Jarosław OBREMSKI: Czy tylko mój problem z III RP?

TSF Jazz Radio

Czy tylko mój problem z III RP?

Jarosław OBREMSKI

Senator RP. Były wiceprezydent Wrocławia.

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

Możemy się cieszyć ostatnimi 27 latami niepodległości. Uciekliśmy z Układu Warszawskiego, prewencyjnego ataku nuklearnego, gospodarki niedoboru, cenzury i SB ponad obywatelem. Jesteśmy w UE i NATO. Jako społeczeństwo jesteśmy zasobniejsi i poziom życia mojego pokolenia nie odbiega dramatycznie od dawnego Zachodu.

Sam jestem beneficjentem zmian przez sytuację materialną i sprawowane funkcje. Zasłużyłem, bo byłem za Okrągłym Stołem, cieszyłem się z wolności zdobytej negocjacjami, a nie walką. Cieszyłem się z odwzorowywania Zachodu. Radowała mnie wielka różnica między naszymi ministrami a PRL-owskimi kacykami. Akceptowałem nawet pierwsze uniewinniające wyroki komunistycznych zbrodniarzy (cóż, widocznie nie było niezbitych dowodów winy). Godziłem się z nieuniknioną krzywdą bezrobocia. Balcerowicz był i jest moim bohaterem. Za pełne półki i możliwość podróżowania za granicę bez dewastacji domowego budżetu.

Z drugiej strony, im bardziej próbowano (Kwaśniewski, Komorowski, PO, TVN, GW) uczynić z III RP coś prawie doskonałego, coś bezalternatywnego, to tym bardziej narastał mój opór.

Próbowano tworzyć mity III RP. Budowano dogmat o niepokalanym poczęciu Okrągłego Stołu, nie jako chwilowym, pragmatycznym rozwiązaniu ku naszej Niepodległości, tylko podstawie do wykazania wyższości sojuszu liberalno-postkomunistycznego nad widmem społeczeństwa nie dość, że nacjonalistycznego, to religijnie fundamentalistycznego. Jakby rzeczywistą alternatywą był wybór między Jerzym Urbanem a ojcem Rydzykiem, między nawróconym na robienie kasy byłym PZPR-owcem a moherem i polskim talibem.

.Ci, co wcześniej zwalczali Wałęsę, teraz, gdy został już tylko dekoracją, wmawiają społeczeństwu obraz Wałęsy prawie półboga. Zakazano towarzysko i medialnie, a nawet naukowo krytykowania nie tylko jego, ale i Balcerowicza i Mazowieckiego. Wiem, czasami krytyka jest niesprawiedliwa, ale w przypadku polityków jest normalnością, gdyż umożliwia społeczną korektę programów i zapobiega prostackiej, „ludowej” krytyce typu Lepper.

Do tego dołożono liturgie III RP: czekoladowy orzeł, kontrpochody Komorowskiego z 11 listopada i marsze Schumanna. Powtarzano, że tylko faktyczne rozgrzeszenie komunistów uratowało nas od rozlewu krwi, tylko liberalizm z fazy wstępnej ze zgodą na uwłaszczenie i naginanie prawa pozwolił stworzyć prawdziwy wolny rynek i polski cud gospodarczy, tylko odrzucenie lustracji zapobiegnie wywołaniu demonów nienawiści. Czasami zgadzano się, że były błędy, ale strategicznie wszystko ułożyło się optymalnie. Kto miał odrębne zdanie, spotykał się z wyśmianiem i medialnym ostracyzmem.

.Nawet jeżeli założymy, że bezalternatywność jest prawdą, to mamy po 27 latach nowe pokolenie całkowicie dojrzewające w Niepodległej, które ojcom założycielom mówi co najmniej „posuńcie się”, mówi: „korekta jest konieczna”. Jeżeli tego nie rozumiemy, jesteśmy śmieszni jak Bronisław Komorowski, próbujący porównywać PRL z Polską, gdy młodsi porównują nasze państwo z Wielką Brytanią lub Holandią.

Nie wolno porównywać wyrobu państwopodobnego, jakim był PRL, z państwem prawdziwym. Wielu z mojego pokolenia nadal jednak jest mentalnie w 1989 r., nadal postrzega UE taką, jaką była w 2004, a nie taką, jaka jest dziś. Czy to tylko intelektualne lenistwo? Obawiam się, że także próba argumentacji dla „nieposunięcia się”, niestworzenia przestrzeni dla młodych, którzy będą budować Polskę nie na nasz obraz i podobieństwo. To pokoleniowy bunt 50-latków wobec demokracji.

Młodsi, to nie tylko ci metrykalnie młodsi, to także ci, których wizja Polski była ośmieszana i eliminowana, których usuwano z mediów i dyskursu publicznego. Wymyślam, przesadzam? Zacytuję więc Jacka Żakowskiego: „Słowo »oszołom« unieważniało symptomy niezadowolenia od Leppera po narodowców, ruchy miejskie, radiomaryjnych i nową lewicę, na każdego można było machnąć ręką, gdy miało się władzę. Szkodników należało potępić, neutralizować albo obłaskawić — nie słuchać. O kooptacji nie było mowy”. Czy ci „młodzi” mają rację? Nie zawsze — odtrącenie rodzi przesadę. Polska nie jest w ruinie. Balcerowicza nie można potępiać, chociaż uruchomiliśmy procesy lub dokonaliśmy zaniechań, które dla naszej przyszłości mogą być tragiczne. Pokoleniowe doświadczenie z września 1939 r. to spóźnione uświadomienie słabości państwa.

.Uczciwość krytyki III RP wymaga pokazania jej sukcesów. Można je relatywizować, ubierać w sukces wygrania tylko rezerw prostych (z PRL do normalności) lub sukcesu nie Polski, a naszej części Europy (skoro i Bułgaria jest w Unii i NATO). Jeżeli jednak chcemy wierzyć, iż solidarnościowa rewolucja wyrwała nas z komunizmu, otworzyła wolność innym demoludom, to w konsekwencji możemy to wszystko, co było dobrem ostatnich 27 lat w naszej części Europy, postrzegać również, a może przede wszystkim jako nasz Polski sukces.

Mamy długoletni wzrost gospodarczy, największy, obok Australii, Korei i Słowacji, na świecie, co pokazuje wielki sukces polskiej przedsiębiorczości, zdolności przyciągania inwestorów, elastyczności małych i średnich polskich przedsiębiorstw wobec światowego kryzysu, co umożliwił nam silny, po części balcerowiczowski polski złoty. Ostatnie 27 lat to poszerzanie naszej wolności. Głosu demosu nie powstrzymają już główny nurt, intelektualne, medialne mody. Prawda albo poszukiwanie prawdy przebija się przez zaklęcia decydentów. Potrafimy manifestować swój opór zarówno w marszach 11 listopada, jak i KOD-u. Nie patrzymy bezkrytycznie na żadną władzę, a nacisk opinii publicznej nie tylko przez kartkę wyborczą wymusza korekty na rządzących. Jesteśmy społeczeństwem ludzi wolnych. Ostatnie ćwierćwiecze to dynamiczny rozwój metropolii — one są już w XXI wieku. To rozwój samorządności, to inne połączenia transportowe między metropoliami. Nowe autostrady, trasy szybkiego ruchu, lotniska — to sukces. III RP to zakotwiczenie w Unii i NATO. To wreszcie pokolenie sprawne językowo, bez kompleksów, znające demokrację i wolne rynki, nie tylko na polskim przykładzie.

To niemało, ale korekta jest konieczna. Jest wynikiem nie tylko zmian pokoleniowych, lecz innego kontekstu międzynarodowego, innej sytuacji gospodarczej i ostrego konfliktu ideologicznego w wymiarze światopoglądowym, który również wchodzi do Polski.

Przemyślenia i korekty wymaga to, co dominowało w ostatnim ćwierćwieczu — ideologia liberalizmu, przede wszystkim gospodarczego.

.Po pierwsze, rozszerzyliśmy liberalizm gospodarczy na edukację, służbę zdrowia, kulturę i informację (media). Twierdzę, że było to czynione bez akceptacji społecznej i wbrew trendom światowym.

Oprócz rozwarstwienia w zarobkach spowodowaliśmy to samo społeczne rozwarstwienie w usługach, które kiedyś, wydawało się, że nie były pochodną dochodów. Ktoś powie, że tak jest wszędzie. Zgoda, ale państwo, nawet USA poprzez Obamacare, próbuje temu przeciwdziałać albo poprzez propagandę łagodzić poczucie niesprawiedliwości dla zwiększenia spoistości społecznej. To próbował jedynie, mieszając zupę, czynić Jacek Kuroń.

Rozwarstwienie rodzi demokratyczny opór większości z gorszym dostępem do oświaty i zdrowia. Do tego trzeba dodać społeczne (i gospodarcze) straty wywołane chociażby eliminacją zdolnych, ale biednych. Nie stworzyliśmy nawet wentyli kompensacyjnych, chociażby w sprawie promocji talentów (startupy Morawieckiego to za mało).

.Po drugie, system podatkowy sprzyjał bogatszym i singlom. Zrezygnowaliśmy z systemów redystrybucyjnych. Zbyt późno zauważyliśmy fiskalną krzywdę wobec rodzin. 500+ jest więc wielką rewolucją wobec wcześniejszych gospodarczych założeń ideowych. Brak redystrybucji dochodu był wzmacniany eliminacją tego, co mogło przeciwdziałać tym zjawiskom.

Nie tylko brakowało innego spojrzenia w mediach (program pani Jaworowicz to za mało i zbyt przyczynkarsko), ale robiliśmy wszystko dla zmniejszenia znaczenia związków zawodowych. Były one ośmieszane i przedstawiane jako bezrozumny opór działaczy — cwaniaków nic nierozumiejących ze światowej gospodarki.

.Po trzecie, mimo sukcesu polskiej przedsiębiorczości dla wielu z nas liberalizm w gospodarce kojarzy się z nieuczciwością. Niesprawiedliwe uwłaszczenia na początku lat 90., czy to czerwonej nomenklatury, czy innych cwaniaków mających dostęp do władzy.

Nieuczciwość wielkich fortun, stworzonych na krzywdzie, śmieciówkach, niskich zarobkach pracowników, a nawet podrabianych testamentach ofiar Holokaustu. Nawet jeżeli to marginalia, to ich niesprawiedliwe bogactwo i bezkarność są powodem zwątpienia w sukces i uczciwość III RP.

.Symptomatyczne jest wylansowanie jako ikony sukcesu polskiej przedsiębiorczości Jana Kulczyka.

Niesprawiedliwość biznesowa to tylko fragment szerszego poczucia niesprawiedliwości. III RP to źle funkcjonujący wymiar sprawiedliwości. Przewlekłość, korupcja, nierówny dostęp do „sprawiedliwości”. Naiwne i brzemienne okazało się twierdzenie ministra Stelmachowskiego o samooczyszczeniu się sędziów i prokuratorów.

Jaskrawym przykładem jest niewinność sądowa za zbrodnie komunistyczne. III RP nie stworzyła bazy sprawiedliwości i rozliczenia jako mitycznego przejścia z PRL do Niepodległej. W to miejsce zaproponowano naiwne wybaczanie, wykorzystane do wzbogacenia się, urządzenia się w nowej rzeczywistości, usadowienia w ważnych funkcjach, także w mediach, siebie i swoich dzieci, tych, co w latach 80. bili i straszyli, kłamali i kradli. Zgoda, w jakiejś części te dzieci swój awans zawdzięczają lepszemu wykształceniu, ale moja analiza to ukazanie odczuć społecznych, które niekoniecznie obiektywizują to zjawisko.

Spór o lustrację, relatywizowanie tych, co donosili, pogłębiał tylko rozchwianie aksjologiczne i budził sprzeciw, zwłaszcza pokolenia, podobnie jak w RFN dwadzieścia lat po II wojnie światowej, pokolenia szczęśliwego, późnego urodzenia, które zaczęło zadawać pytanie: „A co 30 lat temu robił mój ojciec, dziadek, wuj?”. Pokolenia, dla którego teza Kwaśniewskiego, że różnymi ścieżkami szliśmy do niepodległości, jest moralnie nie do przyjęcia, dla którego dumą jest posiadanie w rodzinie powstańca, opozycjonisty, a najlepiej Żołnierza Wyklętego. Wstyd budzi przeszłość PZPR-owska i agenturalna.

Twierdzę, że prymat rozgrzeszenia nad sprawiedliwością przyczynił się do upadku etosu służby publicznej.

.Jej symbolem może być cynizm ministra Sienkiewicza. Oficjalnego obrońcy III RP, a prywatnie człowieka świadomego „teoretyczności państwa”.

Stworzyliśmy państwo przeregulowane prawnie, umożliwiające pływanie interpretacyjne biurokracji. Puentą było absurdalne pytanie referendalne prezydenta Bronisława Komorowskiego, dotyczące spraw podatkowych, które brzmiało tak, jakbyśmy pogodzili się, że państwo nie jest dla obywatela, a tylko na użytek kampanii wyborczej możemy zrobić mały wyjątek. Skądinąd wiele ekspertyz wskazuje, że prawo stanowione w polskim parlamencie (ze słynnym „lub czasopisma”) jest efektem działań nieformalnych grup lobbystycznych i rzadko jest rozumną troską w poszukiwaniu dobra wspólnego. Toniemy w sprawozdawczości i papierach. Tonie przedsiębiorca, nauczyciel, akademik i lekarz. Regulacjami odrywamy ich od zasadniczej pracy i narzekamy na niską wydajność.

Co więcej, polska klasa rządząca nauczyła się „podłączenia” pod UE. To na nią zwala winę za przeregulowanie i szafuje argumentem, „co powie Europa”, wciska nam ideologie, mody i trendziki. Czy to kompleksy, czy cyniczna gra, to osobny problem.

.Brnęliśmy w sztuce imitacji Europy, a precyzyjniej w naszym wyobrażeniu o Europie. W pierwszej fazie, by dostosować się do członkostwa w UE, a potem, żeby nie było wstydu. Niestety, nawet dobre rozwiązania unijne nie nadają się do prostego przeniesienia ze względu na tradycję i uwarunkowania prawno-kulturowe. Może stąd gorliwość „Europejczyków” do walki z polskimi nawykami, tradycją, a nawet ośmieszania postaw patriotycznych.

Nikt nie protestował, kiedy poseł Janusz Palikot deklarował, że gdy będzie wojna, on pierwszy ucieknie z Polski. Kupowaliśmy wszystko — edukatorów seksualnych, antyrodzinną konwencję antyprzemocową i podporządkowanie naszej polityki zagranicznej Brukseli i Berlinowi (doktryna „brzydkiej starej panny”).

.Tu dochodzimy do kolejnego elementu rozbieżności niedemokratycznej — rozdźwięk odczuć, poglądów społecznych z medialnym przekazem. To nie jest tylko polski problem, ale nasze media skręciły na lewo, kiedy społeczeństwo zmierzało w drugą stronę.

Brak dziennikarskiej werbalizacji odczuć społecznych powoduje uproszczenie ich wyrazu i pewną prymitywizację, a to napędza „postępowych” dziennikarzy do zaprzestania zajmowania się faktami (a więc prawdą) na rzecz pracy pedagogicznej, która nakazuje chwalić obce i krytykować nasze.

Dziennikarze jako kapłani słusznej i lepszej cywilizacji, próbujący za uszy ciągnąć toporne, zacofane społeczeństwo. To nie tylko pedagogika wstydu, to również bezrefleksyjna proeuropejskość i widoczne przekonanie dziennikarzy o swojej wyższości nad polskim ludem (dyskusja o chamach nad polskim morzem). Ten brak wyrafinowania, brak umiaru i smaku musiał przynieść w większości społeczeństwa odrzut i powrót do tego, co w przeszłości dawało nam szanse przetrwania: poszukiwania wspólnot, patriotyzmu, rodziny, Kościoła, większej wiary w plotki i przekaz bezpośredni niż słowo pisane.

Ten przekaz w młodym pokoleniu trafił w dodatkową pustkę. Generacja internetu inaczej weryfikuje fakty, konfrontuje je z anglojęzycznymi mediami, komunikuje się poprzez wideoblogi i memy. Tylko tak można zrozumieć, jakim cudem, mimo jednolitego frontu głównych telewizji, Bronisław Komorowski przegrał wybory.

Ciekawe jest, że niezależnie od mediów, a często w konfrontacji z nimi, grupy społeczne młodszego pokolenia wykreowały kult Powstania i Żołnierzy Wyklętych, marsze 6 stycznia.

.Prywatyzacja mediów, która usprawiedliwiała traktowanie faktów i kłamstw jako towaru, pogłębiała ten rozdźwięk. Elementem tego jest medialna walka z Kościołem. Nie chcę bronić bezgrzeszności tej ważnej dla mnie instytucji, ale priorytet do komentowania działań Kościoła i religii dla byłych księży i niewierzących jest aż nadto widoczny. To kolejny rozdźwięk między głównymi mediami a młodym pokoleniem, może mało kościółkowatym, ale patrzącym na chrześcijańską teraźniejszość i przeszłość Polski z wielkim szacunkiem.

III RP to sukces, także indywidualny, mojego pokolenia, ale to porażka pokolenia naszych dzieci. Nie stworzyliśmy normalnej ścieżki awansu, nie stworzyliśmy systemu wyrównywania szans.

.Iluzje edukacji uniwersyteckiej rozbiliśmy na rynku pracy i śmieciówkach. Oceniamy ich sytuację po posiadanych autach i sprzęcie AGD, nie dostrzegamy, o ile trudniej dla nich w stosunku do nas zdobyć mieszkanie, pozwolić sobie na urlop. Kryzys europejski i Brexit zlikwidował bufor emigracji. Społeczeństwo 35-latków pracujących poniżej swego wykształcenia i aspiracji, pokolenie, które w stosunku do nas odczarowało mit Europy, chce zmian.

Dziś odpowiedź PiS-u jest szersza, lepiej rozumiejąca wiatr historii i bardziej wiarygodna. Ta odpowiedź, chyba w teorii, a na pewno w praktyce też będzie coraz bardziej odrzucana, chociażby z powodu częściowego konfliktu interesów elektoratów emerytów i młodych.

Dotychczasowa odpowiedź opozycji jest żadna. Nie potrafi ona zauważyć, że jej rozumienie istoty demokracji liberalnej jest po pierwsze, de facto, postrzegane w tym pokoleniu jako element opresji i krzywdy pokoleniowej. To państwo prawa tłumaczy kredyt frankowy, osiem godzin w pampersie na kasie, bezpłatne wielomiesięczne staże — sam podpisałeś, więc nie narzekaj. Krzywdy pokoleniowej, bo po drugie, liberalna demokracja broni często społecznie nieuczciwych praw nabytych, przerzucając ich koszty także na to pokolenie. Przykładem mogą być zarówno SB-eckie emerytury, jak i wielkie odprawy w spółkach skarbu państwa. Co więcej, liberalna demokracja próbuje ograniczyć do kosmetyki skutki werdyktu wyborczego poprzez niedemokratyczne władztwo sędziów i ekspertów, mimo iż wielkie, współczesne, światowe wyzwania wymagają odważnych decyzji.

Nowe pokolenie już wie, że nie będzie żyło w bogatszym świecie niż ich rodzice, wie też, że liberalna demokracja zjada własny ogon i jest źródłem głębokiego kryzysu cywilizacyjnego, chociażby z nie do końca uzmysłowionego dla wszystkich w skutkach pęknięcia między wolnym rynkiem i demokracją, władzą korporacji nad demokracją, zabijaniem obywatela dla lepszego życia konsumenta. Dostrzega oligarchizację życia publicznego.

.Często patrzymy na „polską wojnę domową” jako nasz lokalny konflikt, nasz bój w grajdołku. Niestety, problem jest dużo większy: olbrzymi kryzys cywilizacyjny, wielki kryzys demokracji, globalny kryzys gospodarczy i bankowy. Znacząco wzrosła liczba niewiadomych, liczba miejsc potencjalnych konfliktów, przestrzeni i zjawisk na nowo poszukujących swoich punktów równowagi.

Twierdzę, że polska odpowiedź ostatniego roku jest lepsza i spokojniejsza niż konwulsyjna, jałowa ucieczka do przodu Brukseli, niż przyszłe rozstrzygnięcia wyborcze w krajach o ugruntowanej demokracji. Dobrym podsumowaniem „nędzy” demokracji jest amerykański wybór między Hilary Clinton a Donaldem Trumpem.

Patrząc z perspektywy globalnej, tym pilniejsze jest ponowne przemyślenie naszej państwowości, nieudawanie, że dobrze było dwa, trzy lata temu. Jeżeli państwo Polskie to „oni” i „my”, młodzi i my, co wywalczyliśmy ’89, to dialog jest możliwy i konieczny.

.Próbujmy myśleć o Polsce 2030, o Polsce na nowo odczytującej swoją tradycję i misje, swoje osobne i wspólne europejskie dziedzictwo, na nowo poszukującej solidarności i Solidarności. Nie odrzucajmy moralności, zasad. Budujmy szacunek do bohaterów, bo nie wszystko da się uregulować prawnie, w końcu warto być przyzwoitym.

Dziś Mateusz Kijowski wezwał do budowy państwa podziemnego (cóż za puenta klęski III RP). Ktoś młody skomentował: „Nie umieli zbudować jednego sprawnego państwa, a już się biorą za drugie”. Myślę, że dla szefa KOD-u lepsze niż ubieranie się w nieswoje kostiumy, rozpaczliwe wskrzeszanie przeszłości, byłoby przyjęcie ich, młodszych diagnozy, nawet jako intelektualnej prowokacji — Panowie 50-latkowie, nie do końca nam się z tą Polską udało!

Jarosław Obremski

1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Mam wewnętrzny opór przed nazywaniem tych, którzy skorzystali z transformacji lub jak to wskazuje autor – źle pojmowanym miłosierdziu, tych właśnie którzy budowali swoje fortuny właśnie na ludziach zatrudnionych na śmieciówki, umowy zlecenia, różne formy wyzysku – elitą. Są to owszem, ludzie władzy i pieniądza, ale do bycia “elitą” potrzebne jest coś więcej niż kwestie materialne. Może właśnie dlatego jesteśmy taką koślawą demokracją,nieco przypominającą Quasimodo, że prawdziwych elit jeszcze nie mamy – dzieci dorobkiewiczów i ludzi z awansu partyjnego mimo dobrego wykształcenia nie mają w sobie tego intelektualnego feblika, takiego kręgosłupa, aby mogli stać się wzorem czy oparciem dla jakichkolwiek szerszych grup społecznych. Brak im też charyzmy i myślenia cokolwiek szerszego niż doraźny biznes. Kupno dworu nie czyni szlachcicem (ani szlachetnym), a habit nie czyni mnichem. Z kolei młodzi ludzie, którzy mogliby się takimi elitami stać są ciągle blokowani – na szczęście przebijają się powoli i myślę, że z wyborów na wybory to oni będą dochodzić do głosu.

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam