Andrzej DUDA: Trójmorze, jak do tego doszło?  [fragment książki Prezydenta RP]

Trójmorze, jak do tego doszło? [fragment książki Prezydenta RP]

Photo of Andrzej DUDA

Andrzej DUDA

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Wychodziłem z prostego założenia: skoro zostaliśmy członkami wspólnoty, to nie zamierzaliśmy przez kolejne dekady pozostawać Europejczykami drugiej kategorii. Przyjazna retoryka i deklaracje o jedności płynące z Brukseli to jedno, a drugie – ostra walka o miejsce przy stole. Jak lubił przypominać Lech Kaczyński: nie ma przy nim pustych miejsc; żeby zasiąść, trzeba mocno rozpychać się łokciami – pisze Andrzej DUDA w książce „To ja Andrzej Duda”

.ABC: Adriatyk – Bałtyk – Morze Czarne. Figurę trójkąta można wyrysować między trzema morzami. Wewnątrz znajduje się Europa Środkowa. Dziś Trójmorze przypomina bardziej łańcuch. Ciągnie się od dalekiej północy, Zatoki Fińskiej, na południe aż do Morza Egejskiego. Środkowe ogniwo łańcucha, największe, to Polska.

Minęło 10 lat, ale do dziś pamiętam tamto spotkanie ze szczegółami. Był ciepły wrześniowy dzień, drugi miesiąc mojej prezydentury. W Krynicy-Zdroju rozpoczynało się jubileuszowe XXV Forum Ekonomiczne.

Wspólnie z prezydentami Chorwacji i Macedonii mieliśmy wziąć udział w sesji pod tytułem „Jak zbudować silną Europę? Strategie dla przyszłości”. Kolinda Grabar-Kitarović, prezydent Chorwacji, przyleciała do Krakowa ze sporym wyprzedzeniem. To miało być nasze pierwsze spotkanie. Zaprosiłem panią prezydent na obiad do Willi Decjusza, urokliwego renesansowego pałacyku na Woli Justowskiej w zachodniej części Krakowa.

– Powinniśmy zacząć współpracować w zakresie energetyki – powiedziała Kolinda. – My właśnie ruszamy z budową pływającego gazoportu na wyspie Krk, a wy za chwilę otworzycie terminal w Świnoujściu. Mamy potencjał. Połączmy nasze gazoporty.

Podobnie jak Polska, Chorwacja przez lata importowała gaz z Rosji. I podobnie jak my, aby zabezpieczyć się przed szantażem ze strony Putina, Chorwaci postanowili szukać alternatywnych źródeł dostaw.

Przymknąłem oczy i wyobraziłem sobie mapę Europy. Między Polską a Chorwacją, w zależności od wyboru trasy, znajdowały się jeszcze Słowacja, Czechy, Austria, Węgry i Słowenia. – To musiałby być duży projekt międzynarodowy – zwróciłem uwagę. – Nie da się tego zrobić, dogadując się tylko między sobą. Powinniśmy wspólnie z innymi państwami stworzyć całą sieć zabezpieczenia Europy Środkowo-Wschodniej na wypadek kryzysu energetycznego – powiedziałem. – Można pójść dalej: poza połączeniami energetycznymi rozwinąć połączenia komunikacyjne. Drogi, koleje – żeby łatwiej było się przemieszczać, ludziom i towarom.

Fot. Eliza Radzikowska-Białobrzewska / KPRP

.Zmiana wektora. Dotychczasowy prowadził ze wschodu na zachód. Nowy korytarz gazowy miał biec z północy na południe (i z powrotem, w zależności od potrzeb).

Nasza część Europy miała swoją specyfikę, wynikającą przede wszystkim z zimnowojennego podziału. Byliśmy przez dekady częścią bloku wschodniego (poza Austrią, jedynym państwem kapitalistycznym w naszym gronie). Dziś współtworzyliśmy Unię Europejską – ale jako jej biedniejsza, mniej rozwinięta część. Wówczas, czyli dekadę temu, różnice poziomu życia wciąż były widoczne. Przez dziesięciolecia inwestowano w połączenia infrastrukturalne prowadzące ze wschodu na zachód – bo taki kierunek był na rękę Sowietom, nieustannie dążącym do ekspansji. Budowanie komunikacji północ–południe nie było po ich myśli. Skutki tego obserwujemy do dziś.

Starałem się o tym obrazowo opowiadać innym przywódcom.

– Kiedy jadę z Krakowa do Budapesztu, przekonuję się, jak rozległym państwem jest Słowacja!

I wyjaśniałem, że miasta dzieli dystans niespełna 500 kilometrów, ale pod względem czasowym taka podróż jest wyzwaniem – pokonuje się kręte, wąskie drogi prowadzące przez Karpaty Zachodnie. Gdyby zamiast nich pojechać ekspresówką czy autostradą, czas przejazdu byłby o połowę krótszy.

Państwa Europy Środkowej musiały połączyć siły, by zmniejszyć dystans rozwojowy. Nie chodziło o konkurencję dla Unii Europejskiej, wręcz przeciwnie – raczej o pogłębienie integracji europejskiej w tej części kontynentu. Unijne fundusze spójności miały być podstawą rozwoju infrastruktury. Żeby polepszyć mobilność, ułatwić przedsiębiorcom prowadzenie biznesu za granicą, konieczny był rozwój połączeń.

Nasza część Europy była od wieków strefą walki o wpływy i wielu do dziś chciałoby postrzegać ją wyłącznie w tych kategoriach, bez oglądania się na aspiracje poszczególnych państw. Takie głosy pojawiły się przede wszystkim w Niemczech. Stefan Kornelius, ówczesny szef działu zagranicznego „Süddeutsche Zeitung”, zastanawiał się, czy Inicjatywa Trójmorza nie służy przypadkiem powstaniu „międzynarodówki autokratów”. „Międzymorze jest dawnym geopolitycznym marzeniem wielu Polaków. Miało być federacją państw położonych między morzami Bałtyckim a Czarnym” – stwierdził w swoim tekście Kornelius i dodał, że państwa Trójmorza łączy dziś wspólna koncepcja polityczna: „indywidualna interpretacja liberalnych wolności, jakich domaga się pozostała część UE oraz autorytarny styl rządów, nacjonalizm i izolacjonizm”[1].

Nie byliśmy autokratami ani nie było naszym celem izolowanie się – wręcz przeciwnie.

Krytyka ze strony niemieckich komentatorów nie budziła zdziwienia, bo z pewnością rozwój infrastruktury w tej części Europy, choćby w Polsce, mógł być postrzegany jako budowa swego rodzaju konkurencji dla Niemiec. Przykładowo, biorąc pod uwagę, że dotychczas to niemieckie porty i autostrady obsługiwały Europę, tamtejszym operatorom nie był na rękę rozwój polskich autostrad ani portów w Gdańsku, Gdyni, Świnoujściu czy Szczecinie. Zależało nam jednak, by rozwój Trójmorza nie antagonizował nas z Niemcami. Dla każdego państwa w tym regionie, w tym dla Polski, były one przecież czołowym partnerem gospodarczym. Z kolei opór wobec Trójmorza po stronie wschodniej był czymś oczywistym. Jakiekolwiek wzmacnianie podmiotowości państw Europy Środkowej tradycyjnie było przez Rosję postrzegane jako atak na jej strefę wpływów. Tu pełna zgoda – owszem, Inicjatywa Trójmorza miała na celu uwolnienie się od przekleństwa, jakim było dla naszych państw pozostawanie w cieniu Wielkiego Brata. Żelazna kurtyna opadła, ale kurz po niej wciąż przykrywał wiele sfer, w tym przede wszystkim energetykę.

.Wtedy, na początku mojej prezydentury, cieszyłem się, że mogę rozwijać przedsięwzięcie z taką liderką jak Kolinda Grabar-Kitarović. Byliśmy w podobnym wieku, choć ona miała nieporównywalnie większe doświadczenie. Świetnie władała angielskim, była obyta ze sferami międzynarodowymi – wcześniej pełniła funkcję ambasadora Chorwacji w USA, a także była bliską współpracowniczką sekretarza generalnego NATO Andersa Fogha Rasmussena. Silna polityczna osobowość o niewyczerpywalnych pokładach energii.

Z Kolindą postanowiliśmy pójść za ciosem. Kilka tygodni później braliśmy udział w sesji Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku. Wykorzystaliśmy fakt, że byli tam także przywódcy Bułgarii, Rumunii, Słowenii, Słowacji, Austrii, Czech, Estonii, Litwy, Łotwy oraz Węgier, i zwołaliśmy wspólne spotkanie. Z dzisiejszej perspektywy można stwierdzić, że był to pierwszy, jeszcze nieformalny szczyt Inicjatywy Trójmorza.

Mówiłem o warunkach dobrej współpracy, w tym przede wszystkim o zaufaniu i o orientowaniu się na siebie naszych krajów w planowaniu strategicznym.

– Szanowni państwo, mamy teraz ostatnią szansę, żeby wykorzystać dla połączonej Europy Środkowo-Wschodniej pieniądze z unijnej perspektywy finansowej. Musimy wyjść z tego jako wspólnota, łańcuch państw połączonych politycznie, strategicznie i biznesowo. Połączmy nasze państwa na osi północ–południe.

Na poziomie deklaracji każdy z uczestników okazywał zainteresowanie, choć dało się odczuć różnice w podejściu choćby do kwestii energetyki.

Z prezydentem Jánosem Áderem miałem bardzo dobre relacje, ale byłem świadom szczególnych uwarunkowań, jakie mają Węgry, państwo podwójnie uzależnione energetycznie od Rosji. Podwójnie, bo – podobnie jak reszta Europy Węgry importowały stamtąd gaz, a ponadto ich jedyna elektrownia jądrowa została zbudowana w technologii sowieckiej. Aby zakład mógł dziś funkcjonować, musi być modernizowany przez rosyjskie koncerny.

Nie mogłem zamykać się też na kwestię historycznych napięć pomiędzy Węgrami a Słowakami, Rumunami i Węgrami oraz narodami bałkańskimi.

Wiele na ten temat nauczyłem się od Boruta Pahora, prezydenta Słowenii. Jest niemal dekadę starszy ode mnie, przebył drogę polityczną podobną do tej, która stała się udziałem Aleksandra Kwaśniewskiego – po przemianach ustrojowych został prominentnym działaczem partii socjaldemokratycznej i piął się po szczeblach kariery. Został premierem, ale globalny kryzys finansowy mocno odbił się na portfelach Słoweńców i doprowadził do upadku jego rządu. Szybko powrócił jednak do politycznej pierwszej ligi, wygrał wybory prezydenckie i rządził przez dwie kadencje.

Fot. Andrzej Hrehorowicz / KPRP

.Przy pierwszym spotkaniu z prezydentem Pahorem miałem wrażenie pewnego dystansu, ale w końcu nawiązaliśmy lepsze porozumienie. Kiedy zaprosił mnie z Agatą do Słowenii, najpierw zaproponował, żebyśmy pojechali do XIII-wiecznego zamku Strmol, nieopodal Lublany. Zasugerował wspólną podróż samochodem, co było dość nietypowe, ale okazało się strzałem w dziesiątkę. Pierwszy raz mieliśmy okazję dłużej nieoficjalnie porozmawiać. Okazał się świetnym rozmówcą, ciekawym politykiem. Zresztą do dziś uważam go za jednego z najmądrzejszych przywódców w tej części Europy.

Z Borutem odbyliśmy wiele rozmów o Trójmorzu i o tym, jak wyobraża on sobie rozwój swojego kraju.

– Słuchaj, Polska i Słowenia są zupełnie różne. Wy jesteście wielkim państwem, zajmujecie ważne miejsce w tej części Europy. My jesteśmy krajem małym, dlatego musimy działać prężnie, sprawnie.

I tak faktycznie działał. Słowenia to kraj o wysokim poziomie rozwoju gospodarczego, jeden z najzamożniejszych w regionie i po prostu intrygujący: bałkański, ale z mocnymi wpływami Austrii czy Włoch. Często gratulowałem Borutowi znakomitych wyników słoweńskich sportowców – choćby w narciarstwie alpejskim, ale nie tylko. Dość powiedzieć, że z zimowych igrzysk olimpijskich w 2022 roku Słoweńcy, naród o populacji liczącej tylko nieco ponad dwa miliony osób, przywieźli siedem medali.

Notabene, wartości olimpijskie – szacunek, przyjaźń, dążenie do doskonałości, fair play – to coś, z czego jako państwa Trójmorza mogliśmy z powodzeniem czerpać. Czasem rywalizowaliśmy, ale byłem przekonany, że w obecnej sytuacji geopolitycznej więcej nas łączy, niż dzieli.

W sierpniu 2016 roku Kolinda zaprosiła do Dubrownika przedstawicieli 12 państw. Przepiękne miasto, wakacyjny klimat i świetna kuchnia sprzyjały integracji. Przyjęliśmy deklarację dotyczącą współpracy w obszarach energetyki, transportu, cyfryzacji i gospodarki. Podkreśliliśmy, że celem jest wzmocnienie bezpieczeństwa i konkurencyjności Europy Środkowo-Wschodniej, a tym samym – wzmocnienie Unii Europejskiej jako całości. Rozmawialiśmy sporo o Via Baltica i Via Carpatia. Pierwszy szlak, jeden z najważniejszych korytarzy transportowych w Europie, miał połączyć Polskę, Litwę, Łotwę i Estonię z Europą Zachodnią. Drugi – Via Carpatia – to już ucieleśnienie idei Trójmorza, trasa północ–południe, która ma przebiegać przez Polskę, Słowację, Węgry, Rumunię i Bułgarię, finalnie łącząc litewską Kłajpedę z greckimi Salonikami.

Nie wszystkie państwa były reprezentowane w Dubrowniku na najwyższym szczeblu. Niektóre przysłały przedstawicieli w randze ministra lub wiceministra. Był to sygnał, że inicjatywa wciąż nie jest traktowana przez wszystkich wystarczająco poważnie.

Trzeba było przede wszystkim przełamać obawy przed reakcją ze strony Niemiec. Niektórzy naciskali, by Niemcy stały się częścią Trójmorza, co nie miało merytorycznego uzasadnienia. Mówimy przecież o państwie, które ma najlepiej rozwiniętą infrastrukturę w całej Europie i jest doskonale połączone z innymi krajami. Przekonywałem, że Niemcy mogą stać się partnerem, wzorcem rozwojowym, ale zapraszanie ich do członkostwa to nieporozumienie. Starałem się też na każdym kroku obalać pogląd, że Inicjatywa Trójmorza to jakaś alternatywa dla Unii Europejskiej – bo takie myślenie przekładało się na niechęć Komisji Europejskiej do całej inicjatywy. A przecież my Unii potrzebowaliśmy, chcieliśmy jak najlepiej spożytkować unijne fundusze spójności. Zapraszaliśmy przedstawicieli Komisji Europejskiej na spotkania Inicjatywy Trójmorza. Wychodziłem z prostego założenia: skoro zostaliśmy członkami wspólnoty, to nie zamierzaliśmy przez kolejne dekady pozostawać Europejczykami drugiej kategorii. Przyjazna retoryka i deklaracje o jedności płynące z Brukseli to jedno, a drugie – ostra walka o miejsce przy stole. Jak lubił przypominać Lech Kaczyński: nie ma przy nim pustych miejsc; żeby zasiąść, trzeba mocno rozpychać się łokciami.

Fot. Andrzej Hrehorowicz / KPRP

.W pierwszych dwóch latach opór ze strony niektórych przywódców był silny i w gruncie rzeczy nie miałem pewności, czy Trójmorze nabierze wiatru w żagle.

Aż do pamiętnego szczytu NATO w Brukseli w maju 2017 roku, w trakcie którego poznałem osobiście Donalda Trumpa.

Do mojej rozmowy z prezydentem USA dołączyła Kolinda Grabar-Kitarović. Opowiedzieliśmy Trumpowi o Inicjatywie Trójmorza, co szybko podchwycił. Rozmowa była krótka, ale konkluzywna.

– Chciałbym niedługo przyjechać do Polski – powiedział Trump na pożegnanie.

Kilka tygodni później przybył do Warszawy i uczestniczył w sesji transatlantyckiej Szczytu Trójmorza. Tym razem wszyscy przywódcy jak jeden mąż potwierdzili przybycie – obecność prezydenta USA działała jak magnes.

– Mocno popieramy Inicjatywę Trójmorza. Ameryka gotowa jest pomagać Polsce oraz innym narodom europejskim dywersyfikować dostawców energii, abyście nigdy już nie byli zakładnikami jednego tylko dostawcy, który był monopolistą – powiedział Trump. – Poradziliście sobie z latami ucisku i wszystkich was łączy nadzieja, że wasi obywatele będą rozkwitać, handel będzie się rozwijać. Jak to bywa w przypadku wizyty prezydenta USA, oczy całego świata zwróciły się na Warszawę. Stany Zjednoczone stały się strategicznym partnerem Trójmorza. To był niewątpliwie przełom. Zaangażowanie USA zadziałało jak dopalacz, jak nitro podłączone do silnika.

Fot. Krzysztof Sitkowski / KPRP

.Wybitny znawca stosunków międzynarodowych profesor Przemysław Żurawski vel Grajewski, przewodniczący Rady do spraw Bezpieczeństwa i Obronności (organu konsultacyjno-doradczego prezydenta RP działającego przy Narodowej Radzie Rozwoju), pisał: Przychylność Waszyngtonu złagodziła polityczne skutki niemieckiej niechęci wobec [Inicjatywy Trójmorza], ukazywanej dotąd w kręgach politycznych nad Sprewą i w publicystyce niemieckiej […] jako „antyeuropejska” i wynikająca z „rozgrywanej przez Trumpa polskiej megalomanii”. W sytuacji niemieckiej niechęci do IT stanowisko USA miało ośmielający wpływ na te państwa regionu, które z racji głęboko odczuwanego zagrożenia rosyjskiego, poszukują obrony w bliskich relacjach z Waszyngtonem i poważnie liczą się z jego zdaniem[2]. Nawet pomyłki amerykańskich komentatorów, piszących o Inicjatywie Trójmorza jako „polityce Stanów Zjednoczonych”[3], świadczyły o tym, że jest to przedsięwzięcie kształtujące podejście USA do tej części Europy i traktowane po drugiej stronie oceanu bardzo serio.

Andrzej Duda

Fragment książki: To ja. Andrzej Duda, wyd. Videre, Kraków 2025 [LINK]. Zamówienia książki tylko na ANDRZEJDUDA.PL [LINK].


[1] https://www.dw.com/pl/sz-mi%C4%99dzymorze-mi%C4%99dzynarod%C3%B3wk%C4%85-autokrat%C3%B3w/a-39411222.

[2] https://trojmorze.isppan.waw.pl/publikacje-w-ramach-centrum-badawczego-3si/litwa-wobec-inicjatywy-trojmorza-w-kontekscie-nadchodzacego-szczytu-it-w-wilnie-11-kwietnia-2024-roku/.

[3] https://www.politico.eu/article/kamala-harris-europe-us-election-joe-biden-democratic-party/.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 31 lipca 2025