Jan ŚLIWA: Serotonina. Seks i agronomia

TSF Jazz Radio

Serotonina. Seks i agronomia

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

zobacz inne teksty autora

Michel Houellebecq i jego najnowsza książka „Sérotonine” (we Francji w styczniu 2019 r., Polsce w maju 2019 r.) w uwagach Jana ŚLIWY

Po „Uległości”, której wydanie zbiegło się z zamachami na Charlie Hebdo, nowa książka Houellebecqa była oczekiwana jako kolejne dzieło profetyczne. „Serotonina” była zapowiadana z dużym rozgłosem, równocześnie ukazało się tłumaczenie niemieckie, a w dniu publikacji pojawiły się już obszerne recenzje. Mówiono, że autor znów trafił, tym razem w protest żółtych kamizelek.

Czy książka spełnia oczekiwania? Po części. Problemy społeczne są istotne, ale nie centralne. Dlatego szukając tego wątku, miałem trudności w zorientowaniu się, o co chodzi. A o co chodzi? Dobre pytanie. Może o smutek, depresję i dekadencję? Bohaterem-narratorem jest 46-letni mężczyzna o pogmatwanym życiu. Ma za (a może i przed) sobą liczne historie miłosne. Niektóre mniej ważne, niektóre bardziej. Nic z nich konkretnego nie wyszło. Gdy mogło coś wyjść – robił krok do tyłu, jak gdyby się bał. Aktualnie jest w związku z młodszą o 20 lat Japonką, ale pakuje wieczorem walizkę, rano znika i nie wraca. W związku tym liczy się wyłącznie seks, dość chłodny z obu stron. A może oboje uciekają? Skądinąd sam autor niedawno się ożenił z młodszą o 20 lat Chinką. Co chciał powiedzieć i komu?

Seks przewija się przez całą książkę, od intensywnego po bardzo intensywny. Nie chciałbym być w roli tłumacza. Pytanie, jak odpowiednio oddać poziom wulgarności.

Może język francuski bardziej jest przyzwyczajony do libertynizmu, ale może i we francuskim te słowa i sformułowania są ostre.

Czytane w obcym języku brzmią łagodniej, tak jak hiszpański gruby język w „Komu bije dzwon” jest prawie malowniczy. Jednak koło setnej strony musiałem się nieco przemóc. Ponoć w „Imieniu róży” Umberta Eco pierwsze sto stron służy odsianiu czytelników, by zostali tylko ci, którzy naprawdę mają zamiar przeczytać książkę. Tyle że tam wyzwaniem była historia i teologia, tu czynności cielesne, mało urozmaicone – z jednym wyjątkiem, wymagającym sporej odporności.

Dalej pojawia się wspomniana agronomia. Bohater ma zajmować się promocją francuskich produktów rolnych wysokiej jakości, lecz niewiele z tego wynika, jako że rynek zalewany jest tanim importem. Odwiedza swojego dawnego przyjaciela, który w rodowych posiadłościach w Normandii próbuje zajmować się mleczarstwem. Jednak nie może związać końca z końcem, dla zbilansowania budżetu sprzedaje grunty. Rozpada się dziedzictwo rodu z tradycjami od Wilhelma Zdobywcy i Ryszarda Lwie Serce. Żona odchodzi z muzykiem, on zostaje sam. Miał plany przebudowania zamku w elegancki hotel, teraz ogrzewa coraz mniejszą jego część. Jedno, czego nie brakuje, to alkohol, który przez całą książkę konsumowany jest w ilościach mogących zrobić wrażenie w Armii Czerwonej, a nawet w karnym batalionie, gdzie o zdrowie nikt nie dba, bo śmierć jest bliska. Wśród okolicznych rolników raz po raz któryś strzela sobie w głowę. Wreszcie staje on na czele protestu, jak niegdyś pan feudalny, który miał chronić podległy mu lud.

Wszystko się sypie – bohater, jego związki, gospodarka, rodziny. Nawet koleje się sypią. Spóźniają się, a do toalety trudno wejść. Mało co się wiąże, dużo się rozpada. Optymistyczne rodziny zrekomponowane są o wiele rzadsze od zdekomponowanych. Osoby młode były raczej młode niegdyś. Co prawda okazuje się, że jeden związek był i dalej jest dla bohatera jednak ważny i nie ograniczał się do seksu – wspomina wspólne zakupy, gotowanie, czułość, śmiech. Jednak i to…

Narrator (autor?), nie szczędząc siebie, pozwala sobie na złośliwości wobec świata, a konkretnie Zachodu, niegdyś określanego jako judeochrześcijański, który wkroczył w trzecie tysiąclecie – o jedno tysiąclecie za dużo, podobnie jak starzejący się bokser, przystępujący do jednej walki za dużo. W imię wolności tracone są inne wartości. We Francji każda dorosła osoba ma prawo „przyjść i odejść” – „porzucenie rodziny nie jest już wykroczeniem”. Pisze, że słowa te powinny zostać wyryte olbrzymimi literami na każdym budynku publicznym. Może więc widzi, że w swej jurności jest raczej ofiarą niż zwycięzcą. Złośliwie ironiczny jest też opis kariery aktorskiej Claire, jednej z jego kobiet. W kluczowej scenie podciąga ona spódnicę i z rozkraczonymi nogami frontem do publiczności masturbuje się, podczas gdy inna aktorka czyta długi tekst Georges’a Bataille’a, którego głównym zagadnieniem jest anus. Krytyk Le Monde był zachwycony tą sceną i podkreślał jej hieratyzm. Widzimy, jak podobne jest w Europie życie kulturalne. Claire chciała grać w lżejszym repertuarze, filmach i serialach, ale tam preferowane były zmysłowe bomby latino, więc z jej chłodną blond urodą pozostało jej recytowanie nudnych tekstów w subwencjonowanym teatrze. W akapicie tym niektóre zdania są cytatami, dają pojęcie o stylu i języku autora, a są to łagodniejsze fragmenty.

Często pojawia się temat samobójstwa. Nawet przy pokonywaniu zakrętu nad przepaścią bohater myśli, że wystarczyłoby puścić kierownicę, by oddać duszę Panu. Zahacza kołem o kamienie na poboczu, jednak skręca, myśląc: „Nie powiodła mi się druga próba wyzwolenia”. Innym razem rozpatruje spadanie ze stu metrów. Pojawia się nawet wzór h=1/2gt2, z którego wylicza prędkość końcową 159 km/h i czas spadania – 4,5 sekundy, może 5 przy uwzględnieniu oporu powietrza. Nie za długo, zwłaszcza po kilku kieliszkach calvadosu.

Co jakiś czas wspomniana jest tytułowa serotonina, zawarta w środkach antydepresyjnych, niezbędnych dla życia. Bohater musi zwiększać dawkę, co powoduje zaburzenie erekcji i wymaga zbalansowania kilku hormonów, co w jego stanie nie jest łatwe. Do tego coraz trudniej znaleźć hotel nieobjęty całkowitym zakazem palenia. Nawet telewizji nie ma po co włączać.

Życie staje się coraz cięższe. Coraz mniej jest sensownych opcji. Taka jest atmosfera książki.

Jak kto lubi. Ostrzegałem. Ale nie jest napisana źle, potem wciąga. Może taka jest nasza epoka, zwłaszcza w Europie. Wszystko było, minęło – zamek rodowy, rzemieślnicze produkty. Nawet dzieła markiza de Sade w skórze i zakurzone płyty do twista leżą bezużytecznie.

W tym zaduchu naftaliny znajdują się czasem odwołania do Boga, częstsze, niż można by się spodziewać u cynika w ateistycznej Francji. I kończąc książkę, czekając, czy skończy się tragedią ogromną, czy tylko wielką, warto dotrwać do ostatniej strony, gdzie znajduje się zagadkowe przesłanie, którego z oczywistych powodów nie przytoczę.

Krytyki, które poznałem dopiero po przeczytaniu książki, reprezentują pełne spektrum, od geniusza po prawicowego mizogina. Piszą też, że powtarza stare tematy, ale który autor nie ma swoich leitmotivów. Na pewno jest to książka, którą się czyta, a przynajmniej o której się mówi również w szerszych kręgach. Tak rzadkie dziś zjawisko, by zastanawiano się, na ile pisarz oddaje ducha epoki, jak niegdyś Balzac i Hugo. Ostatnio dwóch Francuzów otrzymało Nagrodę Nobla: J.M.G. Le Clézio (2008) i Patrick Modiano (2014). Houellebecq nie, jest kontrowersyjną czarną owcą, politycznie niepoprawną.

.Kto będzie czytany za sto lat? My nie zobaczymy, ale może ten sypiący się Zachód jakoś przetrwa to niepotrzebne tysiąclecie.

Jan Śliwa

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam