Europa przespała wojnę satelitarną

Starlink stał się układem nerwowym ukraińskiej obrony, a Rosja przyspiesza budowę własnej konstelacji Rassvet. Gen. Olivier Kempf na łamach „Le Figaro” ostrzega, że od amerykańskiego systemu nadal zależy nie tylko Kijów, ale także Europa. Unia Europejska posiada znakomite technologie, przedsiębiorstwa i program IRIS², lecz przespała moment, w którym łączność satelitarna stała się jednym z fundamentów suwerenności i przewagi militarnej.
.Rosyjska agresja na Ukrainę ujawniła, że jeden z najważniejszych systemów współczesnego pola walki nie przypomina ani czołgu, ani pocisku, ani drona. Jest nim sieć znajdująca się setki kilometrów nad Ziemią, dzięki której dowództwo utrzymuje kontakt z oddziałami, bezzałogowce otrzymują dane, a państwo może działać nawet po zniszczeniu naziemnej infrastruktury telekomunikacyjnej. Łączność satelitarna stała się układem nerwowym wojny.
Punktem wyjścia do tej diagnozy jest analiza gen. Oliviera Kempfa opublikowana 20 sierpnia 2026 r. na łamach francuskiego dziennika „Le Figaro”. Gen. Olivier Kempf kieruje ośrodkiem analiz strategicznych La Vigie, jest badaczem związanym z Fondation pour la recherche stratégique i autorem książki „Guerre d’Ukraine”, wydanej przez Economica. W tekście zatytułowanym „Wobec amerykańskiego Starlinka i rosyjskiego Rassvetu. Jaką pozycję zajmuje Europa w wojnie satelitarnej?” stawia pytanie nie tylko o Ukrainę, Stany Zjednoczone i Rosję, ale przede wszystkim o miejsce Europy w nowym układzie sił.
Odpowiedź jest niepokojąca. Unia Europejska zbyt długo traktowała internet satelitarny jako usługę komercyjną, a przestrzeń kosmiczną jako obszar nauki, prestiżu i regulacji. Stany Zjednoczone potraktowały ją jako rynek i element przewagi strategicznej, Rosja zaś zaczęła budować własną odpowiedź dopiero po doświadczeniach wojennych, lecz robi to szybko. Europa posiada znakomite kompetencje, przedsiębiorstwa i programy kosmiczne, ale przespała moment, w którym należało połączyć je w odporny system o odpowiedniej skali.
Wojna pokazała czym naprawdę stał się Starlink
„Ameryka zapewnia jeszcze jedno kluczowe wsparcie, jakim jest łączność na poziomie taktycznym, dostarczana przez firmę Starlink i jej sieć 10 800 satelitów telekomunikacyjnych umieszczonych na niskiej orbicie okołoziemskiej” – pisze gen. Olivier Kempf w „Le Figaro”. Przywołana przez niego liczba pokazuje skalę przewagi, ale nie wyjaśnia jeszcze jej istoty. Znaczenie Starlinka wynika z połączenia konstelacji satelitów, własnych rakiet SpaceX, seryjnej produkcji, infrastruktury naziemnej i dziesiątek tysięcy łatwych do ukrycia terminali.
Po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny Starlink najpierw pełnił funkcję awaryjnego systemu łączności, gdy rosyjskie uderzenia niszczyły ukraińską infrastrukturę. Z czasem został włączony w codzienne funkcjonowanie wojska, administracji, służb cywilnych i ukraińskiego systemu dowodzenia Delta. Umożliwił koordynowanie działań w czasie rzeczywistym, przekazywanie obrazu z pola walki, sterowanie dronami oraz utrzymywanie łączności pomimo prób jej zagłuszania.
Na łamach „Wszystko co Najważniejsze” opisywaliśmy również polski udział w budowie tej odporności. Polska przekazała Ukrainie ponad 29 tys. terminali i finansuje ich działanie. Ukraińskie Ministerstwo Cyfryzacji podkreślało, że dzięki nim szpitale, szkoły, infrastruktura krytyczna i obszary przyfrontowe zachowują łączność nawet podczas najpoważniejszych przerw w dostawach energii.
Kontrolowanie sieci oznacza jednak coś więcej niż zapewnianie technicznego połączenia. W lutym 2026 r. Starlink, na prośbę Kijowa, wprowadził system „białej listy”, pozwalający działać na terytorium Ukrainy wyłącznie zatwierdzonym terminalom. Według danych przytoczonych przez gen. Oliviera Kempfa już następnego dnia w części sektorów frontu liczba rosyjskich ataków spadła o połowę, a rozwiązanie to pomogło Ukrainie odzyskać teren w obwodzie dniepropetrowskim. Decyzja technologiczna podjęta przez prywatnego operatora przełożyła się bezpośrednio na sytuację na polu walki.
Dlatego jeden z najważniejszych fragmentów tekstu w „Le Figaro” nie dotyczy liczby satelitów, ale zależności od ich właściciela. „Ukraina dostrzega ryzyko związane z uzależnieniem od jednego podmiotu i poszukuje rozwiązań alternatywnych, choć nadal wśród prywatnych dostawców” – zauważa gen. Olivier Kempf. To samo zdanie można odnieść do Europy.
Rosja wyciągnęła z wojny własną lekcję
Rosja początkowo próbowała korzystać ze zdobywanych nielegalnie terminali Starlinka i integrować je z dronami Shahed. Podejmowała też próby zagłuszania amerykańskiej sieci, nie zdołała jednak trwale jej unieszkodliwić. Kreml zrozumiał wówczas, że prawdziwej swobody działania nie zapewni mu uzależnienie od systemu, którego reguły ustala zagraniczna firma.
Odpowiedzią ma być Rassvet, konstelacja rozwijana przez rosyjskie Biuro 1440. „Wszystko co Najważniejsze” szczegółowo opisało ten projekt, jego ograniczenia oraz zapowiadane tempo rozbudowy. Rassvet nie dorównuje dziś Starlinkowi pod względem liczby satelitów, pokrycia ani przepustowości, lecz Rosja nie potrzebuje od razu systemu globalnego. Do osiągnięcia celów militarnych może jej wystarczyć niezawodna łączność nad własnym terytorium, okupowanymi obszarami Ukrainy i wybranymi odcinkami frontu.
Według planów przedstawionych przez ukraiński wywiad wojskowy rosyjska konstelacja ma liczyć blisko 300 satelitów pod koniec 2027 r. i około 900 w połowie następnej dekady. Nie wiadomo, czy rosyjski przemysł utrzyma zapowiadane tempo produkcji i startów. Sam kierunek jest jednak jednoznaczny: Moskwa chce posiadać sieć, której działania nie można ograniczyć decyzją Waszyngtonu, Kijowa ani Elona Muska.
„Konstelacje satelitów komunikacyjnych umieszczonych na niskiej orbicie stają się przewagą strategiczną i kwestią suwerenności. Internet z kosmosu jest niezbędny” – podsumowuje gen. Olivier Kempf. Rosja, obserwując Starlinka na wojnie, przyjęła tę tezę jako wskazówkę do działania. Unia Europejska zbyt długo traktowała ją jak prognozę dotyczącą odległej przyszłości.
Europa miała wszystkie elementy lecz nie zbudowała systemu
Nie można powiedzieć, że Europa jest nieobecna w kosmosie. Dysponuje systemem nawigacyjnym Galileo, programem obserwacji Ziemi Copernicus, rakietami Ariane 6 i Vega C oraz przemysłem zdolnym projektować i produkować zaawansowane satelity. Francuski Eutelsat połączył się w 2023 r. z brytyjskim OneWeb i posiada konstelację ponad 600 satelitów na niskiej orbicie okołoziemskiej.
Problem polega na czymś innym. Europa nie zdołała przekształcić posiadanych kompetencji w zintegrowaną zdolność działającą na masową skalę, łączącą częste starty, seryjną produkcję, łatwo dostępne terminale, usługi komercyjne i potrzeby bezpieczeństwa. Eutelsat OneWeb obsługuje przede wszystkim rządy oraz klientów profesjonalnych, między innymi lotnictwo i sektor morski. Nie jest europejskim odpowiednikiem Starlinka pod względem modelu działania, skali rynku ani liczby terminali.
Sebastian Nizio w tekście „Europa traci własną drogę w kosmos” trafnie wskazywał, że kontynent „przez lata traktował dostęp do orbity jako specjalistyczną usługę techniczną”. Stany Zjednoczone i Chiny uczyniły tymczasem z regularnego dostępu do kosmosu jeden z fundamentów potęgi państwa, gospodarki oraz infrastruktury przyszłości.
Europejskim problemem nie jest brak wiedzy, lecz brak skali, ciągłości zamówień i politycznej determinacji. Unia potrafi finansować znakomity projekt, lecz znacznie gorzej radzi sobie z tworzeniem rynku, na którym produkcja może szybko rosnąć, kolejne wersje systemu powstają bez wieloletnich przerw, a instytucje publiczne zapewniają stabilny popyt.
Przewaga SpaceX nie powstała wyłącznie dzięki jednemu przełomowemu wynalazkowi. Firma połączyła rakiety wielokrotnego użytku, wysoką częstotliwość lotów, seryjne wytwarzanie satelitów, własną konstelację generującą popyt oraz wielkie zamówienia amerykańskiego państwa. Europa rozwijała poszczególne elementy, lecz nie zbudowała równie sprawnego mechanizmu, w którym każdy start obniża koszt następnego, zwiększa doświadczenie zespołów i wzmacnia cały łańcuch dostaw.
IRIS² jest konieczny ale przychodzi za późno
Odpowiedzią Unii Europejskiej ma być IRIS², wieloorbitalna konstelacja bezpiecznej łączności. Po rozszerzeniu programu w sierpniu 2026 r. projekt ma obejmować 348 satelitów, w tym 330 na wyższej niskiej orbicie okołoziemskiej oraz 18 na orbicie średniej. Pierwsze starty zaplanowano na 2029 r., a pełne rozwinięcie systemu ma następować etapami w kolejnych latach.
IRIS² jest decyzją potrzebną i strategicznie uzasadnioną. System ma zapewniać bezpieczną łączność instytucjom publicznym, służbom, administracji i wojsku, a jednocześnie oferować część możliwości klientom komercyjnym. Powstaje w formule partnerstwa publiczno-prywatnego z udziałem konsorcjum SpaceRISE, tworzonego przez SES, Eutelsat i Hispasat, oraz takich przedsiębiorstw jak Airbus, Thales Alenia Space, Deutsche Telekom, Orange, OHB i Telespazio.
Dr Jakub Bochiński, dyrektor w Creotech Instruments, mówił na łamach „Wszystko co Najważniejsze”, że jednym z głównych powodów budowy IRIS² jest zapewnienie Europie niezależności i suwerenności. Zwracał uwagę, że „Starlink pozostaje systemem kontrolowanym poza Europą”, a relacje transatlantyckie nie zawsze są wolne od napięć. Europa potrzebuje więc własnych rakiet i konstelacji, aby odpowiadać na swoje potrzeby niezależnie od planów pojedynczych firm.
Problemem jest kalendarz. Wojna, która dowiodła strategicznego znaczenia konstelacji niskoorbitalnych, rozpoczęła się w 2022 r., tymczasem pierwsze satelity rozbudowanego systemu europejskiego mają znaleźć się na orbicie siedem lat później. Do czasu osiągnięcia przez IRIS² znaczących zdolności Europa nadal będzie korzystać z infrastruktury, której zasady działania i tempo rozwoju określają podmioty spoza Unii.
Spóźniona decyzja pozostaje lepsza niż brak decyzji, ale nie należy mylić zapowiedzi z posiadaną zdolnością. Satelita istnieje strategicznie dopiero wtedy, gdy został wyprodukowany, wyniesiony na orbitę, połączony z segmentem naziemnym i udostępniony użytkownikom za pomocą terminali, które można szybko dostarczyć tam, gdzie są potrzebne. Prezentacja programu nie zapewnia jeszcze łączności żołnierzowi, strażakowi ani administracji działającej podczas blackoutu.
Suwerenność wymaga rakiet kapitału i zamówień
Europa nie odzyska samodzielności, budując wyłącznie satelity. Potrzebuje również własnych rakiet dostępnych w wymaganej liczbie, produkowanych w Europie terminali, bezpiecznych stacji naziemnych, europejskich mikroprocesorów, odpornych łańcuchów dostaw i jasnych zasad pierwszeństwa dla wojska oraz służb w sytuacji kryzysowej. Musi też utrzymywać kilka równoległych kanałów łączności, ponieważ prawdziwa odporność nie polega na zastąpieniu jednej zależności inną.
Na łamach „Wszystko co Najważniejsze” Zuzana Mazanova z Dyrekcji Generalnej ds. Przemysłu Obronnego i Przestrzeni Kosmicznej Komisji Europejskiej podkreślała: „Musimy wynosić nasze europejskie satelity na europejskich rakietach nośnych”. Bez własnego dostępu do przestrzeni kosmicznej Unia pozostaje zależna od decyzji zewnętrznych operatorów.
Potrzebny jest więc nie jeden europejski program, ale spójna polityka przemysłowa. Zamówienia publiczne muszą tworzyć rynek, na którym przedsiębiorstwa mogą inwestować w produkcję seryjną. Europejskie rakiety muszą wykonywać loty dostatecznie często, aby obniżać koszty i zdobywać doświadczenie. Kapitał prywatny powinien mieć warunki do finansowania ryzykownych przedsięwzięć, a armie państw członkowskich muszą wpisywać łączność satelitarną w podstawową architekturę dowodzenia, a nie traktować jej jako usługę pomocniczą.
Skalę zapóźnienia dobrze pokazują dane przywoływane wcześniej przez „Wszystko co Najważniejsze”. Dyrektor generalny ESA Josef Aschbacher wskazywał, że publiczne finansowanie sektora kosmicznego w Stanach Zjednoczonych jest około pięć razy większe niż w Europie. Ostrzegał jednocześnie, że bez zwiększenia inwestycji najlepsi specjaliści będą wyjeżdżali między innymi do Doliny Krzemowej.
Nie chodzi o odcinanie się od Stanów Zjednoczonych ani o rezygnację ze Starlinka. Silny sojusz transatlantycki pozostaje jednym z fundamentów bezpieczeństwa Europy, a system SpaceX odgrywa niezastąpioną rolę w obronie Ukrainy. Sojusz nie powinien jednak oznaczać trwałej niezdolności jednego z partnerów do samodzielnego działania w dziedzinie infrastruktury krytycznej.
Europa nie może przespać kolejnej dekady
„Do tego czasu Starlink pozostaje jedynym systemem zapewniającym pełne pokrycie kontynentu europejskiego. I umożliwiającym Ukrainie dalszy opór” – kończy swoją analizę w „Le Figaro” gen. Olivier Kempf. To zdanie należy czytać nie jako pochwałę jednego przedsiębiorstwa, lecz jako akt oskarżenia wobec wieloletniej europejskiej bierności.
Unia Europejska rozpoznała wreszcie problem. IRIS², GOVSATCOM, rozwój Ariane 6 i Vega C oraz wspieranie nowych europejskich operatorów rakietowych tworzą podstawę przyszłej niezależności. Nadal jednak pozostaje zasadnicza różnica między przyjęciem strategii a dysponowaniem działającym systemem, między pojedynczym udanym startem a regularnym dostępem do orbity oraz między doskonałym prototypem a produkcją liczoną w setkach urządzeń.
Europa przespała pierwszy etap wojny satelitarnej, ponieważ nie potraktowała czasu jako zasobu strategicznego. Nie musi przegrać całej rywalizacji, ale nie odzyska miejsca samymi deklaracjami o autonomii. W kosmosie suwerenność nie jest hasłem. Jest zdolnością do utrzymania łączności, wyniesienia własnych satelitów i dalszego działania wtedy, gdy zagraniczny dostawca zmienia warunki, odmawia usługi albo sam staje się celem nacisku.
Andrzej F. Domański




