
Rój 2.0. W pewnym momencie warto się zatrzymać
Jedenaście lat temu napisałam tekst „Rój, czyli o emocjach Twittera”. Wróciłam do niego teraz, kiedy na moim timeline pojawił się wpis Dominiki Wielowieyskiej z „Wyborczej” o sprawie Barbary Mróz-Gorgoń: krytyka „pogalopowała za daleko”, a „w pewnym momencie warto się zatrzymać”. Przeczytałam dzisiaj „Rój” trochę z obawą – pisze Anna BIAŁOSZEWSKA
.Jedenaście lat w internecie to mniej więcej trzy epoki geologiczne. Twitter zdążył zmienić właściciela, nazwę, obyczaje, długość wpisów i sporą część użytkowników. Pomyślałam więc, że zapewne znajdę tam świat, którego już nie ma.
Znalazłam coś gorszego. Prawie wszystko nadal tam było.
Pszczoła, która znajduje nektar i daje sygnał pozostałym. Ludzie biegnący za informacją, której sami już właściwie nie sprawdzają. Potrzeba dorzucenia własnego zdania. Rozproszenie odpowiedzialności. Siła płynąca z grupy. I człowiek po drugiej stronie, który w pewnym momencie zaczyna być traktowany jak histeryk, bo najwyraźniej nie rozumie, że przecież „to tylko Twitter”.
Był nawet kamień. Napisałam wtedy, że wystarczy, aby poleciał pierwszy. A pod koniec przywołałam historię kobiety, która zmarła po ataku roju. Jedno ukłucie zapewne niczego by nie zmieniło. Problem polegał na tym, że nie było jednego.
Kiedy w 2015 roku próbowałam policzyć rój, liczby wydawały mi się ogromne. Tweet Karoliny Hytrek-Prosieckiej miał 11 podań dalej, dyskutowało pod nim 76 osób, potencjalny zasięg oszacowano na ponad 34 tysiące. Pisałam wtedy, że wystarczy, aby jedna piąta z nich zechciała dorzucić swoje zdanie, żeby timeline zmienił się w piekło.
Jedenaście lat później brzmi to niemal niewinnie. Bo w sierpniu tego roku internet odkrył Barbarę Mróz-Gorgoń.
Powód był realny. Dokument dotyczący marki Polski zawierał błędy i ślady niezweryfikowanego użycia narzędzi AI, pojawiły się zasadne pytania o sposób jego powstania i finansowania. Część pierwszych medialnych informacji trzeba było później prostować albo doprecyzowywać, ale było co sprawdzać i było co krytykować.
Internet sprawdził. A potem sprawdził jeszcze trochę.
Najpierw dokument. Potem jego autorkę. Jej sposób mówienia. Wcześniejsze wystąpienia. Karierę. Think tank. Dorobek naukowy. W końcu bibliografię jednej z prac. Michał Piękoś prowadził na X własne „śledztwo”. „Tygodnik Solidarność” pisał o źródłach bibliograficznych, których nie udało się odnaleźć. Inni wyciągali kolejne wypowiedzi, nagrania, teksty. Część z tych pytań była całkowicie zasadna.
Tyle że człowiek po drugiej stronie nie dostawał ich osobno. Dostawał wszystkie naraz i w krótkim czasie.
Tym razem możemy nawet spróbować policzyć rój. Według Instytutu Monitorowania Mediów przez 22 dni przed wybuchem sprawy pojawiło się 13,4 tysiąca publikacji dotyczących Barbary Mróz-Gorgoń. W następnych jedenastu dniach — 89,6 tysiąca. Zasięg brutto wzrósł z 30,4 do 178,4 miliona. Oczywiście nie oznacza to 178 milionów ludzi. Monitoring obejmuje różne media, a przy obliczaniu zasięgu brutto kontakt tej samej osoby z przekazem może być uwzględniany wielokrotnie. Ale wielkość skoku trudno przeoczyć. Na X pojedyncze wpisy zbierały już nie jedenaście, ale setki podań dalej i tysiące polubień.
Rój urósł. Tylko pszczoła nadal ma jedno żądło.
.I tutaj mogłabym bardzo wygodnie ustawić się poza rojem. Nie napisałam o Barbarze Mróz-Gorgoń ani jednego tweeta. Nie uczestniczyłam w dyskusji, nie wyciągałam kolejnych materiałów. Tyle że czytałam. I kilka wpisów polubiłam.
Niby nic. Serduszko pod cudzym zdaniem. Nawet nie moje słowa. Ale przecież właśnie o tym jest ten tekst. Rój nie składa się wyłącznie z ludzi, którzy krzyczą. Składa się także z tych, którzy czytają, aprobują, podają dalej, zatrzymują uwagę na kolejnym materiale. Z ludzi, z których każdy zrobił bardzo niewiele.
Ja też zrobiłam bardzo niewiele. I to jest chyba najbardziej kłopotliwe w całym mechanizmie.
Dla każdego uczestnika jego własny udział jest mały. Jeden tweet. Jeden żart. Jeden mem. Jedno podanie dalej. Jedno serduszko. Jedno „a widzieliście jeszcze to?”. Dla człowieka po drugiej stronie kolejny wpis nie jest jednak jednym wpisem. Jest wpisem numer tysiąc. Albo dziesięć tysięcy.
Ja wiem, że kliknęłam raz i za chwilę pójdę zrobić kawę. Człowiek po drugiej stronie nie wie, czy jestem ostatnia. Nie wie nawet, ilu jeszcze będzie. Widzi następne powiadomienie, następny artykuł i następnego człowieka, który właśnie odkrył jego nazwisko. Nie wie też, gdzie kończy się zainteresowanie jego pracą, a zaczyna zainteresowanie nim samym.
21 sierpnia Mróz-Gorgoń złożyła dymisję i napisała o „niewyobrażalnej skali hejtu”. Anna Maria Żukowska odpowiedziała bez większych wątpliwości: pomyliła zasłużoną merytoryczną krytykę z hejtem. „Nikt jej nie hejtował”. Pod wpisem Mróz-Gorgoń pojawiła się jeszcze Community Note tłumacząca w podobnym duchu, że nie była to fala hejtu, lecz krytyka.
To „nikt” jest fascynujące.
Być może rzeczywiście trudno było wskazać jednego człowieka i powiedzieć: o, właśnie on zrobił całą tę rzecz. Każdy zajmował się czymś. Raportem, językiem, think tankiem, publikacjami naukowymi, czymś jeszcze.
Przecież nikt nie zajmował się nagonką. A jednak nagonka może powstać dokładnie w ten sposób. Nie bójmy się również innego słowa: zbiorowy hejt.
Nie dlatego, że każdy jego uczestnik hejtuje. Nie dlatego, że każda krytyczna uwaga staje się hejtem w chwili, w której jest tysięczna. Chodzi o coś trudniejszego: o sytuację, w której suma działań – częściowo uzasadnionych, niejednokrotnie złośliwych, czasem banalnych – zaczyna wywierać na jednego człowieka nacisk jakościowo inny niż każdy z tych gestów osobno.
Bartosz Wieliński nazwał to internetowym „linczem”. Dominika Wielowieyska napisała ostrożniej, że krytyka „pogalopowała za daleko”. I dodała zdanie, od którego wzięłam tytuł tego tekstu: „W pewnym momencie warto się zatrzymać”.
Oczywiście, że Wielowieyska ma rację. Problem w tym, że „w pewnym momencie” nie jest żadną granicą. To opis granicy, którą najłatwiej zobaczyć, kiedy została już przekroczona. Pod jej wpisem Redbad Klynstra zapytał, po czym właściwie poznajemy, że trzeba się zatrzymać: po sposobie traktowania człowieka czy po jego poglądach? Dodałabym jeszcze jedno: czy poznajemy ten moment w ogóle, zanim zobaczymy skutek?
Bo co właściwie wydarzyło się pomiędzy „nikt jej nie hejtował” a „pogalopowała za daleko”?
Może nie było żadnego pojedynczego tweeta, który przekroczył granicę. Po prostu pojawiło się ich bardzo wiele i każdy z osobna nadal można było jakoś uzasadnić.
.Dzisiaj wiadomo o tym mechanizmie znacznie więcej niż w 2015 roku. Badania pokazują, że ludzie nie palą się szczególnie do rozpoczynania publicznego potępienia, ale znacznie chętniej przyłączają się, kiedy ktoś już zaczął. Przy okazji sygnalizują grupie, że znają jej normy: wiem, co my tutaj uważamy za złe.
Ktoś rzucił pierwszy. Drugi zobaczył, że można. Dziesiąty, że wypada. Setny, że należy.
Jest jeszcze coś. Obserwując moralne oburzenie innych ludzi w mediach społecznościowych, potrafimy przecenić jego rzeczywiste natężenie. Widzimy grupę bardziej wściekłą, bardziej wrogą i bardziej jednomyślną, niż jest naprawdę. A potem sami reagujemy już nie tylko na pierwotne zdarzenie, ale także na obraz grupy, który zobaczyliśmy.
Rój może być mniej wściekły, niż sam sobie wygląda.
Niestety nie da się też wszystkiego zrzucić na algorytm. A szkoda. Wygodniej przecież byłoby obwinić Elona Muska. Algorytm nie stworzył potrzeby karania, moralnego oburzenia ani przyjemności płynącej z bycia po właściwej stronie. Może natomiast te odruchy wzmacniać, nagradzać i przyspieszać ich rozprzestrzenianie. Konstrukcja platformy ma znaczenie. Brytyjski Ofcom traktuje dziś tzw. „pile-ons” – masowe zwracanie się wielu użytkowników przeciwko jednej osobie – jako realny problem bezpieczeństwa w sieci. Wydał nawet zalecenia dla platform, jak ograniczać ich tempo i zasięg.
Jedenaście lat po „Roju” rój trafił do języka regulatora. Ale platforma może co najwyżej utrudnić powstanie roju. Kto może go zatrzymać?
I tutaj wpis Wielowieyskiej staje się ciekawszy niż samo stwierdzenie, że „pogalopowało”. Bo być może zbiorowy hejt najskuteczniej zatrzymuje nie człowiek znajdujący się w jego środku. On ma najmniejsze szanse. Kiedy mówi „to już jest hejt”, może usłyszeć dokładnie to, co usłyszała Mróz-Gorgoń: nie, to tylko zasłużona krytyka. Kiedy się broni, obrona może zostać uznana za kolejny dowód winy. Kiedy milczy – można kontynuować.
Znacznie większą siłę ma ktoś z naszej strony. Ale nie ktoś, kto mówi: ona niczego złego nie zrobiła. Być może zrobiła. Nie ktoś, kto każe wycofać krytykę. Być może była całkowicie zasadna. Ktoś, kto mówi tylko: wystarczy.
To ważne, bo rój karmi się nie tylko gniewem. Karmi się także przekonaniem, że wszyscy rozsądni ludzie idą właśnie w tę samą stronę. Jedna Wielowieyska nie zatrzyma tysięcy ludzi. Ale może zrobić coś wcześniejszego i być może ważniejszego: przerwać pozór jednomyślności. Pokazać, że nie trzeba zmieniać zdania o tym, co się wydarzyło, żeby przestać dokładać.
To jest odwrócenie tego, o czym pisałam w 2015 roku. Wtedy interesowało mnie, kto pierwszy pokaże nektar. Dzisiaj bardziej interesuje mnie ten, kto pierwszy przestanie lecieć.
.Jest jeszcze jeden problem. Kara wymierzana przez rój właściwie nie ma końca.
Prawo, ze wszystkimi swoimi wadami, zna przynajmniej ideę proporcji i końca. Kara ma wymiar. Zostaje wykonana. Prawo zna nawet zatarcie skazania: po spełnieniu ustawowych warunków skazanie uważa się za niebyłe.
Internet nie zna właściwie żadnego odpowiednika takiego „dość”. Nie wiadomo, kiedy kara została odbyta. Nie ma zatarcia. Nie ma nawet człowieka, który mógłby powiedzieć: wystarczy, rachunek został zapłacony.
Można przeprosić. Zrezygnować. Poprawić błąd. Wyjaśnić. Nic z tego nie zamyka sprawy, bo jutro ktoś nowy może po raz pierwszy zobaczyć stary tweet, stary wywiad, stary artykuł i po raz pierwszy wymierzyć swoją całkowicie świeżą karę za coś, za co tysiące osób karały już wcześniej.
Dla niego to będzie pierwszy kamień. Dla człowieka po drugiej stronie – kolejny.
I tutaj pojawia się przypadek stanowiący jeszcze trudniejszy test niż historia Barbary Mróz-Gorgoń. Profesor Stanisław Żerko przypomniał przy okazji dyskusji o nagonkach historię Dariusza Ratajczaka. To niewygodny przykład, więc dobry. Ratajczak głosił twierdzenia dotyczące Zagłady, które zasługiwały na zdecydowaną odpowiedź. Spotkały go konsekwencje zawodowe i wieloletni ostracyzm. Nie trzeba go rehabilitować, żeby zobaczyć problem. Zasadność pierwszego kamienia nie legalizuje wszystkich następnych.
Kilka dni temu ostro polemizowałam z Maciejem Świrskim. Nie wycofuję z tej polemiki ani słowa. Świrski sam pisze dziś o zorganizowanym hejcie i publicznej nagonce, a ludzi, z którymi rozmawiał na potrzeby swojej książki Unicestwianie, opisuje jako przepuszczonych przez „maszynerię hejtu”. Oczywiście język ofiary bywa wygodnym sposobem ucieczki od pytania: co właściwie zrobiłeś? Ale właśnie dlatego Świrski jest dobrym testem.
Jeżeli zasada proporcjonalności zbiorowej kary obowiązuje tylko wobec ludzi, których lubię, nie jest zasadą. Jest sympatią przebraną za zasadę.
Można więc jednocześnie zapytać: „Co zrobiłeś?” i „Co teraz robi z tobą tłum?”. Te pytania się nie znoszą. Na oba odpowiedź może brzmieć: coś bardzo niedobrego.
.Publiczna krytyka jest potrzebna. Czasem również bardzo dotkliwa. Ujawnia nadużycia, wymusza odpowiedzialność, pozwala powiedzieć głośno rzeczy, które wcześniej łatwiej było przemilczeć. Gdyby wnioskiem z tego tekstu miało być „bądźmy dla siebie mili w internecie”, szkoda byłoby czasu na jego pisanie.
Nie chodzi też o to, żeby każdy, kto widzi coś złego, milczał z obawy, że gdzieś obok istnieje już dziewięćdziesiąt dziewięć innych głosów. Problem jest subtelniejszy. Może pytanie nie powinno więc brzmieć wyłącznie: czy mam prawo to napisać? Ani nawet: czy to jest prawda? Jest jeszcze trzecie: czy to, co właśnie zamierzam dorzucić, jest w tej chwili potrzebne?
To nie jest wezwanie do autocenzury. Raczej do zauważenia sumy i skali. Można mieć rację i nie pisać. Można znaleźć kompromitujący fakt i zobaczyć, że został już opisany trzydzieści razy. Można nie dołożyć sto pierwszego dowcipu. Można nawet nie kliknąć serduszka.
Jedenaście lat temu interesował mnie pierwszy kamień. Dzisiaj bardziej interesuje mnie sto pierwszy. Pierwszy może być całkowicie uzasadnioną reakcją na coś złego. Sto pierwszy może być dokładnie taki sam, ważyć tyle samo, zostać rzucony z podobnego powodu. Tyle że spada już w zupełnie innym miejscu.
Dominika Wielowieyska napisała, że „w pewnym momencie warto się zatrzymać”. Oczywiście, że warto. Tylko ten moment nie przychodzi z żadnym ostrzeżeniem. Nie pojawia się napis: od tej chwili słuszna krytyka zamienia się w zbiorowy hejt. I pewnie dlatego najtrudniej zauważyć go właśnie tym, którzy nadal mają rację.
Tylko że rój nie wie, że jest rojem. Każdy z nas widzi przecież tylko swój jeden tweet.
Albo swoje jedno serduszko.
Anna Białoszewska

