
Państwo musi się usprawiedliwić. Polemika z Maciejem ŚWIRSKIM
POLEMIKA
Najważniejsze pytanie w sprawie Macieja Świrskiego nie brzmi: czy państwo miało prawo określić jego wartość jako człowieka? Nie miało. I tego wcale nie musimy rozstrzygać. Pytanie brzmi, czy miało prawo zrobić Maciejowi Świrskiemu to, co zrobiło. Tyle że na to pytanie nie odpowie ani Edyta Stein, ani Hannah Arendt, ani Carl Schmitt – pisze Anna BIAŁOSZEWSKA
.Maciej Świrski zaczyna „Utratę miary” od zdania, z którym trudno się spierać. Państwo nie może orzekać o wartości człowieka. Nie nadaje mu godności, więc nie może mu jej odebrać. Nie tworzy osoby, jej sumienia, indywidualności ani moralnej wartości. Człowiek nie staje się człowiekiem z chwilą nadania PESEL-u i nie przestaje nim być po postawieniu zarzutów – pisze.
Zgoda.
Problem zaczyna się chwilę później. Bo z tej dobrej, mocnej i właściwie oczywistej tezy Świrski buduje konstrukcję, która prowadzi nas od jego własnego zatrzymania przez Edytę Stein, Hannah Arendt i Carla Schmitta aż do Auschwitz. Droga jest imponująca. Zwłaszcza jak na kilka godzin jazdy samochodem CBA.
Tyle że po jej przejściu nadal nie wiemy rzeczy najważniejszej: co właściwie w działaniu państwa wobec Macieja Świrskiego stanowiło orzeczenie o jego wartości jako człowieka?
Zatrzymanie nim nie jest. Zarzut nim nie jest. Nawet prawomocne skazanie nim nie jest. Państwo prawa może oceniać czyny człowieka, rozstrzygać o jego odpowiedzialności, ograniczać jego prawa, a w określonych przypadkach pozbawić go wolności. Nie dlatego, że człowieka stworzyło albo że jest źródłem jego godności. Dlatego, że ma określone prawem kompetencje, których granice także prawo wyznacza.
I tę różnicę Świrski zaciera. Dzięki temu jego osobista sprawa może opuścić mało efektowną przestrzeń procedury karnej i przenieść się na znacznie bardziej widowiskową scenę sporu o Człowieka i Państwo. Najciekawsze w „Utracie miary” jest zresztą nie tylko to, co autor pisze. Równie ciekawe jest to, czego postanawia nie rozważać.
.Punktem wyjścia pozostaje jego zatrzymanie, ale materialne przyczyny tego zatrzymania bardzo szybko znikają z kadru. Wiemy przecież, że postępowanie nie dotyczyło abstrakcyjnego konfliktu obywatela z państwem. Świrskiemu przedstawiono konkretny zarzut związany z działalnością zarządu Polskiej Fundacji Narodowej i finansowaniem kampanii „Sprawiedliwe Sądy”. Według prokuratury chodzi o szkodę przekraczającą osiem milionów złotych. Świrski nie przyznał się do zarzucanego mu czynu i złożył wyjaśnienia.
Nie przesądza to oczywiście niczego o jego winie. Nie przesądza nawet, czy samo zatrzymanie było konieczne.
Ale właśnie dlatego trzeba byłoby zapytać, czy istniały jego podstawy, czy było proporcjonalne, czy służyło rzeczywistemu celowi procesowemu, czy może demonstracji siły. Dopiero odpowiedzi na te pytania pozwalałyby ocenić, czy państwo przekroczyło granicę legalnego przymusu.
Świrski wybiera inną drogę. Konkret zostaje porzucony, zanim zdążymy go sprawdzić. W jego miejsce pojawia się ontologia.
Maciej Świrski przestaje być Maciejem Świrskim, wobec którego organy państwa podjęły określone czynności w określonym postępowaniu. Staje się Człowiekiem wobec Państwa. Samochód CBA przestaje być samochodem CBA i zamienia się w laboratorium władzy. Czytane w nim „Korzenie totalitaryzmu” zaczynają opisywać nie historyczny imperializm analizowany przez Hannah Arendt, lecz sytuację człowieka, który nie decyduje, dokąd jest wieziony.
Literacko działa to znakomicie. Logicznie – znacznie słabiej.
.Legalny przymus państwowy z definicji ogranicza autonomię człowieka. Zatrzymany nie wybiera godziny zatrzymania. Skazany nie wybiera zakładu karnego. Dłużnik nie udziela komornikowi zgody na egzekucję. Cała trudność państwa prawa polega właśnie na tym, że pozwala ono ingerować w wolność człowieka bez odbierania mu podmiotowości.
Ograniczenie autonomii nie jest więc jeszcze uprzedmiotowieniem. A uprzedmiotowienia nie da się udowodnić samym faktem zastosowania przymusu.
Świrski przewiduje oczywiście najprostszy zarzut: jest pan stroną, opisuje pan własne doświadczenie. Odpowiada na niego, przywołując ludzi, których osobiste doświadczenie przemocy państwa nie odbierało ich świadectwu wartości poznawczej. I tu ma rację.
Osobiste doświadczenie nie dyskwalifikuje autora. Czasem pozwala zobaczyć coś, czego z zewnątrz nie widać. Człowiek poddany działaniu instytucji ma pełne prawo pytać o naturę tej instytucji, jej władzę i granice.
Tyle że doświadczenie może być źródłem pytania. Nie staje się przez to dowodem odpowiedzi. I dopiero tutaj pojawia się Arendt.
Świrski bierze od niej obraz imperializmu jako ekspansji, która przestaje potrzebować zewnętrznego celu, i przenosi go na relację współczesnego państwa z obywatelem. Państwo staje się „imperialne” już nie wobec innych terytoriów, lecz wobec własnego obywatela. To interesująca analogia. Ale nadal analogia. Żeby stała się opisem mechanizmu, należałoby wykazać, że konkretne postępowanie i konkretne zastosowanie przymusu przestały służyć ograniczonemu prawem celowi, a zaczęły służyć reprodukcji samej władzy. Tego dowodu w „Utracie miary” nie znajduję.
Podobnie ostrożnie trzeba obchodzić się z „banalnością zła”. U Arendt nie oznacza ona po prostu administracyjnego rozproszenia odpowiedzialności. Problem Eichmanna był głębszy: bezmyślność, zdolność do sprawnego funkcjonowania bez rzeczywistego namysłu nad znaczeniem własnych czynów i bez próby spojrzenia na nie z perspektywy drugiego człowieka. Tysiąc urzędników podejmujących tysiąc cząstkowych decyzji może oczywiście stworzyć fatalny mechanizm. Nie każdy taki mechanizm jest jednak jeszcze „banalnością zła” w sensie Arendt. Inaczej jedno z najbardziej wymagających pojęć jej filozofii zacznie nam w końcu opisywać wydział komunikacji.
.Potem pojawia się Edyta Stein. I tu robi się naprawdę ciekawie. Świrski znajduje u niej mocny fundament dla twierdzenia, że osoba nie jest produktem państwa. Słusznie. Stein rzeczywiście dostrzega sferę życia osobowego, której państwo nie jest zdolne wytworzyć nakazem. Nie może stworzyć indywidualności człowieka, przyjaźni, wewnętrznej wspólnoty czy relacji duszy z Bogiem.
Tyle że Stein jest dla argumentacji Świrskiego znacznie mniej wygodna, niż wynika z „Utraty miary”. Bo ta sama Stein bardzo mocno traktuje suwerenność jako element konstytutywny państwa. Państwo ma być zdolne do stanowienia własnego porządku prawnego, działania we własnym imieniu i rozkazywania. Co więcej, kiedy analizuje granice działania państwa, nie twierdzi, że wolno mu regulować jedynie to, co samo stworzyło. Przeciwnie, dopuszcza bardzo szeroki zakres regulowania zewnętrznego działania człowieka. Granica pojawia się gdzie indziej: państwo może nakazać zachowanie, nie potrafi nakazać określonej osobowości. Może regulować zewnętrzne relacje, nie stworzy przyjaźni.
To subtelniejsze od wygodnego równania: Stein – człowiek przed państwem, Schmitt – państwo przed człowiekiem. Osoba nie pochodzi od państwa. Ale państwo pozostaje państwem.
Świrski bierze pierwszą połowę tego napięcia. Drugą zostawia na półce swojej biblioteczki.
.I wtedy wykonuje chyba najważniejszy skok całego eseju. Pisze, że władzy „wolno odpowiadać tylko na pytania dotyczące tego, czego jest źródłem”. Brzmi świetnie. Tylko dlaczego miałoby być prawdziwe?
Sąd nie stworzył własności, a rozstrzyga o własności. Nie stworzył małżeństwa, a orzeka rozwód. Nie stworzył rodzicielstwa, a ingeruje w sposób wykonywania władzy rodzicielskiej. Nie stworzył ludzkiej wolności, a może zdecydować o jej pozbawieniu.
Źródło bytu i kompetencja prawna należą do dwóch różnych porządków. I tego przejścia Świrski nie dowodzi. Z prawdziwego zdania „państwo nie stworzyło człowieka” nie wynika zdanie „państwo nie może o nim rozstrzygać”. Między jednym a drugim stoi całe piętro teorii prawa, które „Utrata miary” pokonuje jednym skokiem.
Co ciekawe, filozofia polityczna od dawna próbuje odpowiedzieć właśnie na problem, który Świrski postawił. I nie trzeba w tym celu wybierać między Stein a Schmittem. Kant potrafił jednocześnie uznać człowieka za cel sam w sobie, posiadający godność, a nie cenę, i dopuścić prawny przymus państwa. Dworkin nie pytał, czy państwo stworzyło człowieka, lecz jak ma go traktować, aby zachować należną każdemu równą troskę i szacunek. Böckenförde przypominał, że liberalne państwo żyje dzięki przesłankom, których samo nie potrafi zagwarantować, i nie wyprowadzał z tego wniosku, że państwo przestaje być zdolne do stanowienia i egzekwowania prawa.
Wszyscy prowadzą nas do pytania znacznie mniej efektownego od pojedynku Stein ze Schmittem. Za to właściwego.
Skoro wartość człowieka nie pochodzi od państwa, na jakich warunkach państwo może użyć wobec niego przymusu? I tutaj filozofia zaczyna zadziwiająco przypominać Konstytucję. Legalność. Konieczność. Proporcjonalność. Równość. Prawo do sądu. Zakaz arbitralności. Poszanowanie przyrodzonej i niezbywalnej godności.
Mało metafizyki. Dużo roboty. I tu właśnie rozchodzę się ze Świrskim najmocniej. Nie tylko w interpretacji Stein czy Schmitta. W odpowiedzi na pytanie, gdzie właściwie leży miara państwa.
Nie sądzę, żeby wyznaczała ją prosta granica między tym, czego państwo jest źródłem, a tym, co istniało przed nim. Państwo codziennie rozstrzyga o rzeczach, których nie stworzyło. O wolności, własności, rodzinie, odpowiedzialności. Czasem ingeruje w nie bardzo głęboko.
Miara leży gdzie indziej. Państwo musi się człowiekowi usprawiedliwić.
Im głębiej wchodzi w jego wolność, tym więcej jest mu winne wyjaśnienia: na jakiej podstawie, w jakim celu, dlaczego właśnie takim środkiem i dlaczego nie można było mniej. Jego decyzja nie może uzasadniać sama siebie. Władza nie staje się legalna przez sam fakt, że jest władzą.
.I jest jeszcze druga strona tej samej miary, o której w „Utracie miary” prawie nie ma mowy. Godność człowieka nie jest wyłącznie murem postawionym państwu. Bywa również wezwaniem skierowanym do państwa.
Konstytucja mówi nie tylko, że godność jest przyrodzona i niezbywalna. Jej poszanowanie i ochrona są obowiązkiem władz publicznych. Czasami więc państwo narusza godność, kiedy wchodzi za daleko. Innym razem – kiedy stoi z boku. Kiedy nie chroni słabszego, nie zapewnia skutecznego sądu, pozwala silniejszemu dyktować warunki albo nie potrafi wyegzekwować własnego prawa.
Państwo wycofane nie jest z samego faktu wycofania państwem bardziej szanującym człowieka. Czasem jest po prostu państwem bezradnym. Dlatego godność nie wyznacza miejsca, w którym państwo zawsze musi się zatrzymać. Wyznacza standard, według którego państwo musi uzasadnić zarówno swoją ingerencję, jak i swoją bierność. I chyba tutaj znajduje się miara, której szuka Świrski. Państwo traci ją nie wtedy, gdy orzeka o człowieku. Musi o nim orzekać. Traci ją wtedy, gdy przestaje uważać, że człowiekowi należy się odpowiedź na pytanie: dlaczego wolno wam to zrobić?
Carl Schmitt pojawia się w tym miejscu niemal sam. Tyle że już trochę inaczej, niż prowadzi go Świrski. Jego decyzjonizm zaczyna w „Utracie miary” przypominać mechanizm: najpierw władza podejmuje decyzję, później znajduje dla niej paragraf. Tymczasem problem Schmitta był bardziej niepokojący i ciekawszy. Dotyczył sytuacji, w której sama generalna norma nie potrafi przesądzić warunków własnego zastosowania i potrzebny staje się ktoś zdolny rozstrzygnąć o wyjątku.
Świrski dostrzega zresztą problem: gdzie znaleźć takiego suwerena we współczesnym, rozproszonym aparacie państwa? Rozwiązuje go, tworząc suwerena rozproszonego – tysiące drobnych decyzji urzędniczych składających się na stan wyjątkowy bez jednego autora.
To interesująca hipoteza. Tyle że jest już hipotezą Świrskiego, nie Schmitta. Tysiąc małych Schmittów nie składa się automatycznie w jednego dużego Schmitta.
I tutaj widać już mechanizm całego eseju. Filozofowie nie tyle prowadzą autora do wniosku, ile zostają ustawieni na trasie, którą wcześniej dla nich wyznaczył. Arendt dostarcza języka ekspansji władzy i bezmyślności. Stein – ontologicznej granicy. Schmitt – groźby decyzji uwolnionej od normy. Każdy daje potrzebny element. Te mniej wygodne zostają na poboczu.
A na końcu tej drogi czeka Auschwitz. Świrski bardzo wyraźnie zastrzega, że nie porównuje współczesnej Polski z III Rzeszą. I to zastrzeżenie trzeba potraktować uczciwie. Problem w tym, że tekst zdążył już wykonać pracę, od której autor formalnie się odcina. Zatrzymanie prowadzi do uprzedmiotowienia. Uprzedmiotowienie do pytania o wartość człowieka. Stamtąd idziemy do Stein, a od Stein do miejsca, w którym państwo rzeczywiście przyznało sobie prawo decydowania o tym, którzy ludzie mają wartość, a którzy jej nie mają. Autor nie stawia znaku równości. Stawia rzeczy obok siebie. Czasem to wystarcza.
I tutaj „Utrata miary” odsłania swój najbardziej problematyczny poziom. Tekst deklaruje, że nie jest obroną indywidualnej sprawy Macieja Świrskiego. Konstrukcyjnie jednak właśnie tę sprawę wynosi z poziomu, na którym można ją zweryfikować, na poziom, na którym staje się częścią wielkiego sporu o naturę państwa i godność człowieka.
.Czy autor robi to świadomie? Nie wiem. I właściwie nie muszę wiedzieć. Wystarczy zobaczyć, jak działa tekst. Z konkretnego zatrzymania usuwa się okoliczności pozwalające ocenić jego legalność i zasadność. Potem podnosi się poziom abstrakcji. Zatrzymany staje się Człowiekiem. Organ procesowy – Państwem. Ograniczenie wolności – problemem podmiotowości. Wreszcie indywidualna decyzja procesowa zaczyna rzucać cień historii totalitaryzmu.
Im wyżej wchodzimy, tym mniej widać akta sprawy. A przecież po zdjęciu całej filozoficznej scenografii zostaje zdarzenie znacznie bardziej prozaiczne. Państwo zastosowało przymus wobec konkretnego człowieka, podejrzewając go o popełnienie konkretnego czynu. Być może zrobiło to bezprawnie. Być może niepotrzebnie. Być może zatrzymanie było nieproporcjonalne, pokazowe albo instrumentalne. Jeżeli tak było, należy to powiedzieć jasno i państwo powinno za to odpowiedzieć. Ale równie dobrze mogło działać zgodnie z prawem. Tego z „Utraty miary” się nie dowiemy.
Bo zamiast pytania, na które odpowiedź wymaga faktów, Świrski proponuje pytanie, na które odpowiedź zna każdy przyzwoity człowiek: czy państwo może decydować o wartości człowieka? Nie może. Tylko kto twierdził, że może?
I chyba właśnie tu najbardziej widać manipulacyjny potencjał całej konstrukcji. Nie w fałszywym cytacie czy prostym przekłamaniu. To byłoby zbyt łatwe. W zmianie przedmiotu sporu. Jeżeli pytamy o legalność zatrzymania Macieja Świrskiego, możemy się spierać. Potrzebujemy podstawy prawnej, materiału dowodowego, oceny konieczności i proporcjonalności. Możemy dojść do wniosku, że państwo nadużyło swojej władzy. Możemy dojść do przeciwnego. Jeżeli jednak pytamy, czy państwo może określać wartość człowieka, spór właściwie się kończy. Odpowiedź jest oczywista. A wraz ze zmianą pytania zmienia się pozycja samego Świrskiego. Nie jest już człowiekiem, wobec którego państwo zastosowało środek procesowy podlegający prawnej ocenie. Staje się człowiekiem, którego podmiotowości broni się przed państwem roszczącym sobie prawo do określania jego wartości.
Tylko tego ostatniego właśnie należałoby najpierw dowieść. Po zdjęciu Stein, Arendt, Schmitta, totalitaryzmu i Auschwitz zostaje więc prawda mniej efektowna, ale za to możliwa do sprawdzenia. Państwo nie ma władzy nad człowieczeństwem człowieka. Ma natomiast władzę nad częścią jego zachowań. Może je oceniać, może wiązać z nimi konsekwencje, może nawet stosować przymus. Cała rzecz w tym, że nie wolno mu robić tego dlatego, że samo siebie uznało za źródło prawdy, dobra czy ludzkiej wartości. Musi wskazać kompetencję, podstawę, cel i granice swojego działania. I poddać je kontroli.
To jest miara. Nie bezsilność państwa wobec człowieka. Nie wszechwładza państwa nad człowiekiem. Obowiązek uzasadnienia władzy. Państwo rzeczywiście nie jest Bogiem. Ale jest państwem.
.Dlatego najważniejsze pytanie w sprawie Macieja Świrskiego nie brzmi: czy państwo miało prawo określić jego wartość jako człowieka? Nie miało. I tego wcale nie musimy rozstrzygać. Pytanie brzmi, czy miało prawo zrobić Maciejowi Świrskiemu to, co zrobiło. Tyle że na to pytanie nie odpowie ani Edyta Stein, ani Hannah Arendt, ani Carl Schmitt.
Trzeba otworzyć akta.
Anna Białoszewska



