Dariusz LIPIŃSKI: Utopia Stanów Zjednoczonych Europy Dariusz LIPIŃSKI: Utopia Stanów Zjednoczonych Europy

Utopia Stanów Zjednoczonych Europy

Dariusz LIPIŃSKI

Poseł na Sejm V i VI kadencji, polityk Platformy Obywatelskiej a następnie Porozumienia. B.przewodniczący polskiej delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. W 2014 r. odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

zobacz inne teksty Autora

Marginalna rola instytucji unijnych w zwalczaniu pandemii koronawirusa potwierdziła wcześniejsze zastrzeżenia w stosunku do utopii europejskiej federacji – pisze Dariusz LIPIŃSKI

Pod wieloma względami Europa jest wspólnotą. Wszystkich elementów tej wspólnoty, nawet tak wymiernych, jak zasięg geograficzny, nie mówiąc już o aspektach historycznych, kulturowych czy politycznych, nie da się w pełni uzgodnić, ale mniej więcej wiadomo, o co chodzi. Hiszpan w Poznaniu czy Polak w Zurychu czuje się z grubsza u siebie. Barok w Porto jest trochę inny od baroku wileńskiego, ale ich bliskie pokrewieństwo jest natychmiast rozpoznawalne. Nieco dalsze, lecz wciąż bliskie pokrewieństwo łączy też bardziej od siebie oddalone geograficznie i religijnie części Europy: zdradza je ten sam krzyż na – przykładowo – katolickiej bazylice św. Eutropiusza w Saintes i prawosławnym soborze św. Aleksandra Newskiego w Sofii. Europejska wspólnota dotyczy nie tylko religii czy architektury, ale całej kultury: muzyki (ta europejska wywodzi się z chorału gregoriańskiego, azjatycka czy afrykańska – nie), antropologii człowieka, a nawet kulinariów: psy, koty i świnki morskie nie należą do europejskiego menu, podczas gdy na innych kontynentach i w innych kręgach kulturowych, owszem.

Czy wspólnota europejska jest na tyle silna, by można było poważnie myśleć o ścisłej federacji naszego kontynentu, do której nawołują zwolennicy najdalej posuniętej integracji europejskiej, o Stanach Zjednoczonych Europy?

Twórca idei Paneuropy, Richard Coudenhove-Kalergi, uważał, że istnieje coś takiego, jak naród europejski. Porównywał go do drzewa z licznymi gałęziami, z którego zwolennicy państw narodowych zauważają tylko te gałęzie. Jest faktem, że – jak wskazuje przykład choćby Szwajcarii – do wykształcenia się więzi narodowej nie jest niezbędna wspólnota religii czy języka, a nawet do pewnego stopnia historii.

Kluczowym elementem jest jednak poczucie świadomości narodowej. Wilhelm Tell – choć istniał tylko w legendzie – mógł stać się bohaterem narodowym wielowyznaniowej i wielojęzycznej Szwajcarii, ponieważ zidentyfikowali się z nim wszyscy Szwajcarzy, niezależnie od tego, czy pochodzący z trzynastowiecznych, założycielskich kantonów Uri, Schwyz i Unterwalden, czy też z takich, które – jak Gryzonia, Genewa czy Neuchâtel – dołączyły do Konfederacji dopiero w XIX wieku. Natomiast nie ma czegoś takiego jak „europejska świadomość narodowa”.

„Mówiąc o tożsamości Europy, wypada zauważyć, że jak dotąd nie istnieje żaden narodowy bohater czy bohaterka Europy”, zauważył Norman Davies. Jeśli dodać do tego, że jedyny – poza grecko-rzymskim dziedzictwem – wspólny dla całego kontynentu korzeń kulturowy, chrześcijaństwo, został – wbrew intencjom i poglądom twórców integracji – wyrugowany na aksjologiczny margines dzisiejszej Unii Europejskiej, nie wiadomo, wokół czego miałaby ta europejska świadomość narodowa powstać.

Lecz daleko, aż po ramy federacyjnego superpaństwa, posunięta integracja jest nie tylko mało możliwa z braku wystarczającego spoiwa tożsamościowego. Mogłaby nawet być groźna z doniosłych powodów ustrojowych. W Unii Europejskiej dobrze znane i opisane jest zjawisko tzw. deficytu demokratycznego. Polega ono na tym, że coraz więcej decyzji w coraz liczniejszych obszarach polityki jest podejmowanych przez ludzi, którzy nie pochodzą z demokratycznego wyboru, nie mają demokratycznego mandatu. Są to, między innymi, urzędnicy Komisji Europejskiej, ale nie tylko. Jedyną instytucją unijną pochodzącą z wyboru obywateli jest Parlament Europejski. W kolejnych traktatach, poczynając od Jednolitego Aktu Europejskiego (1986), usiłowano rzeczony deficyt zmniejszyć poprzez zwiększanie uprawnień tego zgromadzenia. Jednakże nadal są one niewielkie, nieporównywalne z kompetencjami parlamentów narodowych, nie ma ono, na przykład, inicjatywy legislacyjnej, a jego uprawnienia kontrolne są bardzo skąpe.

Że na szczeblu europejskim vox populi może być traktowana nie dość poważnie, okazało się po fiasku Traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy, zwanego w skrócie Traktatem Konstytucyjnym.

Aby wejść w życie, jak każdy traktat, musiał być ratyfikowany przez wszystkie państwa członkowskie Unii. Tymczasem gdy w roku 2005 Francuzi i Holendrzy sprzeciwili się owemu projektowi w referendach, wcale nie od razu uznano go za odrzucony! Niektórzy spośród najbardziej znaczących przywódców europejskich (prezydent Francji Jacques Chirac, kanclerz Niemiec Gerhard Schröder, premier Luksemburga Jean-Claude Juncker) opowiadali się za kontynuacją procesu ratyfikacji w tych krajach, które do czasu francuskiego i holenderskiego referendów jeszcze tego nie zrobiły. Ostatecznie wprawdzie zdecydowano się na usunięcie budzących największe zaniepokojenie zapisów związanych z przyznaniem Unii symbolicznych atrybutów niepodległego państwa (flaga, hymn, słowo „konstytucja” i wszystkie pochodne od niego), pozostawiając większość rozwiązań funkcjonalnych, ale ów okres „refleksji” nad możliwością całkowitego obejścia wyrażonej w sposób bezpośredni woli ludu trwał kilka miesięcy.

Jeszcze wyraźniej dominację eurokracji nad głosem ludu widać w takich unijnych procedurach jak Europejska Inicjatywa Obywatelska. Przewidziana teoretycznie jako narzędzie wzmacniania demokracji obywatelskiej, ma jeden fundamentalny szkopuł: ostateczną instancją, która może podjąć kroki legislacyjne postulowane przez inicjatorów (ale może też inicjatywę pozostawić bez dalszego biegu – nie bacząc na poparcie co najmniej miliona obywateli z przynajmniej siedmiu państw członkowskich, w przewidzianych przepisem proporcjach) – jest niewybierana przez obywateli Komisja Europejska. Nie powinno zwieść nas pozorne podobieństwo do analogicznych procedur dotyczących obywatelskich inicjatyw ustawodawczych stosowanych w różnych krajach (także w Polsce). One również mogą zostać odrzucone, ale jednak przez demokratycznie wybrany parlament. W przypadku Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej, jak zresztą w całym unijnym procesie legislacyjnym, dominującą pozycję zajmuje gremium nieposiadające demokratycznej legitymacji.

Być może przy istniejącej złożoności problemów politycznych i instytucjonalnych, w organizacji zrzeszającej blisko 30 krajów, nie sposób nie tylko zawsze kierować się wolą ludu, ale nawet poprawnie ją rozpoznawać. Nie zmienia to faktu, iż jeśli uznać, że istotą demokracji jest pochodzenie władzy z wyboru obywateli, to wszystkie państwa członkowskie Unii są niewątpliwie demokratyczne, ale sama Unia już nie. Suma bytów demokratycznych nie jest bytem demokratycznym. Przyznanie takiej strukturze władzy federalnej, państwowej byłoby powołaniem do życia „superpaństwa” ze swej istoty niedemokratycznego, potencjalnie autorytarnego.

Jeśli więc przeciw federalizacji Unii Europejskiej przemawiają względy zarówno wynikające z braku wystarczająco silnego poczucia wspólnej tożsamości, jak i ustrojowe, potencjalnie wiodące ku jakiejś formie autorytaryzmu, to może przynajmniej pogłębianie integracji mogłoby być drogą do skuteczniejszego niż dotąd rozwiązywania stojących przed Unią problemów? Rzecz w tym, że nie sposób wykazać ewentualnego związku między daleko idącym pogłębieniem integracji a poradzeniem sobie przez Unię z kryzysem migracyjnym, zagrożeniem terroryzmem, wzrostem tendencji eurosceptycznych społeczeństw, względnym spadkiem siły gospodarczej czy kryzysem przywództwa; co więcej, przynajmniej niektóre z nich (eurosceptycyzm) mogłyby ulec wzmocnieniu. Marginalna rola Unii Europejskiej w zmaganiach z koronawirusem tę diagnozę potwierdza. Za federalizacją Europy brakuje więc również argumentów funkcjonalnych.

Skąd więc taki nacisk na pogłębienie kiepsko obecnie funkcjonującej integracji? Wydaje się, że ma on korzenie czysto ideologiczne. Jego źródła tkwią w pewnej mistyfikacji, która niepostrzeżenie, lecz systematycznie – w ramach proklamowanego przez Rudiego Dutschke „długiego marszu przez instytucje” – dokonuje się mniej więcej od połowy lat osiemdziesiątych XX wieku. Rozpoczął się wówczas trwający po dziś dzień proces podmiany zasad przyświecających ojcom założycielom integracji europejskiej i zastępowania ich zamiennikami (często wręcz przeciwieństwami), przy jednoczesnym powoływaniu się na autorytet owych ojców. Starych patronów cichcem zastąpiono nowymi, pozostawiając dla niepoznaki tabliczki z nazwiskami twórców integracji na drzwiach gabinetów, w których urzędują ich następcy.

Mówiąc brutalnie: ukradziono szyld. Do biura opatrzonego nazwiskiem Roberta Schumana już dość dawno temu wprowadził się Altiero Spinelli.

Schuman był głęboko wierzącym, konserwatywnym katolikiem (toczy się jego proces beatyfikacyjny), ale jednocześnie pragmatykiem z ogromnym doświadczeniem politycznym (dwukrotny premier Francji, minister spraw zagranicznych w dziewięciu rządach, minister finansów trzy razy, minister sprawiedliwości). Można więc powiedzieć, że był specjalistą od rozwiązywania konkretnych problemów politycznych. Spinelli za młodu był komunistą, a do momentu, kiedy w 1970 roku został członkiem Komisji Europejskiej, znaczących funkcji publicznych nie piastował, więc umiejętności rozwiązywania realnych problemów politycznych nie miał gdzie nabyć. Był przede wszystkim ideologiem skrajnej federalizacji Europy.

W poglądach na integrację europejską różniło ich wszystko. Schuman pisał, że „nie chodzi o połączenie państw, o stworzenie jednego superpaństwa”. Spinelli uważał, że „kwestia, która najpierw musi zostać rozwiązana – bez niej bowiem nie jest możliwy żaden postęp – dotyczy ostatecznego zniesienia podziału Europy na państwa narodowe”. Rozziew między ich rozumieniem demokracji jest przepastny. U Schumana „demokracja służy narodowi i działa w zgodzie z nim”. Ma silne podstawy aksjologiczne. Jest nierozerwalnie związana z chrześcijaństwem. „Demokracja zawdzięcza swe istnienie chrześcijaństwu. Narodziła się wówczas, gdy człowiek został wezwany do zrealizowania w swoim życiu doczesnym zasady godności osoby ludzkiej, w ramach wolności osobistej, poszanowania praw każdego i przez praktykowanie wobec wszystkich bratniej miłości. Nigdy w czasach przed Jezusem Chrystusem podobne idee nie zostały sformułowane”. Ten związek nie jest wyłącznie historyczny, ma najzupełniej współczesne, a nawet przyszłościowe znaczenie. „Demokracja będzie chrześcijańska albo nie będzie jej wcale. Demokracja antychrześcijańska byłaby karykaturą” – czytamy w innym miejscu. „Stanowisko demokraty może być określone w ten sposób: nie może on zaakceptować tego, że państwo systematycznie ignoruje rzeczywistość religijną, że przeciwstawia jej stronniczość graniczącą z wrogością lub pogardą”.

Stanowisko Spinellego jest typowe dla ruchu komunistycznego (z którego się wywodził), jeśli chodzi zarówno o stylistykę, jak i o semantykę. „Źródłem wizji i pewności [co do słuszności tego postępowania] nie jest namaszczenie z woli ludu – ona wszak jeszcze nie istnieje, lecz świadomość reprezentowania najgłębszych potrzeb współczesnego społeczeństwa. Zostaną wydane pierwsze zarządzenia, dotyczące nowego porządku, nieuformowane jeszcze masy otrzymają pierwsze struktury społeczne. Dyktatura partii rewolucyjnej stworzy nowe państwo, a wokół niego – nową, prawdziwą demokrację”. Echa tego stosunku do nieistniejącej jakoby woli ludu, protekcjonalizmu okazywanego nieuformowanym masom, odnajdujemy wciąż na nowo w wypowiedziach i działaniach wielu europejskich przywódców.

Schuman wspólnie z Monnetem, Adenauerem i De Gasperim zbudował podstawy integracji europejskiej, przede wszystkim jej kościec instytucjonalny, z niewielkimi zmianami funkcjonujący do dziś. A jednak to Spinelli jest współcześnie prorokiem wytyczającym kierunki ideowe Unii. Opublikowana przez Komisję Europejską w 2017 roku Biała księga w sprawie przyszłości Europy otwarcie odwołuje się do niego i jego Manifestu z Ventotene, wręcz przypisując „członkom założycielom UE” inspirację tym dokumentem. Z myśli Schumana znalazło się w Białej księdze jedynie jednozdaniowe motto mówiące o tym, że „Europa nie powstanie od razu ani według z góry ustalonego planu”.

.W Brukseli, w Dzielnicy Europejskiej, zwanej też dzielnicą Schumana, mieszczą się siedziby instytucji unijnych. Jeden z budynków Parlamentu Europejskiego nosi imię Spinellego. Obaj, i Schuman, i Spinelli, zostali oficjalnie zaliczeni do grona jedenastu „ojców założycieli” integracji europejskiej. Lecz ich wizje zjednoczonej Europy są od siebie tak różne, tak wykluczają się wzajemnie, że stworzenie z nich jakiejś sprawnie funkcjonującej hybrydy nie wydaje się możliwe. Nawiasem mówiąc, eurofederaliści próbują właśnie podważyć ostatnią już, być może, z zasad wyznawanych przez Roberta Schumana. Chcieliby w trybie natychmiastowym proklamować zaplanowaną przez siebie Europę bez „namaszczenia z wciąż nieistniejącej – ich zdaniem – woli ludu”, nie bacząc na to, że również ostatnie tygodnie dobitnie pokazują, że to nie działa – „od razu, według z góry ustalonego planu”.

Dariusz Lipiński

Wypowiedzi Roberta Schumana cytowane za: Robert Schuman, Dla Europy, przekład Magdalena Krzeptowska, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009; Altiero Spinellego za: Altiero Spinelli, Ernesto Rossi, Manifest z Ventotene (wraz z przedmową E. Colorniego), tłumacz Anetta Knyspel, Fundacja Ośrodek Analiz Prawnych, Gospodarczych i Społecznych im. Hipolita Cegielskiego, Bruksela 2019 [LINK, dostęp 8 kwietnia 2020 r.]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 15 kwietnia 2020

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam