Michał KŁOSOWSKI: Po Kaliguli przychodzi Klaudiusz

Po Kaliguli przychodzi Klaudiusz

Photo of Michał KŁOSOWSKI

Michał KŁOSOWSKI

Zastępca Redaktora Naczelnego „Wszystko co Najważniejsze”, szef działu projektów międzynarodowych Instytutu Nowych Mediów, publikuje w prasie polskiej i zagranicznej. Watykanista, autor programów radiowych i telewizyjnych. Stypendysta Departamentu Stanu USA, Instytutu Kultury św. Jana Pawła II rzymskiego Angelicum oraz amerykańskiego Acton Institute. Autor książek „Dekada Franciszka” i „Droga Leona”. Przygotowuje doktorat na Papieskim Uniwersytecie Świętego Krzyża w Rzymie, wykłada na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Marco Rubio proponuje wizję przyszłości Zachodu jako wspólnoty państw zdolnych do obrony własnych interesów, świadomych swojej odrębności, a jednocześnie przekonanych, że właśnie dzięki tej odrębności mogą uczestniczyć w szerszym porządku politycznym – pisze Michał KŁOSOWSKI

.W polityce istnieje osobliwy rodzaj przemówień, których znaczenie ujawnia się dopiero, gdy przestanie się traktować je jako wypowiedzi dotyczące bieżących spraw, a zacznie dostrzegać w nich próbę uporządkowania rzeczywistości według pewnej opowieści, która, choć pozornie odnosi się do przeszłości, w istocie ma dopiero stworzyć warunki dla przyszłości. Do takich przemówień należało wystąpienie Marca Rubio wygłoszone 7 października 2026 roku w Atenach, na Pnyksie, w miejscu, gdzie przed dwudziestoma pięcioma stuleciami gromadzili się obywatele ateńskiej polis, aby uczestniczyć w sprawowaniu władzy, i skąd rozciąga się widok na Akropol, którego świątynie, mimo wszystkich katastrof świata, jakich doświadczała europejska historia, pozostają jednym z najtrwalszych symboli jej cywilizacyjnej ciągłości.

Wybór tego właśnie miejsca miał znaczenie wykraczające poza zwyczajną potrzebę nadania dyplomatycznej uroczystości odpowiedniej oprawy, ponieważ amerykański sekretarz stanu, stojąc w przestrzeni związanej z narodzinami demokracji, mówił nie tyle o instytucjach, dzięki którym obywatele mogą ograniczać władzę, ile o źródłach potęgi, ambicji i zbiorowej woli, które pozwalają narodom nie tylko przetrwać, lecz także narzucać historii własny kierunek.

W jego opowieści Grecja, Rzym, chrześcijaństwo i amerykańska republika stawały się kolejnymi postaciami tej samej cywilizacyjnej energii, której współczesne osłabienie miałoby tłumaczyć niepewność Zachodu, a której ponowne odkrycie pozwoliłoby mu odzyskać zdolność działania w świecie coraz mniej skłonnym respektować jego dotychczasowe przywileje.

Słuchając tej opowieści, można było jednak odnieść wrażenie, że jej właściwym adresatem nie są wyłącznie Europejczycy, którym Marco Rubio przypominał o zapomnianym dziedzictwie, ale również Amerykanie, a zwłaszcza ci spośród nich, którzy będą musieli kiedyś rozstrzygnąć, czym stała się epoka Donalda Trumpa i co z niej pozostanie, gdy zabraknie człowieka, którego osobowość nadała jej charakter. W tym sensie ateńskie przemówienie było czymś więcej niż obroną polityki obecnej administracji: stanowiło próbę znalezienia dla niej języka zdolnego przetrwać okoliczności, które ją zrodziły, a być może także człowieka, z którym pozostaje ona niemal nierozdzielnie związana.

Testament imperatora i dziedzictwo Donalda Trumpa

Kiedy w styczniu 41 roku zamordowano Kaligulę, rzymscy senatorowie mogli przez krótką chwilę wyobrażać sobie, że oto otwiera się przed nimi możliwość przywrócenia republiki, której instytucje wprawdzie nadal istniały, ale której rzeczywista treść polityczna została w ciągu poprzednich dziesięcioleci niemal całkowicie podporządkowana woli i władzy cesarskiej.

Śmierć władcy, którego imię stało się dla potomnych symbolem arbitralności i nieprzewidywalności, mogła sugerować, że wraz z nim kończy się również pewien model sprawowania rządów, jednak podobne oczekiwanie opierało się na złudzeniu, które wielokrotnie powracało później w historii; przekonaniu, że skoro określony porządek kojarzy się przede wszystkim z jednym człowiekiem, to jego usunięcie musi oznaczać kres samego porządku.

Kiedy jednak cesarzem został Klaudiusz, członek dynastii julijsko-klaudyjskiej, przez wiele lat odsuwany na margines życia publicznego, zajmujący się studiowaniem przeszłości i traktowany przez własne otoczenie jako postać pozbawiona większego znaczenia politycznego, wyniesiony do władzy przy decydującym udziale pretorianów, nie spełnił republikańskich nadziei części senatorów, lecz zajął się organizowaniem imperium, usprawnianiem jego administracji, rozbudową infrastruktury i wzmacnianiem mechanizmów sprawowania władzy, której osobisty charakter nie został bynajmniej zakwestionowany. Po latach rządów Rzym nie odzyskał dawnego ustroju, otrzymał jednak bardziej uporządkowaną postać systemu, który zdążył już w znacznym stopniu zastąpić republikę.

Historyczna doniosłość tej sukcesji nie polega na prostym przeciwstawieniu dwóch cesarskich osobowości, z których jedna miałaby uosabiać chaos, a druga rozsądek, tym bardziej że sam obraz szalonego Kaliguli, który swego konia uczynił cesarzem, został ukształtowany przez autorów piszących z określonej perspektywy społecznej i politycznej, a Klaudiusz wcale nie był wolny od brutalności tak właściwej rzymskiej władzy. Znacznie ważniejsze wydaje się spostrzeżenie, że system, którego arbitralność wcześniej budziła sprzeciw, mógł zostać utrwalony właśnie dzięki temu, iż kolejny władca nadał mu formę bardziej przewidywalną, a przez to łatwiejszą do zaakceptowania. To, co w jednym momencie historycznym odczuwane było jako wyjątek od przyjętych reguł, w następnym mogło już funkcjonować jako reguła, której wyjątkowego pochodzenia nie trzeba było nieustannie przypominać. Nie oznacza to oczywiście, że Donalda Trumpa należałoby utożsamiać z szalonym Kaligulą, a amerykański system konstytucyjny z cesarskim Rzymem, ponieważ podobne zestawienie, gdyby potraktować je dosłownie, więcej by zaciemniało, niż wyjaśniało. Chodzi, rzecz jasna, wyłącznie o mechanizm, który może występować i reprodukować się w rozmaitych ustrojach i epokach.

.Wielka zmiana polityczna, zanim stanie się nowym porządkiem, dokonuje się również w języku, przez który ludzie rozpoznają własne położenie i nadają sens zbiorowym doświadczeniom. Donald Trump przekształcił amerykańską debatę nie tylko przez konkretne decyzje dotyczące handlu, migracji, bezpieczeństwa czy relacji międzynarodowych, ale również dlatego, że zakwestionował język, za pomocą którego przez dziesięciolecia uzasadniano określoną rolę Stanów Zjednoczonych w świecie. Pojęcia, które wcześniej uchodziły za niemal oczywiste, takie jak przywództwo, współzależność, globalizacja, odpowiedzialność za porządek międzynarodowy, zaczęły być poddawane pytaniu o to, komu właściwie służą i dlaczego amerykańskie państwo miałoby ponosić związane z nimi koszty. Zwolennicy Donalda Trumpa odnajdywali w tej zmianie języka obietnicę odzyskania politycznej sprawczości, podczas gdy jego krytycy dostrzegali niebezpieczeństwo osłabienia instytucji, których znaczenie polega na tym, że powinny pozostawać względnie niezależne od zmiennych nastrojów i osobowości sprawujących władzę.

Następca. Marco Rubio i przyszłość Zachodu

Marco Rubio, choć pozostaje częścią tej samej administracji i broni jej zasadniczych wyborów, posłużył się w Atenach innym sposobem uzasadniania rzeczywistości. Tam, gdzie trumpowska retoryka często odwołuje się do bezpośredniego doświadczenia niesprawiedliwej umowy, utraconego przemysłu, nieszczelnej granicy czy nieuczciwie rozłożonych ciężarów sojuszniczych, Rubio zaproponował opowieść o wielowiekowym trwaniu pewnej cywilizacyjnej dyspozycji, której przejawami miałyby być zarówno greckie umiłowanie doskonałości, rzymska zdolność organizowania świata, chrześcijańska refleksja nad porządkiem moralnym, jak i współczesna amerykańska ambicja technologiczna.

W ten sposób polityczne hasło „America First”, wyrastające z określonych doświadczeń społecznych początku XXI wieku, zostało wpisane w historię dłuższą niż spory partyjne i przedstawione jako jedna z możliwych konsekwencji całej zachodniej tradycji. Jest w tym przedsięwzięciu coś więcej niż zwyczajna próba nadania współczesnej polityce szlachetnego rodowodu, chociaż podobnego zamiaru nie sposób z niego całkowicie wykluczyć. Każdy trwały porządek polityczny potrzebuje bowiem nie tylko instytucji, interesów i ludzi gotowych go podtrzymywać, ale również, a może przede wszystkim opowieści pozwalającej jego uczestnikom uwierzyć, że to, co istnieje, nie jest wyłącznie rezultatem przypadkowego zbiegu okoliczności, lecz posiada sens wykraczający poza doraźne zwycięstwo.

Historia, przywoływana w takich momentach, przestaje być jedynie przedmiotem poznania, a staje się źródłem legitymizacji, dając współczesnym możliwość przedstawienia własnych wyborów jako kontynuacji czegoś, co istniało na długo przed nimi i co dzięki ich działaniu ma istnieć nadal. Niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, kiedy porządkująca siła takiej opowieści zaczyna przesłaniać to, czego sama opowieść nie potrafi objąć, gdyż cywilizacje, w przeciwieństwie do programów politycznych, nie rozwijają się według jednolitego planu, a ich wielkość powstaje często z napięć, których nie dałoby się rozstrzygnąć bez utraty czegoś istotnego.

Ateńska demokracja wyrastała ze wspólnoty obywateli, z której wykluczona była jednak znaczna część mieszkańców polis; rzymskie prawo rozwijało się w obrębie imperium podporządkowującego sobie inne ludy; chrześcijaństwo, chociaż kształtowało europejską tożsamość, wprowadzało do niej równocześnie zasadę, według której godność człowieka nie może być ostatecznie uzależniona od przynależności politycznej. Nowoczesna Europa zawdzięcza wiele własnemu przekonaniu o zdolności poznawania i przekształcania świata, ale historia tej samej ambicji zawiera zarówno odkrycia naukowe, jak i doświadczenia podboju, kolonizacji oraz przemocy.

.Szczególnie interesujące jest pod tym względem zestawienie postaci, które pojawiły się w przemówieniu Rubio jako przykłady zachodniego rozumienia odwagi i wierności: Sokratesa, Achillesa i Tomasza Morusa. Wszystkich trzech można przedstawić jako ludzi gotowych ponieść najwyższą cenę za wartości, których nie chcieli się wyrzec, lecz przecież między Achillesowym pragnieniem nieśmiertelnej sławy, sokratejskim posłuszeństwem wobec sumienia i Morusową odmową podporządkowania przekonań religijnych oczekiwaniom monarchy istnieją różnice tak głębokie, że samo pojęcie heroizmu nie wystarcza do ich przezwyciężenia.

Być może właściwa trudność zachodniego dziedzictwa polega więc na tym, zdaje się mówić Rubio, że obejmuje ono zarazem wolę potęgi i przekonanie o istnieniu granic, których nawet potęga nie powinna przekraczać; zdolność zdobywania świata i powiedzenia „nie” tym, którzy chcieliby świat całkowicie podporządkować własnej woli. Jednak historia Zachodu nie jest jednym, nieprzerwanym triumfem określonych cnót, lecz raczej nieustającym sporem o to, co należy uznać za cnotę i w czyim imieniu wolno się na nią powoływać. Pytanie o wielkość cywilizacji musi zatem pozostać związane z pytaniem o moralną miarę jej działania, inaczej łatwo dochodzi do sytuacji, w której słowa pierwotnie wyrażające pewne zobowiązanie wobec rzeczywistości zaczynają służyć przede wszystkim uwalnianiu władzy od konieczności odpowiadania przed tą rzeczywistością.

Byłoby jednak błędem nie dostrzec politycznego znaczenia samej próby stworzenia takiej syntezy, zwłaszcza że dokonuje się ona w momencie, gdy Stany Zjednoczone, podobnie jak ich europejscy sojusznicy, muszą na nowo określać relacje między bezpieczeństwem a suwerennością, interesem narodowym a zobowiązaniami międzynarodowymi, gospodarczą współzależnością a zdolnością do samodzielnego działania. W warunkach wojny na Ukrainie, konfliktów na Bliskim Wschodzie, rywalizacji technologicznej i rosnącego znaczenia przemysłu obronnego nie wystarcza już powtarzanie formuł, które w innych okolicznościach pozwalały zachowywać wrażenie stabilności.

Rubio proponuje w odpowiedzi obraz Zachodu jako wspólnoty państw zdolnych do obrony własnych interesów, świadomych swojej odrębności, a jednocześnie przekonanych, że właśnie dzięki tej odrębności mogą uczestniczyć w szerszym porządku politycznym. Nie jest to powrót do przedtrumpowskiego wyobrażenia amerykańskiego przywództwa, w którym instytucje międzynarodowe i gospodarcza współzależność miały stopniowo ograniczać znaczenie dawnych antagonizmów, lecz raczej próba wypracowania odmiennego uzasadnienia sojuszu transatlantyckiego, opartego na przekonaniu, że wspólnota interesów nie wymaga zaniku narodowych ambicji.

W porównaniu z monachijskim wystąpieniem J.D. Vance’a z lutego 2025 roku, w którym Europa została skonfrontowana przede wszystkim z zarzutami dotyczącymi jej własnych praktyk politycznych, Rubio wybrał język historycznego pokrewieństwa i wspólnej odpowiedzialności, nie rezygnując przy tym z zasadniczej treści polityki „America First”. Można zatem widzieć w jego przemówieniu nie zapowiedź zerwania z dotychczasowym kierunkiem, lecz próbę przetłumaczenia go na język, w którym europejscy partnerzy mogliby odnaleźć również własne miejsce.

Podobny problem, choć oczywiście w nieporównywalnych warunkach, musiał rozwiązywać Klaudiusz, kiedy w roku 48 wystąpił przed rzymskim Senatem w sprawie dopuszczenia przedstawicieli elit galijskich do najwyższych godności politycznych. Zachowany częściowo na brązowej tablicy odnalezionej w Lyonie tekst jego przemówienia należy do tych niezwykłych świadectw starożytności, w których historia pozwala usłyszeć nie tylko argumentację władcy, lecz także niepokój wspólnoty obawiającej się, że poszerzenie granic uczestnictwa oznacza utratę własnej tożsamości. Klaudiusz, urodzony zresztą właśnie w Lugdunum, nie odpowiadał na ten niepokój zapewnieniem, że Rzym pozostanie niezmienny; przeciwnie, przypominał senatorom, iż cała historia ich państwa składała się z kolejnych przemian, a to, co współcześni przyjmują za odwieczny porządek, bywa jedynie utrwalonym rezultatem dawnych innowacji.

W relacji Tacyta pojawia się przy tej okazji szczególnie wymowna refleksja nad Atenami i Spartą, które mimo swej potęgi nie potrafiły w taki sposób włączać obcych do własnej wspólnoty, jak czynił to Rzym. Cesarz odwoływał się tym samym do paradoksu, który może wydawać się niewygodny dla każdego programu politycznego budowanego wokół odzyskiwania utraconej tożsamości: wielkość wspólnoty nie zawsze zależy od zdolności zachowania jej pierwotnych granic, ponieważ w pewnych okolicznościach dopiero gotowość do ich przekroczenia pozwala ocalić to, co w niej najistotniejsze. Rzymskość, gdyby pozostała wyłącznie dziedzicznym przywilejem mieszkańców dawnego centrum, nie mogłaby stać się zasadą organizującą tak rozległy i różnorodny świat. W tym sensie historia Klaudiusza przypomina, iż tradycja zdolna do przetrwania nie polega wyłącznie na wiernym powtarzaniu dawnych form, lecz wymaga również rozpoznania, kiedy wierność jej zasadom domaga się zmiany tego, co dotychczas uchodziło za nienaruszalne.

Kwestia wyboru. Zachód po Donaldzie Trumpie

Wystąpienie Rubio pozwala dostrzec podobne napięcie we współczesnej amerykańskiej tożsamości. Syn kubańskich imigrantów, który jako sekretarz stanu Stanów Zjednoczonych stanął na ateńskim wzgórzu i mówił o Grekach, Rzymianach oraz chrześcijańskiej Europie jako o przodkach własnej cywilizacji, sam stanowi świadectwo tego, że uczestnictwo w tradycji nie musi wynikać z biologicznego pochodzenia, ale może być przecież przyjęte, przemyślane i uznane za własne przez kogoś, kto nie należy do niego na mocy genealogii.

Dlatego pytanie o przyszłość Zachodu, którego odnowy domaga się Rubio, nie może sprowadzać się do ustalenia, jakich granic należy strzec i jaką potęgą dysponować, lecz powinno obejmować również refleksję nad tym, na jakich zasadach ludzie przychodzący z różnych miejsc mogą stać się uczestnikami wspólnej historii. Bez tego drugiego pytania opowieść o cywilizacji naraża się na stopniowe utożsamienie jej z zamkniętym zasobem odziedziczonych symboli, które wprawdzie mogą mobilizować tych, którzy już uznają je za własne, ale nie wyjaśniają, dlaczego inni mieliby pragnąć do tej wspólnoty dołączyć. Tymczasem zdolność przyciągania ludzi, a nie jedynie wymuszania ich posłuszeństwa lub podporządkowania, należała do historycznych źródeł trwałości zarówno Rzymu, jak i amerykańskiego eksperymentu politycznego.

Prowadzi to do jeszcze jednej kwestii, być może najważniejszej z punktu widzenia dalszych losów amerykańskiej polityki, ponieważ przedsięwzięcie podejmowane przez Rubio można odczytywać jako próbę rozwiązania problemu, którego nie da się ostatecznie rozstrzygnąć samą retoryką historycznej ciągłości. Jeżeli bowiem ruch polityczny powstaje wokół człowieka zdolnego podważyć zastane reguły, a jego zwolennicy odnajdują w tej zdolności potwierdzenie własnego sprzeciwu wobec dotychczasowego porządku, to prędzej czy później pojawia się konieczność ustalenia, czy źródłem jego legitymacji ma nadal pozostawać osobista wyjątkowość przywódcy, czy też pewien zespół zasad, które mogłyby obowiązywać również wówczas, gdy nikt nie potrafi już przemawiać jego głosem.

W tej perspektywie znaczenie ateńskiego wystąpienia nie zależy od tego, czy Marco Rubio zamierza ubiegać się o urząd prezydenta w 2028 roku ani czy amerykańska prawica uzna go za właściwego kontynuatora obecnej administracji, choć w obecnej sytuacji sądzę, że tak właśnie będzie. Pytania dotyczące wyborczej sukcesji, choć naturalnie istotne dla polityki partyjnej, przesłaniają bowiem niekiedy przemianę trudniejszą do uchwycenia, dokonującą się wtedy, gdy określony sposób widzenia świata zaczyna odrywać się od biografii swojego twórcy i przybiera postać, którą inni mogą przejąć, interpretować i rozwijać.

W takim momencie ideologia nie musi już nieustannie manifestować swego buntowniczego pochodzenia, ponieważ uzyskuje własną historię, własne uzasadnienie i własny język instytucjonalnej ciągłości. Istnieje jednak pewna dwuznaczność każdej tego rodzaju przemiany, którą historia Klaudiusza pozwala dostrzec z niezwykłą wyrazistością. Uporządkowanie systemu nie jest tym samym co przywrócenie zasad ograniczających władzę, podobnie jak nadanie określonym działaniom spójnego uzasadnienia nie przesądza o ich moralnej słuszności.

Klaudiusz potrafił uczynić cesarskie rządy bardziej sprawnymi, ale nie rozwiązał zasadniczego problemu ustroju, w którym los całego państwa pozostawał związany z osobą panującego i niepewnością następstwa. Jego śmierć w roku 54 otworzyła drogę Neronowi, którego panowanie miało ujawnić, jak nietrwała bywa stabilność oparta na umiejętnościach jednego władcy, jeżeli instytucje nie posiadają wystarczającej zdolności przeciwstawienia się arbitralnym decyzjom kolejnego. Być może właśnie ta okoliczność powinna skłaniać nas do szczególnej ostrożności wobec przekonania, że wystarczy zastąpić gwałtowność politycznego języka jego bardziej wyrafinowaną formą, aby rozwiązać problemy, które gwałtowność ta wcześniej ujawniła.

Historia zna liczne przykłady sytuacji, w których język pojednania, ciągłości i odpowiedzialności stawał się środkiem utrwalania struktur władzy niewymagających już od swoich przedstawicieli tak ostentacyjnego demonstrowania siły. W tym sensie najbardziej interesujące pytanie, jakie pozostawia po sobie wystąpienie Rubio, dotyczy nie tyle przyszłości jednej administracji, ile zdolności współczesnej polityki do odzyskania związku między wielkimi słowami a rzeczywistym doświadczeniem tych, którzy muszą żyć w porządku przez nie uzasadnianym; odbudowy relacji elit i ludu.

Suwerenność, cywilizacja, wielkość, honor czy obowiązek pozostają pojęciami istotnymi tak długo przecież, jak długo potrafimy odnieść je do konkretnego człowieka, jego wolności, odpowiedzialności i godności; kiedy zaczynają funkcjonować jako formuły zwalniające z takiej odpowiedzialności, tracą część pierwotnej treści, choć ich publiczna obecność może stawać się coraz bardziej uroczysta. Nie ma więc niczego paradoksalnego w tym, że sekretarz stanu mocarstwa, którego współczesna polityka tak często odwołuje się do siły, wybrał miejsce narodzin demokratycznej debaty, aby przedstawić opowieść o odzyskiwaniu zachodniej potęgi.

Paradoks zaczyna się dopiero wtedy, gdy przypomnimy sobie, iż istotą ateńskiego doświadczenia politycznego nie była sama wielkość polis, lecz przekonanie, że sprawy wspólnoty mogą być przedmiotem sporu prowadzonego przez jej obywateli, a zatem że żaden człowiek, niezależnie od zajmowanego stanowiska i przypisywanej mu chwały, nie posiada wyłącznego prawa do określania jej przyszłości. Pnyks nie jest tylko miejscem, z którego można przemawiać w imieniu Zachodu; pozostaje także świadectwem tego, że Zachód ukształtował się dzięki ludziom gotowym publicznie kwestionować słowa wypowiadane przez tych, którzy przemawiali w jego imieniu.

Można zresztą dostrzec głębszą wymowę samego obrazu, od którego Rubio rozpoczął swoje wystąpienie. Opowiadając o zniszczeniu ateńskich świątyń przez Persów i o późniejszej odbudowie Akropolu, przywołał historię ruin, które stały się częścią fundamentu nowej wielkości, jak gdyby chciał przypomnieć, że cywilizacja nie jest rzeczywistością raz na zawsze ustanowioną, ale zadaniem podejmowanym przez kolejne pokolenia wśród pozostałości dawnych klęsk. Być może jednak w tej historii zawarta jest również przestroga, której nie da się sprowadzić do wezwania o odzyskanie siły: żadna odbudowa nie przywraca dokładnie tego, co zostało utracone, a każda nowa epoka, nawet jeśli odwołuje się do dawnych wzorów, pozostaje odpowiedzialna za własne wybory, których nie można usprawiedliwić samym autorytetem przeszłości.

.Wróćmy raz jeszcze do Klaudiusza, pamiętając, że największe znaczenie historyczne jego panowania nie polegało na odrzuceniu dziedzictwa poprzedników, lecz na nadaniu mu trwałości, której sami mogli nie przewidzieć. Podobna możliwość pojawia się w debacie o politycznej przyszłości Ameryki: to, co za sprawą Donalda Trumpa wystąpiło z taką siłą przeciw zastanym konwencjom, symbolizowanym przez niedziałające schody w siedzibie głównej ONZ, może zostać przekształcone w nowy język amerykańskiej racji stanu, a nawet w porządek, którego następne pokolenie polityków nie będzie już uważało za odstępstwo od normy.

Czy Marco Rubio odegra w tym procesie szczególną rolę, pozostaje pytaniem otwartym, którego rozstrzygnięcie zależy od wydarzeń znacznie wykraczających poza treść jednego wystąpienia. Jeżeli jednak ateńska mowa miała znaczenie wykraczające poza bieżące okoliczności, to właśnie dlatego, że pozwoliła dostrzec możliwość takiej przemiany, a zarazem ujawniła jej wewnętrzną sprzeczność: polityka, która swoją siłę czerpała z kwestionowania obowiązujących reguł, zaczyna poszukiwać trwałości, odwołując się do historii instytucji, tradycji i cywilizacyjnego ładu. Nie wiemy jeszcze, czy z tego poszukiwania wyłoni się język zdolny rzeczywiście uporządkować sprzeczne interesy współczesnego Zachodu, czy tylko bardziej rozbudowane uzasadnienie istniejących napięć, ponieważ samo nadanie politycznej zmianie historycznego sensu nie jest równoznaczne z rozwiązaniem problemów, które doprowadziły do jej narodzin.

Po Kaliguli przychodzi więc Klaudiusz i to niekoniecznie dlatego, że historia zmierza od gwałtowności ku rozwadze, a po okresie niepokoju musi nastąpić czas odbudowy, lecz dlatego, że nawet najbardziej osobista i burzliwa forma władzy, jeśli ma przetrwać własnego twórcę, potrzebuje w końcu kogoś, kto przekształci jej wyjątki w zasady, gesty w instytucje, a doraźne uzasadnienia w opowieść o dziejowej konieczności i nadziejach na przyszłość. Od tego momentu nie wystarczy już pytać, kto sprawuje władzę i jakim językiem przemawia, ponieważ prawdziwa miara ustanowionego przez niego porządku ujawni się dopiero wtedy, gdy ktoś inny, odwołując się do własnego sumienia i własnego rozumienia dobra wspólnego, spróbuje temu językowi zaprzeczyć.

Być może właśnie dlatego z całego ateńskiego przemówienia warto zapamiętać nie tylko słowa o wielkości, potędze i chwale, lecz także samo miejsce, z którego zostały wypowiedziane. Akropol przypomina bowiem o tym, jak wiele może przetrwać z ludzkiego pragnienia nieśmiertelności, podczas gdy Pnyks przywołuje pamięć o rzeczy znacznie mniej widowiskowej, ale dla doświadczenia Zachodu nie mniej istotnej: o odpowiedzialności za słowo wypowiadane wobec innych, którzy zachowują prawo, aby się z nim nie zgodzić.

Michał Kłosowski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 9 października 2026