Repolonizacja podręczników szkolnych?

Maciej ADAMCZYK

Adwokat z wieloletnim doświadczeniem w branży wydawniczej. Od ponad roku społecznie wspiera grupę małych wydawców edukacyjnych.

Jednym ze skutków kolejnych nieprzemyślanych reform i nowelizacji prawa oświatowego jest pogłębiająca się dominacja zagranicznych koncernów wydawniczych na rynku podręczników szkolnych. Obecnie przeprowadzana przez rząd zasadnicza reforma systemu edukacji może doprowadzić do zupełnego monopolu zagranicznych wydawców w polskiej edukacji. To może być poważny problem, którego skutki mogą być trudne do odwrócenia.

Stan wyjściowy

Oto ostatnie dziesięć lat. W 2007 roku na wolnym rynku działało kilkudziesięciu wydawców, w tym większość specjalistycznych, wydających podręczniki do poszczególnych przedmiotów, konkurujących ze sobą merytorycznie oraz cenowo. Rok 2017 to dominacja zagranicznych koncernów wydawniczych Wydawnictwa Nowa Era należącego do koncernu Sanoma Corporation oraz WSiP należącego do koncernu Advent Libri S.Á R.L. (rynek podręczników do języków obcych od dawna jest zdominowany przez zagranicznych wydawców). Dominacji tej towarzyszą charakterystyczne dla każdego monopolu stagnacja, całkowita niemal eliminacja wydawców specjalistycznych, w końcu obniżający się z roku na rok poziom merytoryczny publikacji.

Geneza problemu

Obecna sytuacja nie jest wynikiem uczciwej konkurencji wydawców, w której wygrywa ten, który oferuje publikacje bardziej pomocne polskim dzieciom. Przeciwnie, dominacja koncernów to wynik kolejnych nieprzemyślanych nowelizacji przepisów.

Ustawowe zmiany rynku podręczników doprowadziły do tego, że wybór podręcznika oderwał się od jego poziomu merytorycznego, czy jakiekolwiek innych jego cech i walorów. Najbardziej brzemienne w skutki okazały się dwie zmiany.

Pierwszą było odebranie nauczycielowi prawa wyboru podręcznika do nauki dzieci w swojej klasie. Od 2007 roku zamiast nauczyciela danego przedmiotu o wyborze podręczników zaczyna, najpierw faktycznie a później również formalnie, decydować dyrektor szkoły.

Jakie to ma skutki?

Po pierwsze, merytoryczny poziom podręcznika przestaje mieć znaczenie kluczowe. To co dla nauczyciela przedmiotu było kryterium decydującym dla dyrektora szkoły ma znaczenie drugorzędne, to zresztą naturalne, nie ma on kompetencji do oceny merytorycznej podręczników.

Po drugie, lawinowy wzrost praktyk korupcyjnych w polskiej edukacji. Nauczyciel wybierał podręczniki wyłącznie do nauczania swojego przedmiotu, natomiast od decyzji dyrektora szkoły zależeć mógł wybór podręczników do wszystkich przedmiotów dla uczniów całej szkoły. Kompetencja rozbita wcześniej na wielu nauczycieli uczących w danej szkole została przekazana jednej osobie.

Koncentracja decyzji w jednym ręku oznacza, że zależy od niej wolumen zamówień przekraczający w średniej wielkości szkole kwotę stu tysięcy złotych. W rezultacie, począwszy od 2008 roku szkoły zaczęły być wprost zalewane mobilnym sprzętem elektronicznym (laptopy, tablety, rzutniki) oraz innymi „prezentami”, przekazywanymi przez wydawców w zamian za wybór oferowanych przez nich pakietów podręczników szkolnych. Proceder ten, w tym jego masowa skala, został dokładnie opisany w licznych publikacjach medialnych.

Po trzecie, rozpoczyna się proces monopolizacji rynku. Podręczniki mniejszych wydawców, których nie było stać na „prezenty” dla szkół są sukcesywnie wypierane z rynku. Koncerny wydawnicze zdobywają w poszczególnych szkołach wyłączność na swoje publikacje.

Pogłębieniem patologii była druga zmiana, wprowadzona w ramach głośnej reformy polskiego systemu oświatowego znana jako „darmowy podręcznik” z 2014 roku. O ironio, reforma ta wedle deklaracji ówczesnego szefostwa MEN miała być odpowiedzią na opisane wyżej problemy. Niestety wprowadzając darmowy podręcznik zastosowano mechanizm, który okazał się zabójczy dla mniejszych polskich wydawców. Mechanizm ten to wprowadzenie jednej kwoty dotacji na zakup kompletu podręczników szkolnych dla jednego ucznia, np. 140 złotych na ucznia w szkole podstawowej (klasy IV-VI), 250 złotych w gimnazjum.

Regulacja ta, doprowadziła do upowszechnienia się zjawiska „pakietyzacji”. Wprowadzenie jednej kwoty na zakup wszystkich podręczników preferowało wydawców, którzy posiadali pakiet podręczników do wszystkich przedmiotów. Dyrektor szkoły, dokonując wyboru podręczników, dla ucznia musiał zmieścić się w kwocie dotacji. Próba wyboru najlepszych podręczników, które pochodziłyby jednakże od różnych wydawców, z których każdy był w innej cenie, okazywała się niemożliwa. Tym bardziej, że koncerny, dysponujące pakietami podręczników, ustalały ceny swoich flagowych publikacji tak wysoko, że aby utrzymać się w kwocie dotacji dobrać do nich można było wyłącznie ich własne podręczniki, których cena była dla odmiany odpowiednio niska. Mali polscy wydawcy specjalistyczni nie byli w stanie skutecznie oferować podręczników w ramach pakietów koncernów.

W wyniku zmian przepisów mniejsi wydawcy zostali wyparci z rynku a o poziomie polskiej edukacji obecnie decydują, nie MEN czy rodzice, ale wielkie międzynarodowe koncerny wydawnicze. Paradoksem jest to, że zabójczy dla polskich wydawców okazał się nie wolny rynek, ale kolejne szkodliwe regulacje wprowadzane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej.

Co ważne, także MEN traci wpływ na to, jak wyglądają podręczniki kierowane do polskich uczniów. Szybki proces dopuszczania podręczników do użytku szkolnego związany z kolejnymi zmianami i reformami, doprowadził do liberalizacji rynku podręczników szkolnych ze stopniowym pozbawianiem władz oświatowych wpływu na ich poziom. Dominacja koncernów dodatkowo sprawia, że to nie władze kształtują rynek podręczników szkolnych, ale wydawcy w coraz większym stopniu zaczną dyktować na nim ceny i warunki.

Remedium

Polski rząd planuje kolejną wielką reformę systemu edukacji. W jej ramach znikną gimnazja, zmianie ulegną podstawy programowe do poszczególnych poziomów nauczania. Oznacza to konieczność opracowania i wydania nowych podręczników szkolnych do wszystkich przedmiotów i poziomów.

Dla rynku podręczników oznacza to kolejną rewolucję. Jeśli i tym razem reforma nie zostanie przeprowadzona w sposób przemyślany, Minister Edukacji Narodowej i cały polski system oświaty, skazane będą na współpracę z zagranicznymi koncernami wydawniczymi, które ostatecznie zmonopolizują rynek podręczników.
Planowanej reformie edukacji muszą więc towarzyszyć regulacje, które umożliwią zdecydowaną walkę z patologiami targającymi polską edukacją:

1) wybór podręcznika do nauki danego przedmiotu powinien należeć do nauczycieli uczących w szkole tego przedmiotu;

2) oferowanie prezentów w zamian za wybór podręcznika musi być uznane za modelowy przejaw korupcji z całą surowością ścigany prawem, a nie traktowane, jak to jest obecnie, jako czyn nieuczciwej konkurencji;

3) przedstawiciele handlowi wydawców powinni mieć zakaz wchodzenia do szkół;

4) dotacja celowa na zakup podręczników dla ucznia powinna być rozbita na poszczególne przedmioty;

5) wydawnictw pochodzących od jednego wydawcy nie może być w szkole więcej niż 30% (w liczbach egzemplarzy zakupionych przez szkołę do procesu kształcenia)

.Kiedy piszę te słowa, kolejna wielka reforma systemu polskiej edukacji jest już faktem. Jeśli zostanie ona przeprowadzona w sposób nieprzemyślany, na rynku wydawców edukacyjnych pozostaną zgliszcza, a setki milionów złotych przekazywanych corocznie w ramach budżetowych dotacji wzmacniać będą patologie w polskich szkołach.

Maciej Adamczyk

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

  • Joanna Wojdon

    Artykuł jest głosem drobnych wydawców podręczników, którzy wyraźnie tracą udziały w rynku (i dochody) w wyniku kolejnych zmian w edukacji. Współbrzmi on z lamentami księgarzy wobec pomysłu rządowych e-podręczników. W obu przypadkach nadrzędnym celem jest interes ekonomiczny – wydawców albo sklepikarzy. Nie ma natomiast zupełnie mowy o dobru uczniów. Moim zdaniem na sprawę podręczników należałoby spojrzeć z zupełnie innej strony, a źródłem polskich problemów z podręcznikami nie jest to, ile procent książek danego wydawcy kupuje dana szkoła, lecz nadmierna rola, którą przypisują im decydenci, nauczyciele, rodzice i uczniowie. Milcząco przyjmuje się, że podręcznik ma być podstawowym środkiem dydaktycznym i wykładnią obowiązującej podstawy programowej. Widzę w tym dziedzictwo PRL, która tak właśnie ustawiła rolę książek szkolnych (a biblioteki szkolne kupując jakiekolwiek książki musiały korzystać z listy, publikowanej przez ministerstwo oświaty w dzienniku urzędowym). To właśnie takie postrzeganie roli podręcznika tworzy wielki rynek (skoro każdy uczeń musi się zaopatrzyć w podręczniki) i wielkie pole do nadużyć, o których pisze autor artykułu. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Uważam, że znacznie gorsze są skutki dla samego procesu nauczania i jego efektów, a także dla relacji nauczyciel-uczeń. Bardzo ogranicza bowiem nauczyciela, który staje się właściwie tylko przedłużeniem książki, „mówiącym narzędziem”. Nie bierze odpowiedzialności za to, czego i jak uczy. Zawsze może powiedzieć, że „tak było w podręczniku”, że nie może poświęcić więcej czasu na dane zagadnienie, bo podręcznik każe iść dalej, że nie może poruszyć spraw, które interesują uczniów, ale nie ma ich w podręczniku – bo nie ma ich w podręczniku.

    Tymczasem praktyka krajów zachodnich (którą znam z Anglii, USA i Belgii), pokazuje, że tak być nie musi. Że nauczyciel może zupełnie sam decydować, jaki materiał zaproponuje swoim uczniom, jak podzieli go na jednostki lekcyjne, z jakich materiałów on i jego uczniowie będą korzystać, by powiązać treści z zakładanymi celami nauczania w zakresie umiejętności i postaw. Może przy tym posiłkować się podręcznikami, ale nie istnieją procedury ich urzędowego zatwierdzania. Każda książka może służyć jako podręcznik, a korzystanie z kilku różnych podręczników i innych pomocy może służyć pokazaniu uczniom tego, że te same zagadnienia można przedstawiać w różny sposób, a do każdego tekstu należy podchodzić krytycznie. Nauczanie nie polega na „przerabianiu” podręcznika, który już nie jest wyrocznią, a nauczyciel przestaje być odtwórcą kolejnych rozdziałów tekstu, lecz staje się twórcą swoich lekcji i mistrzem swoich uczniów. Niesie to wielorakie korzyści dydaktyczne, a rynek książki szkolnej przestaje być narodowym (lub międzynarodowym) problemem.

    I proszę nie mówić, że polscy nauczyciele nie sprostaliby takiemu zadaniu. Ich poziom wykształcenia nie odbiega od światowych standardów, a czasem je przewyższa (w wielu krajach wymóg wyższego wykształcenia kierunkowego dotyczy jedynie nauczycieli szkół średnich). Jest to – tylko lub aż – kwestia zmiany ich sposobu myślenia.

    • liliana swistek

      Niestety, w USA taka praktyka krajów zachodnich, o której Pani wspomina nie istnieje. Od kiedy poszczególne Stany zaczęły wprowadzać reformę edukacji publicznej od podstawówki do szkoły średniej zwaną “common core” korupcja dotycząca właśnie materiałów edukacyjnych jest wszechobecna, nie jest żadnym sekretem i (co chyba najgorsze) jest powszechnie akceptowana przez nauczycieli i rodziców. Otóż Stan, który wprowadził “common core” do największej ilości szkół publicznych, dostaje największe pieniężne “wynagrodzenie” od jednej firmy wydawniczej, która jest również wyłącznym producentem i dostawcą podręczników dla uczniów wszystkich klas, wszystkich przedmiotów zatwierdzonych do użytku przez nauczycieli w ramach programu “common core”. Nauczyciele w Stanach Zjednoczonych nie mają prawie nic do powiedzenia jeśli chodzi o podręczniki. Administracja szkolna ma tu jedyne prawo decyzji. Wprowadzając i narzucając common core w swojej szkole, otrzymuje dodatkowe dotacje finansowe od rządu stanowego, jak i federalnego, pochodzące od wyżej wymienionego źródła. Korupcja i łapówki jak się “ma”! Nie wszystkie Stany zgodziły się na handel edukacją ich dzieci i młodzieży, na szczęście. Na nieszczęście, te które mają najwięcej wpływów już tak, m.in. Nowy Jork, Connecticut, Massachusetts, Kalifornia, Texas, itd. Wiem, bo mam córkę, która kończy średnią w tym roku i tylko ostatnie trzy lata były objęte tą reformą, oraz syna i drugą córkę, ktore zaczęły szkołę już pod hegemonią common core. Niby chodzą do tej samej szkoły, mają tych samych nauczycieli, co moja najstarsza, a jednak jakby w ogóle był to zupełnie inny kraj i system, a nie jedynie ten sam co ”prawie już teraz od wieków” Nowy Jork.

      • Joanna Wojdon

        Ale zgodzi się Pani, że dominująca rola podręczników nie jest korzystna dla procesu nauczania? – w tym zwłaszcza dla uczniów, a to oni powinni być przede wszystkim brani pod uwagę.
        Ja obserwowałam lekcje kilku nauczycieli w Chicago, uczestniczyłam też w sesjach adresowanych do nauczycieli w ramach dorocznych konferencji American Historical Association oraz w spotkaniu z pracownikami kilku uczelni z różnych stanów, zajmującymi się kształceniem przyszłych nauczycieli. W żadnym z tych spotkań podręczniki nie znajdowały się w centrum uwagi (jak to niestety często bywa w Polsce), a raczej je marginalizowano. Jak powiedział mi jeden z nauczycieli, gdy zapytałam go wprost, czy i jak korzysta z podręczników: mamy je w szkole (i wskazał na kilka egzemplarzy leżących na parapecie w klasie), ale to są książki dla uczniów słabszych, żeby mogli nadrobić zaległości, swoim uczniom proponuję wiele innych materiałów (i rzeczywiście wyglądało, że to robił).

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z
Przejdź do paska narzędzi