Maciej ŚWIRSKI: 11 września 2001 roku i ostatni wspólny obraz Zachodu

11 września 2001 roku i ostatni wspólny obraz Zachodu

Photo of Maciej ŚWIRSKI

Maciej ŚWIRSKI

Założyciel Reduty Dobrego Imienia. B. członek zarządu PAP (2006-2009) i przewodniczący rady nadzorczej PAP (2017-2022). W latach 2022-2025 przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Zamachy 11 września 2001 roku stworzyły jeden z ostatnich obrazów, które cały Zachód oglądał w tej samej chwili i rozumiał niemal tak samo. Dla Polski był to początek doświadczenia sojuszu z Ameryką, mierzonego udziałem w wojnach w Afganistanie i Iraku, śmiercią żołnierzy, politycznymi nadziejami oraz ceną decyzji podejmowanych poza światłem kamer. Po dwudziestu pięciu latach wspólny ekran rozpadł się na tysiące przekazów, a pamięć o polskim zaangażowaniu coraz trudniej przebija się do amerykańskiej świadomości. Czy Zachód jest jeszcze zdolny zobaczyć ten sam obraz i stworzyć z niego wspólnotę? – pyta Maciej ŚWIRSKI

I. Połączenie, które nie przyszło

Konferencja była umówiona na wtorek, na trzecią. Co tydzień o tej samej porze łączyliśmy się ze Stanami, z właścicielem firmy. U nas było już popołudnie, u nich dopiero dziewiąta rano. Siedzieliśmy w sali konferencyjnej i czekaliśmy, bo połączenie się opóźniało, co w amerykańskie poranki czasem się zdarzało i nikogo specjalnie nie niepokoiło.

Weszła sekretarka i powiedziała, żebyśmy włączyli telewizor. Szukaliśmy pilota, jak to zwykle bywa, gdy jest potrzebny od razu. Kiedy wreszcie ekran się rozjaśnił, paliła się na nim jedna z wież World Trade Center.

Zapadła cisza.

Pierwsza myśl, jaką pamiętam, dotyczyła właściciela naszej firmy. W której wieży on ma biuro? I zaraz potem druga, jeszcze bardziej bezradna: czy my w ogóle wiemy, która to jest wieża? Patrzyliśmy na dwie bliźniacze bryły i nikt z nas nie potrafił ich od siebie odróżnić.

Wtedy nadleciał drugi samolot. Była 15:03, trzy minuty po godzinie, na którą byliśmy umówieni. Cisza zrobiła się jeszcze bardziej martwa. Nie wiem, czy cisza może być bardziej martwa, ale tak ją zapamiętałem.

Potem ktoś sięgnął po notatki, ktoś otworzył kalendarz. Sprawdzaliśmy, gdzie było ostatnie spotkanie z naszymi Amerykanami i na którym piętrze mieściło się biuro. Dopiero dyrektor techniczny przypomniał sobie, że tak, owszem, spotkaliśmy się w Nowym Jorku, w WTC, ale tylko dlatego, żeby nie jechać do Waszyngtonu, bo z lotniska Kennedy’ego łatwiej było dotrzeć do miasta niż jechać dalej z przesiadką. Siedziba firmy była pod Waszyngtonem, w Bethesdzie, przy Wisconsin Avenue. Pamięć przypięła naszych Amerykanów do wież tylko dlatego, że kiedyś wygodniej było spotkać się właśnie tam.

Odetchnęliśmy.

Dziś wiem to, czego chyba jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, a w każdym razie nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy to do nas dotarło. O 15:37 trzeci samolot uderzył w Pentagon, kilkanaście kilometrów od biura przy Wisconsin Avenue. Nasza ulga trwała więc niespełna pół godziny, tyle że nie mieliśmy o tym pojęcia.

Telefon zadzwonił po dwóch godzinach. Biuro spod Waszyngtonu, wszyscy cali i zdrowi. I tak firma się uratowała.

Wracam do tej sali częściej, niż bym się spodziewał, i coraz dłużej zatrzymuję się przy tym, co robiliśmy w pierwszych minutach. Czekaliśmy na głos z Ameryki, a zamiast niego dostaliśmy obraz i przez dwie godziny nie mieliśmy nic poza tym obrazem. Oglądał go wtedy chyba cały świat, w tej samej minucie i z tych samych kamer i każdy szukał w nim ludzi, których znał z imienia. My szukaliśmy swoich Amerykanów, ktoś w Madrycie szukał tam pewnie brata, ktoś w Tokio kontrahenta. Ten wspólny obraz był zarazem najbardziej prywatnym publicznym obrazem, jaki kiedykolwiek oglądałem, i powiedziałbym, trochę na wyrost, że właśnie dlatego zadziałał tak, jak zadziałał. Przez te dwie godziny Ameryka skurczyła się dla nas do biura przy Wisconsin Avenue, do którego nie mogliśmy się dodzwonić, a firma, która właśnie szaleńczo się rozwijała, wydawała się skończona.

Następnego dnia okazało się, że w podobny sposób patrzyła cała Europa, i to patrzenie zaczęło mieć skutki, których nikt w naszej sali nie przewidywał.

II. „My” z jednego obrazu

Nazajutrz po południu ukazał się w Paryżu „Le Monde”, jak zawsze w tej popołudniowej gazecie opatrzony datą dnia następnego, 13 września. Na pierwszej stronie jego dyrektor, Jean-Marie Colombani, napisał, że w takiej chwili słowa wydają się ubogie, a pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy, brzmi: wszyscy jesteśmy Amerykanami. I dodał, że wszyscy jesteśmy nowojorczykami, tak samo jak Kennedy w Berlinie ogłosił się berlińczykiem.

Warto pamiętać, gdzie to zdanie padło. „Le Monde” założył Hubert Beuve-Méry, któremu do sympatii proamerykańskich było bardzo daleko, i przez pół wieku gazeta ta była jednym z miejsc, w których Europa, a Francja szczególnie, uczyła się mówić o sobie przez odróżnienie od Ameryki. Dystans był tam czymś w rodzaju tożsamości. Tymczasem jedno zdanie na pierwszej stronie ten dystans zawiesiło, zanim ktokolwiek zdążył ustalić, kto uderzył i dlaczego. Kennedy przyjechał do Berlina w czerwcu 1963 roku, niespełna dwa lata po tym, jak komuniści przecięli miasto murem, i powiedział berlińczykom, że jest jednym z nich. Teraz kierunek się odwrócił i to Europejczyk mówił Amerykanom to samo.

W Brukseli następnego dnia po ataku stało się coś bardzo podobnego, tylko w języku traktatów. Dwunastego września Rada Północnoatlantycka po raz pierwszy w historii sojuszu powołała się na artykuł 5. Zrobiła to warunkowo: atak na Stany Zjednoczone miał zostać uznany za atak na wszystkich członków, jeśli okaże się, że kierowano nim z zagranicy. Formalne ustalenie przyszło dopiero 2 października. Przez blisko trzy tygodnie sojusz był więc solidarny jakby na kredyt, na podstawie obrazu, który zobaczył, zanim dostał coś, co mógłby nazwać dowodem. Klauzula pisana w 1949 roku z myślą o amerykańskiej gwarancji dla Europy, na wypadek gdyby sowieckie dywizje ruszyły na zachód, pierwszy raz zadziałała w przeciwną stronę.

Polska też miała swoich w tym obrazie. Wśród niemal trzech tysięcy zabitych było sześciu Polaków. U nas obraz okazał się zresztą silniejszy od instytucji, a właściwie sam jedną z nich rozwinął. TVN24 nadawała wtedy od trzydziestu trzech dni i tego popołudnia jako pierwsza polska telewizja przeszła na relację na żywo, a widzowie do dziś są przekonani, że stacja wystartowała właśnie 11 września.

Wszystko to działo się w kolejności odwrotnej do tej, której uczą podręczniki polityki, gdzie doktryna poprzedza interpretację faktów, a dopiero z interpretacji wynika, kto jest z kim. Tym razem obraz wyprzedził wszystko, rozpoznanie, że dotyczy nas, przyszło razem z nim, a doktryna i dowody dołączyły później, trochę jakby musiały nadrabiać spóźnienie.

Gdybym miał to ująć w kategoriach, którymi posługuję się od lat, powiedziałbym, że to „my” przyszło na świat po sokratejsku, a jego akuszerem był wspólny obraz i do plotyńskiego spływania z zasady ustalonej wyżej było mu bardzo daleko.

Znam tylko jedną wcześniejszą chwilę, w której Zachód był równie blisko wspólnoty w najprostszym znaczeniu tego słowa, czyli ludzi, którzy w tej samej chwili rozpoznają to samo: grudzień 1981 roku, kiedy komuniści wprowadzili w Polsce stan wojenny. Wtedy to w Polsce Zachód rozpoznał siebie, i to prawie bez obrazu, bo telefony w kraju zamilkły, a na zewnątrz docierały tylko skąpe, przemycone zdjęcia i kilka ujęć filmowych. W Wigilię w oknie Białego Domu paliła się świeca dla Polski, a prezydent prosił Amerykanów, żeby zapalili ją także u siebie. Po 11 września takiej chwili chyba już nie było.

III. Polska, która poszła

Decyzja zapadła szybko, na tyle szybko, że dziś trudno uchwycić moment, w którym była jeszcze pytaniem. Polska należała do NATO od 12 marca 1999 roku, krócej, niż trwa jedna kadencja parlamentu, a 22 listopada 2001 roku prezydent podpisał już postanowienie o wysłaniu kontyngentu. W marcu 2002 roku pierwsza grupa polskich żołnierzy dotarła do Bagram. Saperzy i logistycy mieli swoje zadania, komandosi z GROM-u ochraniali oprócz polskiej bazy także kwaterę główną wojsk amerykańskich i dyplomatów, a w Zatoce Perskiej patrolował okręt „Kontradmirał Xawery Czernicki”. Siły były niewielkie, ale dobrane z namysłem. Polska wysłała to, co miała najlepszego, w miejsca, gdzie Amerykanie mogli to zobaczyć z bliska.

Rok później przyszedł Irak i tu warto przystanąć, choć sporu o tamtą wojnę nie ma tu co rozstrzygać. W nocy z 20 na 21 marca 2003 roku komandosi GROM razem z Navy SEALs zajęli terminale naftowe w porcie Umm Kasr, jedynym głębokowodnym porcie Iraku, i Polska znalazła się wśród czterech państw, których żołnierze weszli do Iraku z bronią od pierwszej nocy wojny. Kilka miesięcy później, 3 września 2003 roku, w Babilonie polskie dowództwo przejęło odpowiedzialność za strefę środkowo-południową. Dywizja liczyła około 8500 żołnierzy, z czego Polaków było 2500, resztę przysłało ponad dwadzieścia państw, od Hiszpanii po Mongolię, a strefa obejmowała pięć prowincji. Nigdy wcześniej po II wojnie światowej polskie dowództwo poza krajem nie kierowało taką liczbą obcych żołnierzy. Armia, której struktury jeszcze kilkanaście lat wcześniej projektowano dla Układu Warszawskiego, musiała w ciągu kilku miesięcy nauczyć się dowodzić koalicją i uczyła się tego na żywym organizmie.

Tego się nie robi bez ceny. W Iraku zginęło dwudziestu dwóch polskich żołnierzy, w Afganistanie czterdziestu trzech i cywilny ratownik medyczny zatrudniony w wojsku, razem sześćdziesiąt sześć osób. Do tego rachunku nie wchodzą Polacy, którzy zginęli w Iraku poza wojskiem: dwaj dziennikarze, funkcjonariusz BOR i trzej byli żołnierze pracujący dla zagranicznych firm ochroniarskich. Pierwszym polskim żołnierzem, który zginął w Iraku, był major Hieronim Kupczyk, śmiertelnie postrzelony 6 listopada 2003 roku, gdy ostrzelano jego konwój, a następnie pośmiertnie awansowany na podpułkownika. Dla kraju, w którym wojna od dwóch pokoleń należała do pamięci rodzinnej, każda trumna przylatująca do Polski była wydarzeniem, które trzeba było jakoś wytłumaczyć rodzinie, jednostce i opinii publicznej.

Byłoby jednak nieuczciwe udawać, że Polska kierowała się wyłącznie ofiarnością. Liczyła, i miała prawo liczyć, na pozycję w sojuszu, na to, że armia nauczy się współczesnej wojny, i na pieniądze z odbudowy Iraku. Przed polskimi firmami roztaczano wizję kontraktów wartych nawet cztery miliardy dolarów, zarezerwowanych dla sojuszników, i do Krajowej Izby Gospodarczej zgłosiło się około 1600 przedsiębiorstw. Skorzystało mniej więcej dwadzieścia. Skończyło się na około 410 milionach dolarów, w większości za sprzęt wojskowy, z długim sporem z nowym rządem w Bagdadzie w tle. Pozycję i doświadczenie wojsko zdobyło, chyba nawet więcej, niż zakładano, bo Irak bezlitośnie pokazał słabość sprzętu i struktur, a bez tego obnażenia trudno sobie wyobrazić późniejszą modernizację. Kontrakty okazały się w dużej części złudzeniem, i to złudzeniem, które polska strona sama sobie chętnie zbudowała.

Była też cena, której nie było widać wcale, bo miała pozostać niewidoczna. W grudniu 2002 roku do Starych Kiejkut, niedaleko Szczytna, przywieziono więźniów amerykańskiego programu CIA. Jeden z nich przebywał tam do 22 września 2003 roku. Program był amerykański i przesłuchania prowadzili Amerykanie, ale miejsce leżało w Polsce. W lipcu 2014 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł, że Polska ponosi odpowiedzialność za to, co działo się na jej terytorium, i zasądził każdemu ze skarżących po 100 tysięcy euro. Stany Zjednoczone nie podlegają jurysdykcji Trybunału, więc w tej sprawie przed Strasburgiem stanąć nie mogły.

Sojusznik, któremu tak zależało na tym, żeby go widziano, wziął na siebie także tę część sojuszu, która miała pozostać niewidoczna. Kiedy po blisko dwunastu latach przyszedł rachunek, wystawiono go temu spośród dwóch partnerów, którego można było wezwać do zapłaty.

Na tym kończy się polski rachunek. Co z niego zobaczyła Ameryka?

IV. „You forgot Poland”

Trzy lata po ataku na WTC, 30 września 2004 roku, na Uniwersytecie Miami w Coral Gables odbyła się pierwsza debata prezydencka tamtej kampanii. Poświęcona była polityce zagranicznej i bezpieczeństwu, a pierwsze pytanie prowadzącego, Jima Lehrera, dotyczyło wprost tego, czy kandydat potrafiłby skuteczniej zapobiec kolejnemu 11 września. W pewnej chwili John Kerry, wyliczając błędy administracji w Iraku, powiedział, że kiedy tam wchodzono, były to trzy kraje: Wielka Brytania, Australia i Stany Zjednoczone, a to przecież żadna wielka koalicja. George W. Bush dostał trzydzieści sekund na odpowiedź i zaczął od zdania, które przeżyło całą tamtą kampanię: „Well, actually, he forgot Poland”. Zwracał się do widzów, mówiąc o rywalu w trzeciej osobie. Do obiegu zdanie weszło jednak jako „You forgot Poland”, bezpośrednie zawołanie i już ta drobna przeróbka pokazuje, kto od tej chwili opowiadał tę historię. Potem Bush mówił o trzydziestu państwach, o szacunku dla ich ofiar i o tym, że nie da się przewodzić światu, jeśli lekceważy się tych, którzy stoją obok.

Warto przyjrzeć się, jak w tej wymianie wyglądała Polska. Półtora roku wcześniej, 21 marca 2003 roku, sekretarz obrony dziękował na konferencji w Pentagonie Wielkiej Brytanii, Australii i Polsce za bezpośredni udział w walce, a pięć dni później prezydent mówił publicznie, że Polacy zabezpieczyli iracką platformę naftową. Kerry Polski po prostu nie policzył, choć polscy komandosi byli w Iraku od pierwszej nocy wojny, a polska dywizja od ponad roku odpowiadała za własny sektor. Bush ją pamiętał, ale jako argument, który po jednym zdaniu rozpłynął się w liczbie trzydziestu; nazwisko polskiego prezydenta padło z jego ust chwilę później, w tym samym tonie. Wypomniał zresztą Kerry’emu, że nazywa tych sojuszników przymuszonymi i przekupionymi, więc Polska posłużyła mu przede wszystkim za amunicję w sporze z rywalem. O kraju, który miał swoich poległych, swoje powody i swój sektor na mapie Iraku, żaden z nich nie powiedział ani słowa.

Obiegowa pamięć tej sceny dopisuje do niej śmiech sali. Czy ktoś na sali się zaśmiał, trudno dziś rozstrzygnąć, bo publiczność zobowiązano do milczenia przez całe dziewięćdziesiąt minut, i w gruncie rzeczy nie to było ważne. Śmiech, który się liczył, przyszedł z sieci. W niespełna dwie godziny po debacie pewien fotograf założył stronę youforgotpoland.org i sklep z koszulkami, a potem przez lata krążyły memy, w których zdanie Busha odrywało się od Iraku, od debaty i w końcu od jakiegokolwiek sensu politycznego. Śmiali się przeciwnicy Busha, a śmieszyło ich, że prezydent w ogóle wyciąga Polskę jako argument. Z jednego zdania sieć zrobiła puentę i w tej postaci Polska weszła do amerykańskiej wyobraźni: jako sojusznik, którego samo wymienienie jest dowcipem.

Wrogości w tym nie było. Amerykanie, którzy się z tego śmiali, na ogół nic przeciwko Polsce nie mieli. Polska zdążyła już wypaść z ich pola widzenia, więc kiedy znów się w nim pojawiła, pojawiła się jako coś zabawnego. Kraj, który w dniu ciosu zobaczył Amerykę jak siebie, sam został zobaczony jako żart. Polska zresztą nie pierwszy raz wypadła z opowieści, w której Ameryka gra główną rolę. Cztery lata wcześniej Hollywood oddało w filmie U-571 amerykańskim marynarzom zasługę zdobycia Enigmy, która w rzeczywistości należała do Brytyjczyków, a o polskich kryptologach, którzy złamali Enigmę jeszcze przed wojną, nie wspomniało ani słowem.

We wtorek 11 września 2001 roku polska firma w pierwszych minutach szukała w płonącym obrazie swojego Amerykanina. Trzy lata później amerykański kandydat na prezydenta liczył sojuszników i doliczył się trzech.

Ta sama sieć, która w dwie godziny zrobiła z Polski mem, robiła już wtedy coś znacznie poważniejszego z obrazem, od którego wszystko się zaczęło.

V. Pęknięcie obrazu

W lipcu 2004 roku Komisja do spraw 11 września ogłosiła swój raport. Najważniejszą porażką, pisali jej członkowie, była porażka wyobraźni, bo przywódcy nie pojęli powagi zagrożenia. Państwo amerykańskie nie było ślepe w zwykłym sensie. Miało w aktach notatkę agenta FBI z Phoenix z lipca 2001 roku o ludziach związanych z bin Ladenem, którzy uczą się pilotażu, w sierpniu jego służby zatrzymały Moussaouiego, od końca sierpnia wiedziało, że dwóch znanych amerykańskim służbom członków Al-Kaidy przebywa w Stanach, i miało poranny raport dla prezydenta z 6 sierpnia, zatytułowany tak, że dziś trudno go czytać bez dreszczu: Bin Ladin Determined To Strike in US. Nawet to, że samolot pasażerski może posłużyć za pocisk, ktoś sobie wcześniej wyobraził: planiści obrony powietrznej rozważali taki scenariusz w ćwiczeniach, tyle że zakładali maszyny nadlatujące z zagranicy. Wszystko to leżało w różnych szufladach różnych instytucji i nikt nie złożył z tego obrazu. Obraz powstał dopiero na ekranie, kilka minut po 14:46 naszego czasu.

Potem przyszła korekta i to jest chyba najmniej pamiętana część tej historii. Półtora roku później to samo państwo budowało już obraz z materiału, którego w ogóle nie miało. W marcu 2005 roku komisja Silbermana i Robba, powołana do zbadania, jak wywiad ocenił iracką broń masowego rażenia, stwierdziła, że niemal wszystkie przedwojenne oceny w tej sprawie były całkowicie błędne. Tezę o mobilnych laboratoriach biologicznych, która trafiła nawet do wystąpienia sekretarza stanu w Radzie Bezpieczeństwa ONZ w lutym 2003 roku, zbudowano prawie wyłącznie na relacjach jednego informatora, irackiego uciekiniera prowadzonego przez wywiad niemiecki, do którego Amerykanie nie mieli bezpośredniego dostępu. Nadano mu kryptonim „Curveball” i okazał się konfabulantem. Komisja wytknęła analitykom, że dali mu tyle wiary, bo opowiadał to, w co sami już wierzyli. Ten sam aparat wywiadowczy pomylił się więc dwa razy w przeciwnych kierunkach, a za każdym razem gotowy obraz świata ważył u niego więcej niż to, co leżało w aktach.

Mniej więcej w tym samym czasie ten sam mechanizm zaczął działać po drugiej stronie ekranu. W kwietniu 2005 roku dwudziestojednoletni Amerykanin, Dylan Avery, opublikował w internecie film Loose Change, który dowodził, że wieże wysadzono od środka, a za zamachem stało własne państwo. Książki spiskowe o 11 września ukazywały się już wcześniej, ale ten film obszedł się bez wydawcy i dystrybutora. Rozszedł się przez Google Video i przez płyty kopiowane i rozdawane z rąk do rąk, kolejne jego wersje obejrzały miliony ludzi, a „Vanity Fair” uznało, że może to być pierwszy przebój internetu. Latem 2006 roku co trzeci Amerykanin pytany w sondażu uważał za co najmniej dość prawdopodobne, że urzędnicy federalni brali udział w zamachu albo świadomie mu nie zapobiegli, żeby wciągnąć kraj w wojnę na Bliskim Wschodzie. Obraz, który we wtorek 11 września 2001 roku był wspólny dla wszystkich, zaczął mieć wersje alternatywne, a każda z nich przyciągała własną publiczność, która oglądała te same kadry wież i widziała w nich coś zupełnie innego. Państwo wyobraziło sobie w 2003 roku za dużo, a dwa lata później część obywateli poszła w jego ślady i wyobraziła sobie w roli sprawcy samo państwo.

Piszę o tym z pewnym dyskomfortem, bo mam w tej historii swoją, niewielką, ale jednak rolę. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych współtworzyłem polski internet i uruchamiałem pierwszą w Polsce transmisję radia w sieci, przekonany, że rozszerzamy przestrzeń, w której ludzie mogą się spotkać. Dziś jestem członkiem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, organu, który nadzoruje nadawców radiowych i telewizyjnych, a więc właśnie te kanały, przez które w 2001 roku wspólnota zobaczyła samą siebie. Z tej perspektywy obserwuję, jak publiczność odpływa od nich na platformy, których działalności prawie nie obejmuje nadzór krajowych regulatorów mediów, a na których każdy dostaje swój własny obraz, skrojony na miarę jego uwagi. Algorytmowi zakazy są niepotrzebne, wystarcza mu rozdzielanie. Nikt nikomu nie zabrania oglądać tego samego, po prostu coraz rzadziej się to zdarza, a wspólne pole widzenia pruje się po cichu, bez żadnego huku, jak tkanina na szwach. Kanały, które nadzoruje Krajowa Rada, są wciąż legalne, koncesjonowane i oglądane, ale przestały być miejscami, w których wspólnota widzi siebie.

Mija właśnie dwadzieścia pięć lat. Co właściwie zobaczymy?

VI. Rocznica bez obrazu

Spróbujmy wyobrazić sobie, że to samo zdarza się dzisiaj. W tamtej sali konferencyjnej sekretarka nie musiałaby już wchodzić z wiadomością, bo każdy przy stole miałby w ręku telefon i każdy dowiedziałby się w innej chwili, z innego źródła i w innej wersji. W pierwszej godzinie krążyłyby tysiące nagrań, część prawdziwych, część wygenerowanych tak starannie, że nikt przy stole nie umiałby ich odróżnić. Po drugiej godzinie spór dotyczyłby już tego, czy to w ogóle się wydarzyło i komu to służy. Każdy dostawałby obraz dopasowany do tego, co myślał wcześniej. Obawiam się, że zamiast „my” powstałyby wtedy obozy, a każdy z nich byłby pewny, że widzi prawdę, podczas gdy pozostałych oszukano. Artykuł 5 pewnie by zadziałał, bo traktaty działają niezależnie od nastrojów, ale nie jestem pewien, czy ktokolwiek napisałby na pierwszej stronie, że wszyscy jesteśmy Amerykanami i czy ktokolwiek by mu uwierzył.

Lament nad epoką niczego tu nie załatwi. Wniosek jest mniej wygodny dla tych, którzy przywykli do tego, że wspólnota bierze się sama. W 2001 roku wspólnota powstała z obrazu w ciągu kilku minut i nikt nie musiał się o to starać. Dziś, jeśli ma powstać, musi sobie ten obraz wypracować sama, świadomie i trochę pod prąd tego, co podsuwa jej ekran. Dotyczy to także pamięci o tym, co Polska po 11 września dała i ile zapłaciła. Ta pamięć nie przyjdzie z ekranu ani naszego, ani amerykańskiego. Dzień pamięci poległych na misjach poza granicami kraju, obchodzony 21 grudnia, został ustanowiony w 2015 roku decyzją ministra obrony na pamiątkę pięciu żołnierzy, którzy tego dnia w 2011 roku zginęli w Afganistanie. Nie jest świętem państwowym i mało kto poza wojskiem o nim wie. Jeśli sami tej daty nie widzimy, trudno mieć pretensje, że nie widzi jej Ameryka. Pamięć sojusznicza to praca historyków i nauczycieli, a poza nimi każdego, kto potrafi opowiedzieć tę historię po angielsku, choćby tym, którzy kiedyś się z niej śmiali.

Tamtego wtorku, po dwóch godzinach, zadzwonił telefon spod Waszyngtonu i ktoś, kogo znaliśmy, powiedział, że wszyscy są cali. Obrazów mamy dziś aż nadto. Brakuje raczej takiego telefonu, głosu kogoś, kogo znamy z imienia i komu wierzymy, kiedy mówi, że nasi są cali.

Maciej Świrski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 11 września 2026