Jarosław OBREMSKI: "Społeczeństwo, media, alienacja"

TSF Jazz Radio

Społeczeństwo, media, alienacja

Jarosław OBREMSKI

Senator RP. Były wiceprezydent Wrocławia.

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

Często miewałem wrażenie, że to, co słyszę z mediów i czytam w prasie, jest zupełnie inaczej postrzegane niż to, jak obecne problemy odbiera społeczeństwo. Tłumaczyłem to innym doborem ważności faktów, lecz ostatnio ten rozdźwięk to nie tylko różnica w postrzeganiu faktów, ale i przyczyn, skutków i norm moralnych.

.Chociażby debata o uchodźcach jaskrawo pokazuje wyrwę, jaka istnieje pomiędzy mediami, elitami, światem celebrytów a społeczeństwem.

Zbierając wyborcze podpisy, nie spotkałem ani jednej osoby, która myślałaby w sposób, jaki prezentują dominujące media. Skłania mnie to do refleksji nad ich malejącym wpływem.

Spotykani przeze mnie ludzie dysponują jednak wiedzą i informacjami — czerpią je z wielu źródeł — jeżeli nie z telewizji, to z internetu lub od znajomych emigrantów. Są świadomi tego, co dzieje się na ulicach Paryża czy Sztokholmu. Potrafią weryfikować i selekcjonować dane, myśleć samodzielnie i — w pewnym stopniu — są już odporni na najprostsze manipulacje. Mimo że czasami się z nimi nie zgadzam, nie potrafię odmówić im intelektualnego wysiłku, ludzkich odruchów oraz troski o sprawy Polski. Nie sposób nie dostrzec, że są oni dramatycznie pozbawieni reprezentacji w mediach głównego nurtu.

W sprawie uchodźców elity i media grzeszą prostotą i ignorancją. Nie są w stanie wyjść poza stwierdzenie „pomóżmy”. Obawiają się nawet uznać kłopot za kłopot i szkicować dokładniejsze przyszłościowe analizy. Oskarżają drugą stronę o ksenofobię, rasizm, kreowanie wroga na potrzeby wewnętrzne. Nie zauważają, że sami tworzą sobie nieprzyjaciela w postaci mniej lub bardziej wyimaginowanego faszyzmu, nietolerancji, kreśląc obraz społeczeństwa niedouczonego, ograniczonego, po prostu nieludzkiego. Druga strona też przesadza, pokazując tylko negatywne skutki, używając często tylko radykalnego języka.

Reductio ad Hitlerum każdego, kto odważy się stawiać pytania i mieć wątpliwości, nie tylko nie służy debacie, ale też dzieli społeczeństwo.

Dla jasności wywodu zamiennie używam słów elity i media, wychodząc z założenia, że wyższe klasy społeczne są, a przynajmniej powinny być kształtowane przez (i jednocześnie powinny kształtować) główne stacje telewizyjne i gazety. Uogólniam też, że podobnie jak w wielu krajach europejskich i w Stanach Zjednoczonych, ludzie głównych mediów są zdecydowanie bardziej lewicowi niż ich potencjalni odbiorcy. Niemniej misja dziennikarska, czyli służba prawdzie, chroniła ten zawód przed alienacją.

Raymond Aron podzielił decydentów w społeczeństwie na „doradców księcia” i „powierników opatrzności”. Ten pierwszy to polityk, ekspert, manager. Drugi to kapłan i dziennikarz. Pierwszy służy dobru, drugi prawdzie.

Daleki jestem od oskarżeń o cynizm i kłamanie wprost — takie zarzuty mogę stawiać najwyżej pojedynczym osobom — ale znacząca część polskich dziennikarzy przestała służyć prawdzie. Jako IV władza poczuli moc, bardzo chcą nawracać, wchodzić na poziom dziennikarstwa normatywnego. To złudne poczucie władzy, gdyż prawdziwa moc zmieniania poglądów znajduje się przecież w internecie, który dysponuje bardziej personalnie dopasowanymi, wyspecjalizowanymi, profesjonalnymi usługami, o czym świadczy jego wpływ na wynik ostatnich wyborów prezydenckich. Służba prawdzie jest utrudniona przez ograniczony czas na weryfikację informacji. Świat pędzi, wiadomości sprzed pięciu minut są już daleką przeszłością. Sztuka selekcji jest dodatkowo ograniczona przez erozję wiedzy ogólnej. Istotą systemu medialnego są również nieubłagane prawa rynku, konsument jest ważniejszy od obywatela, najlepiej sprzedają się emocje oraz kontrowersje. Nawet ci szlachetni ludzie mediów, którzy odwołują się do idei, czują podskórnie fatalizm urynkowienia.

Problemem pozostaje fakt, że główne media często ulegają prowokacji (np. sprawa ks. Charamsy), dając narzucać sobie narrację przez internetowych trolli, hejterów i minitrendy. Należy docenić spory potencjał zwykłej krytyki czy hejtu. Ludzie często czytają najpopularniejsze gazety dla czystej zabawy, linkują i podsyłają sobie artykuły dla „szydery”. Istotne jest oddzielenie klikalności od akceptacji i poparcia — ludzie się bawią, ale nie kupują myśli, a dziennikarze często mniemają, że są współczesnymi filozofami czy autorytetami, choć traktowani są jak błazny. To, że tego czy innego telewizyjnego celebrytę śledzą tysiące internautów na Twitterze, nie oznacza, że jest traktowany jak osoba, z której zdaniem należy się liczyć.

Media działają tak, jakby chciały rozerwać środek, a środek to klasa średnia, to gwarant konsensusu, spokoju i rozwoju państwa. Rozkład gaussowski pokazuje, że środek to większość, to prawda o społeczeństwie i puls demokracji. Media w pogodni za zyskiem i oglądalnością preferują skrajności.

Rozrywanie, zmniejszanie środka to rozszarpywanie wspólnoty, co powoduje między poszczególnymi biegunami coraz większe nieporozumienia, od których już tylko krok do agresji, na którą media mogą sobie ponarzekać, jeszcze bardziej rozrywając środek.

Dziennikarze oraz inteligencja rzeźbią w słowie, wielu z nich jest głęboko przekonanych, że oczyszczenie języka doprowadzi do stworzenia lepszego społeczeństwa. Owszem, słowo ma swoją wagę i konsekwencje, ale próba narzucenia knebla na wyrażanie opinii i emocji pachnie cenzurą i stanowi kaganiec dla nieodpowiednich poglądów.

Poparcie rządu dla inicjatywy „Stop hejt” to ucieczka od merytoryki. W normalności media oczekują od krytykowanego rządu odniesienia się do krytyki, a nie oceniania jej jakości werbalnej. Ludzie w mediach szukają prawdy, a nie jakości formy. Lewicowe elity uważają, że należy jednoznacznie odrzucić mowę nienawiści, a jakakolwiek forma rywalizacji, konkurencji, agresji jest zła. Łatwo to wmówić społeczeństwu, bo sprzyja temu polityka „grubej pałki” w Polsce i wzajemne okładanie się dwóch największych partii. A przecież gdyby nie ta dychotomia nasz dyskurs wcale nie byłby najgorszy, nie odbiegałby znacząco poziomem od innych krajów. Nie dajmy wmówić sobie absolutnej „trzecioświatowości” — kłócą się i różnią się wszędzie.

Lewicujące media absolutyzują również rolę edukacji. Jeżeli jest kłopot: wzrost ludzi z nadwagą, nieuczestniczenie w kulturze, strach przed islamem, to trzeba wrzucić to do szkoły, nawet jeżeli przekracza to pojemność czasową samego systemu.

Choćby przykład postulowanej przez prawicę polityki historycznej, która działa na lewicę jak „płachta na byka”. Elity nie potrafią połączyć dwóch obrazów — pięknej polskiej literatury i historii uczonej w szkole z realnym obrazem naszego kraju. Polska ma być piękna, wymarzona, a tymczasem występuje tutaj też zło, wielu ludzi postępuje niegodnie. W związku z tym elity nie potrafią odróżnić, źródłem jakiego zła są polskość, tradycja i religia, a co jest wypadkową czystego odruchu ludzkiej natury. Łączą więc wszystkie — negatywne w ich mniemaniu — cechy polskiego społeczeństwa z zaściankowością oraz niewiedzą. Wniosek, który wyciągają, aby stworzyć człowieka cywilizowanego, to konieczność pozbawienia go polskości, wyrwania z tradycji lub przynajmniej jego niestereotypowego odczytania. Śmiesznym przykładem była reinterpretacja „Kamieni na szaniec” jako opowieści o przyjaźni homoseksualnej.

Lewicowe elity prezentują dziś lustrzane odbicie swoich największych rywali — nacjonalistów, tworząc odwrócony nacjonalizm — totalną negację tradycji i roli narodu.

Dziennikarze albo ulepieni są z innej gliny, albo odczytują inteligencję społeczeństwa zupełnie inaczej. Jeżeli to pierwsze, to bardziej używają zmysłów, myślenie polityczne zastępują emocjami, estetyką, pociągiem do egzotyki, indywidualizmu. Zmieniają swoje poglądy bardziej na podstawie poruszających zdjęć, jak to tonącego dziecka, niż faktów i suchych liczb. Ten emocjonalny stosunek przeżywany lub narzucany nie pozwala dostrzec podwójnych standardów, które często stosują. Żartując, dopowiem, że tak bardzo boją się Wschodu, słowiańskości, powrotu do estetyki wódczano-ziemniaczanej komuny, że dążą do nieistniejącego mitu różowej Europy.

Elity ponadto dobrze się czują, nie będąc tłuszczą. Mała liczba ludzi na wyszukanym przedstawieniu teatralnym podkreśla całą masę, której nie ma. Według Veblena głównym motywem konsumpcji jest to, aby móc ją pokazać i odpowiednio upozycjonować się w społeczeństwie.

Elity demonstrują obecnie nie tylko samochody czy zegarki, ale i poglądy i zachowania, które mają oddzielić ich od reszty. Ludzi lewicy cechuje też piękna idea dążenia do świata sterylnego. Niestety, świat jest zarazem piękny i brzydki, a społeczeństwo zarówno dobre, jak i złe. Oczywiście, powinniśmy dążyć do przemiany zjadaczy chleba w anioły, ale nie zapominajmy o manichejskiej budowie świata. Prawdopodobnie nigdy nie dojdziemy do całkowitej idylli, a baranek będzie leżał koło lwa dopiero w królestwie niebieskim, a nie na planecie Ziemia i w Polsce. Prawica, z pojęciem grzechu, łatwiej radzi sobie ze złem człowieka i dobrem jego człowieczeństwa.

Wytworzenie się dychotomii elity społeczeństwa, które obserwujemy w Polsce, miało już miejsce na Zachodzie, co na podstawie opisu amerykańskiego społeczeństwa lat 80. trafnie w swojej książce „Bunt elit” przedstawił socjolog Lasch. Jego zdaniem jeszcze sto lat temu elity czuły się odpowiedzialne za miejsce, w którym żyły. Obecność w wyższej strukturze społecznej oznaczała obowiązek pomocy tym, którzy znajdowali się niżej. Teraz, żeby się wybić, musisz być mobilny, w wyniku czego wielu decydentów ma porozrywane korzenie, nie czują odpowiedzialności za kogoś i coś więcej niż samego siebie. Społeczeństwo w większości jest jednak dalej osadzone i może korzystać z wielu źródeł informacji, w wyniku czego wielu poszukuje innego produktu i ma możliwość dotarcia do niego w internecie, za pomocą mediów społecznościowych.

.Możliwym scenariuszem jest według mnie to, że nastąpi odwrócenie się plecami od tradycyjnych mediów, być może prawdziwą rolę w kształtowaniu postaw i poglądów zaczynają odgrywać wąskie społeczności ludzi o podobnym poziomie wiedzy, kultury, wykształcenia, których jest mnogość i którzy wzajemnie się przenikają, konkurują oraz walczą ze sobą. A dziennikarze będą nie proroczym głosem wołającego na puszczy, ale czymś w rodzaju coraz mniej zrozumiałej sekty.

Tylko czy to dobrze dla wspólnoty? I kiedy popełniliśmy błąd? A może powrót do Prawdy wciąż jest możliwy?

Jarosław Obremski

2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wit Tarkowski pisze:

Jeden z lepszych tekstów jakie tu ostatnio zamieszczono. Zgadzam się w 100%. A o trafności tezy o problemach głównych mediów świadczy fakt, że trudno dziś w nich o refleksje na poziomie tego artykułu. Swoją drogą innym, dobrym tematem jest pytanie o źródła tego problemu.

blog MediaBuzz pisze:

Dziwnie się czyta o lewicowych mediach. Które to? Zapewne pan senator ma na myśli media nazywane przez jego obecnych ideowych towarzyszy “mainstreamowimy”. Ale wrzucanie kamyczka do ogródka tych mediów i brak reakcji na działalność mediów “prawicowych”, zwanych również “niepokornymi” z pewnością nie służy ani dobru, ani prawdzie. I aż tak bardzo nie polegałbym jednak do końca na internecie…

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam