Centrum Walki z Dezinformacją i liberalno-lewicowa pokusa walki o dusze

Centrum Walki z Dezinformacją ma chronić Polskę przed manipulacją, ale sposób przedstawienia jego zaplecza społecznego każe postawić pytanie o ochronę samej demokracji. W ogłoszonej przez Ministerstwo Cyfryzacji liście uczestników spotkania są fundacje Batorego, Geremka i Schumana, nie ma natomiast Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Klubu Jagiellońskiego ani środowiska Kongresu Polska Wielki Projekt. Państwo, które chce rozpoznawać niebezpieczne narracje, powinno szczególnie starannie zadbać, aby jego eksperckiego zaplecza nie zdominował jeden sposób myślenia.
.Rosyjska dezinformacja jest problemem bezpieczeństwa, a fałszowanie dokumentów, podszywanie się pod instytucje i organizowanie skoordynowanych kampanii wpływu wymagają reakcji państwa. Nie wynika z tego jednak, że rząd otrzymuje moralne prawo do rozstrzygania, które przekonania obywateli są właściwe, a które należy potraktować jako zagrożenie. Właśnie w sprawach bezpieczeństwa pokusa rozszerzania własnych kompetencji bywa szczególnie silna, ponieważ sprzeciw wobec władzy łatwo przedstawić jako lekkomyślność wobec niebezpieczeństwa. Dlatego powstanie Centrum Walki z Dezinformacją należy oceniać również przez pryzmat tego, kto będzie patrzył jego twórcom na ręce.
Formalny punkt wyjścia jest już znany: zarządzenie nr 59 Prezesa Rady Ministrów z 29 września 2026 roku weszło w życie 30 września. Centrum powołał premier Donald Tusk, a nie organizacje pozarządowe wymienione w komunikacie resortu. To rozróżnienie ma znaczenie, ponieważ odpowiedzialność za konstrukcję tego mechanizmu ponosi władza publiczna. Pytanie dotyczy więc tego, jak rząd dobiera społeczne zaplecze przedsięwzięcia, które ma oddziaływać na debatę wszystkich obywateli.
Centrum Walki z Dezinformacją i ideowa asymetria konsultacji
Komunikat wymienia jedenaście organizacji pozarządowych obecnych na spotkaniu przygotowawczym, od Demagoga i Panoptykonu po fundacje Batorego, Geremka, Schumana i Pułaskiego. Nie jest to jednak lista formalnych członków CWD, którego skład zarządzenie opiera na przedstawicielach administracji i instytucji państwowych. Podmioty społeczne mogą być zapraszane do współpracy, a przewodniczący może tworzyć radę ekspertów. Krytyka doboru rozmówców nie wymaga dopisywania im stanowisk, których na podstawie komunikatu nie można potwierdzić.
Nie trzeba zarazem udawać, że przedstawiony zestaw nazw jest ideowo przezroczysty. Fundacja Batorego deklaruje przywiązanie do społeczeństwa otwartego, różnorodności i praworządności, należy także do sieci Open Society European Network. Jej Fundusz Praw Kobiet wspierał działania dotyczące praw reprodukcyjnych, w tym dostępu do t.zw. legalnej aborcji. Fundacja Geremka otwarcie wskazuje, że promuje wartości swojego patrona i wartości europejskie, kształtuje postawy oraz wpływa na opinię publiczną. Fundacja Schumana działa na rzecz integracji europejskiej, a do swoich zadań zalicza również zwalczanie propagandy antyeuropejskiej; na swojej stronie przypomina przy tym związki swoich początków ze środowiskiem Tadeusza Mazowieckiego. Są to uprawnione wybory programowe, wynikające z określonej tradycji politycznej i obywatelskiej. Właśnie dlatego nie powinny być traktowane jako jedyny możliwy punkt odniesienia dla państwowego rozpoznawania zagrożeń informacyjnych.
Gdzie są SDP, Klub Jagielloński czy Polska Wielki Projekt?
W ogłoszonym wykazie uczestników nie ma Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Klubu Jagiellońskiego ani środowiska Kongresu Polska Wielki Projekt. Z samego komunikatu nie dowiemy się, czy nie zostały zaproszone, odmówiły udziału, czy rozmowy z nimi przewidziano na później. Ministerstwo powinno to wyjaśnić i ujawnić kryteria doboru partnerów, zamiast pozostawiać tak istotną kwestię domysłom. Na razie publicznie przedstawiony obraz współpracy nie pokazuje obecności tych ważnych, odmiennych od liberalno-lewicowego punktów widzenia.
Brak SDP jest szczególnie znaczący w przedsięwzięciu dotyczącym obiegu informacji i możliwych skutków oceniania publikacji. Nie trzeba zgadzać się z każdą wypowiedzią tej organizacji, aby uznać potrzebę wysłuchania reprezentowanego przez nią środowiska dziennikarskiego. Właśnie partner krytyczny wobec rządu może wcześniej zauważyć niebezpieczeństwo, które dla rozmówców przychylniejszych administracji pozostanie niewidoczne. Jeżeli państwo chce współpracować z mediami, powinno zabiegać również o udział tych, które nie przyjmują jego interpretacji rzeczywistości.
Przypadek Klubu Jagiellońskiego jest jeszcze bardziej wymowny, ponieważ pozwala przejść od sporu o reprezentację do konkretnych kompetencji. Klub przedstawia się jako środowisko niepartyjne i chadeckie, odwołujące się między innymi do republikanizmu i konserwatyzmu. Wspólnie z Fundacją Centrum Cyfrowe przygotował raport „AlgoPolska”, poświęcony automatyzacji decyzji, przejrzystości algorytmów i społecznym warunkom zaufania do technologii. Skoro Centrum Cyfrowe figuruje na liście rozmówców ministerstwa, nieobecność współautora tego przedsięwzięcia wymaga tym bardziej rzeczowego wyjaśnienia.
Nie chodzi tu o dopisanie do zdjęcia kilku konserwatystów, aby poprawić proporcje wizerunkowe. Chodzi o ekspertów, którzy potrafią rozmawiać o technologiach i instytucjach, a jednocześnie mogą zakwestionować założenia dominujące w liberalnym obiegu opinii. Wspólny raport Klubu Jagiellońskiego i Centrum Cyfrowego pokazuje, że współpraca ponad różnicami jest możliwa i może przynosić konkretny rezultat. Tym trudniej przekonywać, że odmienność światopoglądowa jest przeszkodą w budowaniu fachowego zaplecza.
Podobnie nie da się sprowadzić środowiska Polska Wielki Projekt do ludzi, których temat bezpieczeństwa informacyjnego po prostu nie interesuje. W programie jego kongresu w 2024 roku znalazła się debata o instrumentalnym wykorzystywaniu organizacji pozarządowych, wojnach hybrydowych, kampaniach dezinformacyjnych i astroturfingu. Taki punkt widzenia może być dla administracji niewygodny, ponieważ nakazuje przyglądać się również ekspertom, pośrednikom i instytucjom deklarującym obronę demokracji. Właśnie ta niewygoda jest argumentem za wysłuchaniem go, a nie powodem do pominięcia.
Żadna z tych organizacji nie ma automatycznego prawa do miejsca w każdym rządowym zespole. Rząd ma jednak obowiązek polityczny wykazać, że dobór konsultantów wynika z kompetencji i potrzeb przedsięwzięcia, a nie z wygody rozmowy we własnym kręgu. W sprawie dotyczącej wolności debaty reprezentatywność trzeba rozumieć szerzej niż jako obecność kilku instytucji o różnych nazwach. Liczy się również obecność różnych sposobów rozumienia demokracji, bezpieczeństwa i granic władzy.
Doradczy charakter nie usuwa problemu władzy nad reputacją
Zarządzenie przewiduje wydawanie komunikatów o zidentyfikowanych działaniach dezinformacyjnych oraz opinii i rekomendacji dla administracji. Nie przyznaje CWD samodzielnego prawa do usuwania publikacji, blokowania kont czy nakładania kar. Jednocześnie posiedzenia są co do zasady niejawne, ich jawność zależy od decyzji przewodniczącego, a minister lub jego przedstawiciel kierujący pracami może powoływać radę ekspertów i zlecać ekspertyzy. Ten zestaw rozwiązań uzasadnia pytania o przejrzystość i kontrolę, choć nie dowodzi, że Centrum już stosuje cenzurę.
Władza nad reputacją może jednak działać bez formalnej sankcji. Wyobraźmy sobie sytuację, w której państwowy komunikat zalicza wypowiedź publicysty do niebezpiecznej kampanii, ale odbiorca nie może poznać pełnych podstaw takiej oceny. Redakcja, reklamodawca czy organizator debaty mogą wtedy potraktować urzędową kwalifikację jako wystarczający powód do zerwania współpracy. To scenariusz ryzyka, którego trzeba unikać przez odpowiednie procedury, a nie opis potwierdzonego działania CWD.
W takiej sprawie nie wystarczy zapewnienie, że eksperci będą rozsądni i bezstronni. Osoba dotknięta publiczną kwalifikacją powinna wiedzieć, które stwierdzenie uznano za fałszywe, na podstawie jakich dowodów i jak może uzyskać sprostowanie błędnej oceny. Szczególnie niebezpieczne byłoby przejście od wykazania nieprawdziwości konkretnej informacji do piętnowania całego stanowiska politycznego. Ochrona reputacji i możliwość odpowiedzi muszą więc towarzyszyć szybkości reagowania, a nie pojawiać się dopiero po pierwszym głośnym błędzie.
Istotna jest również granica między wykrywaniem operacji wpływu a ocenianiem politycznej debaty. Sfałszowane wezwanie do wojska jest czymś innym niż krytyka polityki obronnej, a zmyślony dokument medyczny czymś innym niż spór o organizację ochrony zdrowia. Dowód na działanie sieci kont sterowanych przez obce państwo ma inną wagę niż stwierdzenie, że polski komentator użył argumentu występującego także w zagranicznej propagandzie. Zbieżność fragmentów wypowiedzi nie może sama wystarczać do odebrania obywatelowi prawa do własnego osądu.
Dotyczy to również polityki klimatycznej, migracji i integracji europejskiej. Można uznawać ustalenia nauki o zmianach klimatu, a zarazem krytykować koszty konkretnego instrumentu gospodarczego, podobnie jak można popierać członkostwo Polski w Unii i sprzeciwiać się określonemu przesunięciu kompetencji. Uznanie takich sporów za objaw informacyjnej choroby byłoby politycznym nadużyciem. Centrum Walki z Dezinformacją potrzebuje więc metodologii, która chroni rozróżnienie między sprawdzalnym twierdzeniem, prognozą, oceną i wyborem wartości.
Jawność również wymaga takiego rozróżnienia. Ochrona źródeł wywiadowczych czy technicznych metod wykrywania operacji może być uzasadniona, ale nie powinna automatycznie obejmować zasad doboru ekspertów, kryteriów oceny publicznych treści i procedury naprawiania błędów. Szczegóły operacji mogą wymagać tajemnicy, natomiast reguły ingerowania w reputację uczestników debaty wymagają społecznej kontroli. Im mocniej administracja powołuje się na bezpieczeństwo, tym staranniej powinna pokazać, gdzie kończy się konieczna poufność.
Ostrzeżenia Jana Rokity i Jana Śliwy
Jan Rokita w opublikowanym we „Wszystko co Najważniejsze” tekście „Cud na Facebooku” interpretował zapowiedzi Marka Zuckerberga ze stycznia 2025 roku jako przyznanie, że system weryfikowania treści może podlegać politycznej stronniczości. Jego publicystyczna diagnoza dotyczyła nie tylko usuwania pojedynczych wpisów, lecz również sytuacji, w której określone przekonania uznaje się z góry za podejrzane. Najważniejsze ostrzeżenie wynikające z tej argumentacji brzmi następująco: kontrola informacji może stopniowo zamieniać się w kontrolę granic dopuszczalnej myśli. To perspektywa istotna przy ocenie każdej instytucji, która aspiruje do wyznaczania standardów wiarygodności.
W tekście „Weto, któregośmy wyczekiwali…” Rokita krytykował z kolei polskie rozwiązania dotyczące administracyjnego blokowania treści w internecie. Zwracał uwagę na słabość gwarancji, które miały polegać na zadekretowaniu bezstronności urzędników związanych z mechanizmem politycznego powoływania. Była to ocena innego projektu prawnego, nie analiza kompetencji nowo utworzonego CWD, i tych dwóch spraw nie należy utożsamiać. Można jednak wyprowadzić z niej ważny wniosek: rzeczywista kontrola władzy wymaga zabezpieczeń instytucjonalnych, ponieważ same deklaracje neutralności nie rozwiązują konfliktu interesów.
Ten wniosek dotyczy również ekspertów pozarządowych. Nie stają się oni bezstronni wyłącznie dlatego, że nie pobierają pensji w ministerstwie, podobnie jak konserwatywny ekspert nie staje się niewiarygodny tylko dlatego, że krytykuje liberalny rząd. O wartości ekspertyzy decydują argumenty, źródła i możliwość podważenia jej rozumowania. Gdy natomiast o autorytecie rozstrzyga przynależność do właściwego kręgu, procedura poznawcza zaczyna przypominać system wzajemnego potwierdzania słuszności.
Jan Śliwa w eseju „Jak wygrać wojnę informacyjną. I jak jej nie przegrać” opisuje mechanizmy propagandy, wśród nich etykietowanie przeciwnika, selektywne dobieranie przykładów i przypisywanie winy przez skojarzenie. Podkreśla również skłonność uczestników konfliktu do uznawania własnego przekazu za informowanie, a przekazu przeciwnika za propagandę. Jego rozważania pomagają rozpoznać pułapkę, w której walka z manipulacją sama zaczyna posługiwać się manipulacyjnymi metodami. Odpowiedzią powinno być dążenie do prawdy i gotowość sprawdzania wszystkich stron sporu, również własnej.
W tekście „Mowa nienawiści” Śliwa stawia natomiast pytanie o to, kto ustala normy dopuszczalnej wypowiedzi i czy ochrona wybranych grup nie bywa stosowana asymetrycznie. To autorska krytyka politycznej poprawności, której nie należy przedstawiać jako ustalenia dotyczącego działania CWD. Jej znaczenie dla obecnej sprawy polega na przypomnieniu, że pięknie brzmiąca nazwa polityki publicznej nie usuwa potrzeby badania jej rzeczywistych skutków. Ochrona demokracji może okazać się pustym hasłem, jeżeli nie obejmuje również prawa do krytykowania jej samozwańczych strażników.
Wspólna lekcja tych tekstów nie sprowadza się do twierdzenia, że każde sprawdzanie faktów jest cenzurą. Jest nią przekonanie, że nie wolno zwalniać kontrolerów z obowiązku uzasadniania ocen i przyjmowania krytyki. Dotyczy to liberalnych fundacji, konserwatywnych think tanków, platform cyfrowych i rządowych urzędów w jednakowym stopniu. Państwowa pieczęć nie zmienia oceny w prawdę, a ekspercki tytuł nie zastępuje dowodu.
.Artykuł 54 Konstytucji chroni wolność wyrażania poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji, a także zakazuje cenzury prewencyjnej środków społecznego przekazu. Konstytucyjne ograniczenia praw i wolności muszą mieć podstawę ustawową, spełniać wymóg konieczności i nie mogą naruszać ich istoty. Samo utworzenie ciała doradczego nie jest więc dowodem naruszenia tych zasad. Byłoby jednak politycznie nieodpowiedzialne czekać z pytaniami o zabezpieczenia do chwili, gdy pojawią się pierwsze poważne zarzuty nadużycia.
Centrum powinno publikować kryteria rozpoznawania dezinformacji, zasady doboru ekspertów i informacje pozwalające ocenić ich możliwe konflikty interesów. Potrzebne są również czytelna procedura korekty komunikatów, możliwość przedstawienia odpowiedzi przez ocenianego autora oraz niezależna ocena skutków działania całego mechanizmu. Pluralistyczne zaplecze ma przy tym realnie uczestniczyć w tworzeniu metodologii, a nie wyłącznie potwierdzać gotowe decyzje. Zaproszenie SDP, Klubu Jagiellońskiego czy środowiska Polska Wielki Projekt do takiej rozmowy byłoby konkretnym sprawdzianem deklarowanej otwartości.
Równie ważne jest to, czy jednakową miarą będą oceniane przekazy korzystne i niekorzystne dla aktualnej władzy. Rządowy komunikat może zawierać błąd, a krytyczna wobec rządu redakcja może opublikować informację prawdziwą, dlatego status nadawcy nie powinien przesądzać wyniku weryfikacji. Instytucja chroniąca obywateli przed manipulacją musi być gotowa wskazywać również manipulacje ludzi, którzy ją powołali. Bez tej gotowości pojęcie bezpieczeństwa informacyjnego stanie się zbyt wygodnym narzędziem politycznym.
.Polska potrzebuje odporności na obce operacje wpływu, lecz budowanie tej odporności wymaga zaufania szerszego niż zaufanie jednego środowiska. Władza nie powinna oczekiwać, że konserwatywni obywatele przyjmą bez zastrzeżeń oceny mechanizmu, którego społeczne zaplecze przedstawiono bez ważnych konserwatywnych rozmówców. Liberalno-lewicowa pokusa walki o dusze zaczyna się tam, gdzie odmienne przekonanie przestaje być argumentem do rozważenia, a staje się problemem do unieszkodliwienia. Jeżeli Centrum Walki z Dezinformacją ma służyć demokracji, musi chronić również tych, którzy patrzą na jego twórców z nieufnością.
Sebastian Nizio



