Czy Bułgaria stanie się nowym sojusznikiem Rosji w UE?

Bułgaria zablokowała objęcie sankcjami patriarchy Cyryla, głowy Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, ale to nie jedyny przykład prorosyjskiej polityki rządu w Sofii.
Rząd w Sofii nie chce występować przeciwko rosyjskiemu prawosławiu
.Relacje Bułgarii z Rosją od dawna są głębsze niż zwykła sympatia części elit wobec Kremla. Łączą je historyczna pamięć o rosyjskiej roli w wyzwoleniu spod panowania osmańskiego, prawosławie, XIX-wieczny panslawizm i trwałe wpływy gospodarcze, zwłaszcza w energetyce. Ta tradycja nigdy całkiem nie zniknęła, ale po kwietniowych wyborach 2026 roku zaczęła znów przekładać się na politykę państwa. Jeszcze niedawno to Węgry Viktora Orbána były w Unii Europejskiej najwygodniejszym partnerem dla Kremla i najtrudniejszym problemem dla Ukrainy. Dziś coraz więcej wskazuje na to, że tę rolę zaczyna przejmować Bułgaria. Nie chodzi jeszcze o pełne powtórzenie modelu budapeszteńskiego, ale o wyraźny zwrot: Sofia coraz częściej osłabia wspólny kurs UE wobec Rosji, dystansuje się od wsparcia wojskowego dla Kijowa i próbuje wyjmować z unijnej presji osoby oraz interesy ważne dla Moskwy.
Najbardziej widoczne stało się to przy 21. pakiecie unijnych sankcji. Według Euronews Bułgaria zablokowała objęcie sankcjami patriarchy Cyryla, głowy Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, oraz rosyjskiego miliardera naftowego Wagita Alekpierowa. Ostatecznie obie te postacie miały zostać usunięte z projektu pakietu, co pozwoliło Sofii wycofać sprzeciw wobec całości. Sama Kaja Kallas przyznała jednak, że pakiet nie był jeszcze wtedy ostatecznie zamknięty i że pozostają „otwarte kwestie”. To ważny szczegół: Bułgaria nie zatrzymała całego pakietu do końca, ale skutecznie wymusiła jego rozwodnienie tam, gdzie interes Rosji był dla niej szczególnie wrażliwy.
Jak wskazują eksperci, Bułgaria pozostaje formalnie w unijnym i natowskim głównym nurcie, ale przy konkretnych decyzjach może zacząc odgrywać rolę agenta wpływu, który przesuwa granice tego, co wobec Rosji uznaje się za politycznie możliwe. Zamiast frontalnego zerwania z Zachodem pojawia się taktyka punktowego rozmiękczania wspólnego stanowiska. W praktyce to często wystarcza, by osłabić efekt polityczny sankcji i wysłać do Moskwy sygnał, że w UE znów pojawił się kraj gotowy grać na zwłokę, wyjątki i „szczególne względy”. W tym miejscu warto dodać zastrzeżenie: skala wpływu Bułgarii jest mniejsza niż wpływ Węgier Orbána, ale sama logika działania staje się coraz bardziej podobna.
Przypadek patriarchy Cyryla jest tu szczególnie wymowny. To nie jest zwykły hierarcha religijny, lecz jedna z najważniejszych postaci rosyjskiej machiny ideologicznej. Cyryl od początku wspierał wojnę przeciw Ukrainie, wzmacniał kremlowską narrację i przedstawiał agresję jako walkę cywilizacyjną. Ukraina wszczęła przeciw niemu postępowanie karne już w 2023 roku, wskazując, że należał do najbliższego otoczenia rosyjskich władz wojskowych i politycznych oraz od pierwszych dni wspierał pełnoskalową wojnę. Mimo to Bułgaria uznała, że jego objęcie sankcjami jest politycznie nie do przyjęcia.
Sofia tłumaczy ten sprzeciw argumentami religijnymi i historycznymi. Premier Rumen Radev mówił, że sankcjonowanie Cyryla oznaczałoby przenoszenie wojny i sankcji do sfery religii, a także uderzałoby nie tyle w jedną osobę, ile w Rosyjski Kościół Prawosławny. Bułgarscy politycy przypominali też, że prawosławie i rosyjska rola w wyzwoleniu kraju spod osmańskiego panowania pozostają ważnym elementem bułgarskiej pamięci historycznej. W warstwie politycznej taki argument działa jednak przede wszystkim jako osłona dla decyzji korzystnej dla Kremla.
Podobnie wygląda sprawa Alekpierowa. Bułgaria od początku sprzeciwiała się jego wpisaniu na listę, a tłem sporu była nie tylko polityka, ale też interes energetyczny i znaczenie Łukoilu dla bułgarskiej gospodarki. Reuters już w czerwcu pisał, że Radev groził wetem wobec całego pakietu sankcyjnego, powołując się na możliwe szkody gospodarcze, wpływ na rafinerię Łukoilu, transport miejski i zaopatrzenie. To znowu mechanizm dobrze znany z polityki Orbána: Rosja nie jest broniona wprost jako partner strategiczny, lecz jako element „narodowego interesu” i „pragmatyzmu gospodarczego”
Ten zwrot nie bierze się znikąd. W kwietniu 2026 roku prokremlowski były prezydent Rumen Radev wygrał wybory parlamentarne z bardzo dużą przewagą, a Reuters pisał wprost, że może to zmienić politykę zagraniczną kraju. W maju jego nowy rząd został zaprzysiężony. Już kilka tygodni później nowy minister obrony Dimitar Stojanow ogłosił, że Bułgaria nie będzie już dostarczać Ukrainie broni, przekonując, że wojny nie da się rozstrzygnąć na polu bitwy i że należy wrócić do negocjacji.
Przez lata Kijów nauczył się żyć z blokującą rolą Budapesztu, który regularnie utrudniał unijne decyzje, ale jego pozycja jako „stałego sabotażysty” była już politycznie rozpoznana. Sofia jest nowym graczem w tej roli. Jeszcze nie tak głośnym, jeszcze nie tak konsekwentnym jak Orbán, ale właśnie dlatego trudniejszym do szybkiego oswojenia. Formalnie nie zrywa z Zachodem, nie wychodzi z NATO, nie ogłasza otwartego sojuszu z Moskwą.
Radev chce jednak poprawić reputacje swojego kraju. Zapowiada wzrost wydatków obronnych do 5 proc. PKB i deklaruje lojalność wobec NATO. Bułgaria bierze udział w globalnej współpracy sojuszniczej i nie kwestionuje formalnie europejskiej drogi kraju, ale jej stosunek do Rosji może jeszcze wiele razy utrudnić zorganizowane działania przeciwko rządowi w Moskwie.
Maciej Bzura



