cudzych potrzeb. Brytania widzi nas tak, jak jej wygodnie, raz jako peryferię, raz jako współwinnego, a nigdy jako to, czym jesteśmy naprawdę, ponieważ to, czym jesteśmy naprawdę, nie mieści się w jej rachubie i do niczego jej nie służy. Dopóki Polska przegląda się w tym oku i szuka w nim własnego odbicia, dopóty będzie zawstydzona swoją rzekomą peryferyjnością albo obciążona cudzą winą, albo rozczulona cudzym głaskaniem, a sobą nie będzie nigdy, bo sobą można być dopiero wtedy, gdy się ma własną miarę zamiast pożyczonej.

Warto przy tym nazwać wprost, czego Brytania od Polski naprawdę chce, gdyż dopiero wtedy widać, jak nierówna jest wymiana ukryta pod serdecznością. Zacznijmy od rzeczy wymiernych. Brytyjskie wojsko skurczyło się do rozmiarów najmniejszych od czasów napoleońskich i nie potrafi się dorekrutować, podczas gdy Polska wystawia jedną z największych armii sojuszu i wydaje na obronę więcej w stosunku do swojego dochodu niż ktokolwiek inny w NATO. Polska leży na wschodniej flance, jest fizyczną bramą, przez którą przechodzi wszystko, co sojusz przerzuca na wschód, i to ona, a nie odgrodzone kanałem Wyspy, przyjęłaby pierwsze uderzenie, gdyby do niego doszło. To czyni z niej w brytyjskiej rachubie wygodne przedpole, linię obrony przesuniętą tak daleko od Londynu, jak to tylko możliwe, opłaconą cudzą, czyli polską ziemią. Polska ma wreszcie to, czego Brytania mieć nie może, skoro nie sąsiaduje z Rosją ani z Białorusią, mianowicie codzienne, z pierwszej ręki doświadczenie wojny hybrydowej, presji granicznej, dywersji i sterowanych z Mińska fal migracyjnych, a wraz z nim świadomość sytuacyjną na wschodzie, której nie da się ani kupić, ani wyczytać, gdyż bierze się wyłącznie z bezpośredniego kontaktu z zagrożeniem.

Pod tymi interesami wymiernymi leży jednak interes głębszy i mniej wypowiadany, bo wstydliwy. Znacząca część brytyjskiej klasy myślącej obawia się dziś, że proces cywilizacyjny i demograficzny na Wyspach jest zaawansowany i być może nieodwracalny, że Wielka Brytania w horyzoncie pokoleniowym przestanie być krajem, jaki znali jej ojcowie. Czy obawa ta jest słuszna, nie musimy tu rozstrzygać. Dość, że jest realna, że mieszka w głowach ludzi podejmujących decyzje i że wytwarza interes całkiem konkretny. Mapa miejsc w Europie wolnych od tego niepokoju kurczy się z dekady na dekadę, bo Zachód kontynentu idzie tą samą drogą co Wyspy, a obszarem, który pozostaje na uboczu, jest Europa Środkowa, a w niej Polska, dzięki swojej jednorodności, instynktownemu konserwatyzmowi i katolickiemu rdzeniowi, które kazały jej wielkie fale przyjąć ostrożniej niż reszta kontynentu albo nie przyjąć ich wcale. Brytania, choć nie powie tego głośno, chce mieć Polskę w orbicie przyjaźni także jako rezerwowy schron, jako miejsce, dokąd będzie się można wycofać, gdy własny dom stanie się nie do zamieszkania.

.Wieniec przy bunkrze dowodzenia zabezpiecza więc sojusz wojskowy, a wraz z nim otwarte drzwi na czarną godzinę, której część brytyjskiej elity skrycie się spodziewa. Polska zaś, rozczulona uznaniem, nie dostrzega, że traktuje się ją jak zaplecze i port awaryjny zamiast jak partnera.

Maciej Świrski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 31 maja 2026
Fot. Jack TAYLOR / Reuters / Forum