Wszystko Co Najważniejsze

Uniwersytet umarł

    Sekretarz redakcji Nowej Konfederacji, pracownik Fundacji Pro - Prawo do życia. Prowadzi biuro prasowe Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Zajmuje się fundraisingiem, komunikacją zewnętrzną i koordynacją projektów. Pracowała dla polityków, organizacji pozarządowych i szkół językowych. Z wykształcenia polonistka i anglistka. Piąta zawodniczka Mistrzostw Polski Seniorów w lekkiej atletyce w 2015 r.
    Profesor filozofii na Uniwersytecie w Białymstoku, doktor (IFiS PAN, 2002) habilitowany (IF UW, 2012). Autor m.in. Ontologii sukcesu (Gdańsk 2006), Podpisu księcia (Warszawa 2013), The Ancients and Shakespeare on Time (New York 2014). Zastępca redaktora naczelnego w kwartalniku filozoficznym "Kronos". Wykładał na uniwersytetach w Europie, w Stanach, w Rosji.

    „Niedługo najmłodszymi pracownikami na uniwersytetach będą pięćdziesięciolatkowie. Tu nie ma czego konserwować, tu trzeba wszystko zburzyć i zbudować na nowo” – mówi prof.Piotr NOWAK w rozmowie z Anną KILJAN.


     

    Anna KILJAN: – W książce Hodowanie troglodytów prezentuje pan miażdżącą diagnozę dzisiejszego uniwersytetu. Skoro przestał być on przestrzenią wolnej myśli, to po co humaniści przychodzą na studia?

    Prof. Piotr NOWAK: – Jeszcze parę lat temu na studia przychodziły osoby, które uważały, że dyplom umożliwi im lepszy start w życiu. To się zmieniło. Rynek nie jest w stanie przyjąć absolwentów w takiej liczbie. A więc nie jest prawdą, że nie dostaje się pracy po kierunkach humanistycznych. Po prostu studiujących – właściwie trzeba powiedzieć: obijających się po korytarzach studentów-troglodytów jest zwyczajnie za dużo. Kiepski absolwent prawa czy ekonomii tak samo nie znajdzie miejsca w zawodzie, jak kiepski humanista. I odwrotnie: zawsze będzie zapotrzebowanie na dobrze wykształconych absolwentów studiów humanistycznych.

    Rzecz w tym, że uczelnie przestały porządnie kształcić. Kierunek nauki wyznaczają mody panujące wśród studentów. Dziś trendy jest psychologia, ale już jutro może wcale nie być trendy. I co wtedy? Mamy zwijać laboratoria, zamykać kosztowne projekty? Doprowadzi to do rozlicznych absurdów. Uczeni żyją w ciągłym strachu. Nie jest to strach, jak za Stalina, przed policją polityczną. To zwykła, ludzka obawa o ciągłość zatrudnienia, pośrednio zaś – o ciągłość nauki. Jeśli o mnie chodzi, do pierwszego października nie wiedziałem, czy w ogóle będę miał jakieś zajęcia, a jeśli już, to jakie.

    „Wszystko rozbija się o model finansowania uczelni – o pogłówne – im więcej studentów, tym więcej pieniędzy. Diagnozuję to jako najważniejszą przyczynę osłabienia Akademii”. PROF.PIOTR NOWAK

    – Dlaczego to studenckie mody decydują o kierunkach nauki? Czy to kwestia tego, że każdy może studiować, co chce, bo ze względu na, jak pan to nazywa, „pogłówne” wszędzie się dostanie?

    – To jest podstawowy dylemat: czy przywrócić egzaminy wstępne na wyższe uczelnie, czy nie? Jeśli tak, musielibyśmy zrezygnować – w dobie niżu demograficznego – z zasady per capita.Skłaniałbym się raczej do innego rozwiązania. Myślę, że każdy powinien mieć prawo do studiowania, jednocześnie miałby dowieść, że mu na tym naprawdę zależy. Selekcja następowałaby po pierwszym roku. Ze stu pięćdziesięciu osób przyjętych na pierwszy rok mogłoby zostawać na drugim roku, powiedzmy, trzydzieści. Strzelam. Te progi mogą rozkładać się różnie na różnych wydziałach. Oznaczałoby to jednak – powtarzam – odejście od idei pogłównego w finansowaniu nauki.

    – Ale jak w takiej sytuacji rozwiązać problem ludzi, którzy masowo podejmowaliby studia na kolejnych kierunkach i kończyli je bezproduktywnie po pierwszym roku? Przecież podatnicy za to płacą.

    – Młody człowiek ma prawo do wahania, nie musi od razu wiedzieć, co dla niego najlepsze. Niech więc próbuje, to trzeba wliczyć w koszty funkcjonowania całego systemu, nie tylko Akademii. Inną sprawą jest nieszczelność obecnego systemu wydawania pieniędzy na naukę. Ale tym to może niech się zajmują urzędnicy z Ministerstwa, skoro ono już istnieje.

    – Wolałby pan, żeby Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zostało rozwiązane?

    – Oczywiście, że tak! Ono nie jest nam do niczego potrzebne. Urzędnik nie ma bladego wyobrażenia, czym jest nauka – on jej po prostu nie rozumie. Administracja udowodniła, że jest całkowicie nieludzka, że nie zna problemów nauki i dlatego ją dusi kolejnymi aberracyjnymi przepisami, algorytmami, rozporządzeniami. Bo przecież to w Ministerstwie rodzą się najrozmaitsze pomysły, jak normalizować naukę. Na uczonych nakładane są obowiązki wypełniania sterty dokumentów, które mogą zrozumieć tylko lubujący się w tych wszystkich papierach i pieczątkach urzędnicy.

    – Czyli jakakolwiek pozytywna normalizacja, wychodząca ze strony urzędników, jest niemożliwa?

    – Nie, to nie tak. Bez aparatu urzędniczego nie da się zarządzać nowoczesnym państwem. To elementarz. Ale to wszystko można albo obrócić przeciwko studentom i uczonym, albo usprawnić. Niestety w tej chwili cały ten system wypełniania bzdurnych sylabusów, formularzy, druków, ankiet, arkuszy ocen okresowych (tylko w tym roku wypełniałem je aż siedem razy!) jest całkowicie przeciwny uczelniom – osłabia zarówno głos studenta, jak i władzę uczonych. Wzrasta oczywiście władza administracji, która żywi się tymi bzdurami, która pożera nas, chcąc za wszelką cenę sprawować kontrolę – regulować, nadzorować, karać. A im więcej niezrozumiałych przepisów, tym więcej możliwości kontroli. Niestety, jeśli uczonych będzie się rozliczało tylko ze sprawozdawczości, jeśli to ona stanie się ich głównym zadaniem, nauka może tego nie przetrwać.

    Podam Pani inny przykład urzędniczej „kreatywności”. Starałem się o grant w Narodowym Programie Rozwoju Humanistyki. Grantu nie otrzymałem. Trudno, idźmy dalej. Zapomniałem o całej sprawie. Aż tydzień temu otrzymałem od jakiejś pani mail z zapytaniem, czy wezmę udział w ankiecie mierzącej stopień mojego zadowolenia/niezadowolenia z decyzji o nieprzyznaniu mi grantu.

    „Proszę to dobrze zrozumieć: jakaś firma otrzymała ministerialny grant na badanie samopoczucia tych, co grantów nie otrzymali. Czy nie uważa Pani tego za jakiś rodzaj perwersji, za rodzaj urzędniczego zboczenia?” PROF.PIOTR NOWAK

    – Problem „grantozy” czy sprawozdawczości nie jest jedyną bolączką. To tylko wierzchołek góry lodowej.

    – Jasne. Temu wszystkiemu można starać się jakoś zaradzić, na przykład przez łagodną obstrukcję. Jednocześnie trzeba mieć na uwadze, że uniwersytet zależy od decyzji politycznych. Platforma Obywatelska dowiodła, że jest formacją antykulturalną i antynarodową – formacją, która po prostu niszczy państwo, wycofuje się z niego, oddaje je za bezcen. Politycy z nią związani poniekąd sami się do tego przyznawali w trakcie imprez, na których ich nielegalnie nagrywano. Proszę przypomnieć mi, który z polityków przyznał w jednej z takich pijackich rozmów, że „państwo polskie istnieje tylko teoretycznie”, że tego państwa nie ma. Albo proszę mi tego lepiej nie przypominać. Otóż, twierdzę, że po reformach zainicjowanych przez minister Kudrycką, Uniwersytet ledwo zipie, prawie zdechł, że prawie go nie ma.

    – Chyba nie może się pan zdecydować – dać uniwersytetom umrzeć czy próbować je reformować.

    – Mam chęć, jak „pan Bombka” z filmu Dzikie historie, wysadzić w powietrze ich zgniłe fundamenty i spróbować wcielić w życie zmiany, które postulowałem w swojej książce.

    Uniwersytet przeżywa zawał – to fakt, z którym trudno dyskutować. Podam przykład: dlaczego dopuściliśmy właściwie do całkowitej blokady etatów? Dlaczego nawet najlepsi młodzi ludzie nie mają dziś żadnych szans na zatrudnienie na Uniwersytecie? Wyjaśnię to. Akademią włada obłąkana idea minimum kadrowego, które oznacza, że każdy wydział musi mieć pewną ilość utytułowanych pracowników. Trzyma się więc starych profesorów, którzy od dawna powinni przejść na emeryturę, właśnie przez wzgląd na owe minima. Nikt nie pyta, kiedy ich profesury zostały zrobione i jakie badania prowadzą obecnie. Ci ludzie pobierają wysokie pensje, dodatki eksperckie, nierzadko w całości przejmują środki na badania statutowe. Dzięki temu mają pieniądze na leczenie i na lekarzy. Zamierzają żyć bardzo długo i szczęśliwie. Oto ma Pani zwornik tego patologicznego systemu: minimum kadrowe. A przecież nauka się starzeje, tzw. „zmiana paradygmatu” wynika z jej istoty. Nie starzeją się wielkie problemy filozoficzne, nie starzeje się sztuka. Ale nauka żyje krótko i utrzymuje się z tego, że się zmienia. A skoro tak, to chyba zmieniają się także uczeni.

    Cóż, może w Stanach, na pewno nie w Polsce. Niedługo najmłodszymi pracownikami na uniwersytetach będą pięćdziesięciolatkowie. Naprawdę nie wiem, jak można bardziej spektakularnie pokazać upadek Uniwersytetu. Tu nie ma czego konserwować, tu trzeba wszystko zburzyć i zbudować na nowo.

    – A czy cała reforma punktowa nie miała służyć właśnie odblokowaniu etatów?

    – Nie wszystko, czego tknęło się MNiSW, jest porażką.

    – Czyli to krok w dobrą stronę?

    – Parametryzacja nauki jest dobra i potrzebna, ale trzeba ją dopracować. Nie można takiej parametryzacji, jaka służy kierunkom przyrodniczym, stosować w naukach humanistycznych.

    Nawet kryteria, które pozwalają ocenić wysiłek filozofia i wysiłek socjologa, powinny być inne. Z doświadczenia wiem, że socjolog, psycholog i filozof, jeśli nawet znajdą się w jednym pokoju, nie są w stanie wypracować wspólnego stanowiska w sprawie jakości poszczególnych projektów badawczych z tych dyscyplin. Filozof może zastanawiać się, czy wniosek o dofinansowanie badań psychologicznych jest dobrze przygotowany od strony formalnej, ale to wszystko. Strona merytoryczna tego wniosku to będzie dla niego czary mary. Ale już nie odwrotnie. Zorientowany scjentystycznie i „nierozumiejąco” psycholog czy socjolog zawsze będzie starał się dowieść, że wnioski z dziedziny filozofii mają niewiele wspólnego z nauką. Wykaże, iż książki, na które powołuje się filozof, to często dziewiętnastowieczne ramoty, w rodzaju Kierkegaarda. Przeciwstawi mu psychologa oczytanego w najnowszej (najdalej sprzed trzech lat) literaturze przedmiotu, psychologa cytowanego w uznanych, anglojęzycznych periodykach.

    Tymczasem rzut oka wystarczy, by stwierdzić, że mowa tu o totalnie odmiennych – niemniej równoprawnych – podejściach naukowych, których dorobek winien być oceniany wedle różnych, stosownych dla danej dyscypliny, kryteriów.

    Urzędnicy od nauki do spółki z ich kolegami od nauk przyrodniczych zamknęli wszystkich uczonych w jednej klatce, w której każda dziedzina nauki ma być parametryzowana w ten sam sposób, co sprawia, że humanistyka i tradycja są traktowane jako obciążenie, gdyż nie przysparzają bogactwa, bo nie rozwiązują bieżących problemów.

    „Ja jednak powtarzam swoje: humanistyka i Uniwersytet mają prowadzić dialog z przeszłością, z duchami Wielkich Zmarłych, a nie rozwiązywać aktualne problemy”. PROF.PIOTR NOWAK

    – Jakaś parametryzacja służyłaby humanistyce, ale na pewno nie taka, jaka obowiązuje obecnie – nie taka, która m.in. dyskryminuje język polski jako język badań…

    – Nie dyskryminuje całkowicie języka polskiego – ale na pewno faworyzuje inne. W naukach humanistycznych to jednak pomyłka! Żeby otrzymywać więcej punktów, przekładających się na wynagrodzenie, mam wybierać, czy jestem „Amerykaninem”, „Rosjaninem”, czy „Niemcem”? I pisać jak oni, tylko zawsze ciut gorzej? Nie, dziękuję. Wybieram język polski, ponieważ chcę współtworzyć kulturę polską. To oczywiście nie dotyczy nauk, które nie mają związku z narodowością. Świat nauki musi być informowany o ich odkryciach w jak najszybszym tempie. Nauki przyrodnicze nie mają granic, ale humanistyka je ma – jest związana z konkretnym miejscem i konkretnym językiem.

    – To co zrobić?

    – Zmieniać złe rzeczy poprzez dobre decyzje polityczne. W humanistyce nie można uzależniać punktowania publikacji od języka, w którym są one pisane. A tam, gdzie język narodowy jest wtórny wobec nauki (w medycynie, w fizyce, w informatyce, w psychologii poznawczej), niech uczeni porozumiewają się ze światem w najszybszy możliwy sposób, najlepiej po angielsku.

    – Humaniści często krytykują komercjalizację badań. Dlaczego?

    – Ja powiem tak – jestem regularnie upokarzany przez jakość prac moich kolegów, które są publikowane w wydawnictwach przyuniwersyteckich. To, jak piszą i co piszą, jest po prostu gorszące.

    „Jestem za tym, żeby zlikwidować wszystkie wydawnictwa przyuniwersyteckie – to, co tam się wydaje, to na ogół bełkot. Niech naukowcy publikują we własnych wydawnictwach albo w internecie”. PROF.PIOTR NOWAK

    Jeśli ich praca będzie coś warta, to zostanie skomercjalizowana – rynek się nią zainteresuje. Na marginesie, wspominam w swojej książce, że na uniwersytetach powinny powstać dwie ścieżki – dla osób piśmiennych i niepiśmiennych. Są ludzie, którzy nie mają smykałki do pisania – nie zmuszajmy ich do tego! Zaznaczajmy te ścieżki na dyplomie. Zlikwidujemy w ten sposób kolejną fikcję – fikcję prac pisemnych, które dziś są często kupowane, kradzione albo ich poziom jest zwyczajnie rozczarowujący.

    – Czyli uniwersytet nie powinien uczyć pisać?

    – Powinien uczyć tych, którzy chcą pisać. I ci ludzie powinni się uczyć od tych, którzy to rzeczywiście potrafią.

    – Załóżmy, że zburzyliśmy już uniwersytety. Co teraz?

    – Przede wszystkim – za dobry przykład można uznać kolegia artes liberales – ten model może pomóc uzdrowić uniwersytet. To są studia elitarne i często międzyobszarowe. Na nich nie ma „łapanki” na pierwszy rok, chętni są zawsze. Zajęcia odbywają się w pięcio-, dziesięcioosobowych grupach – w takich warunkach wszyscy pracują. Pracują nad rzeczami niezwiązanymi z wolnym rynkiem. Te kolegia nie mają żadnych związków z pracodawcami, bo ich celem nie jest wejście na rynek pracy, tylko transmisja wiedzy. I tak powinno być na całym uniwersytecie. Zresztą, sami studenci, o czym już wspominałem, mają przeczucie, że sam dyplom nic im w gruncie rzeczy nie daje. Dzięki temu owczy trend, tzn. parcie w kierunku dyplomu, powoli odchodzi w przeszłość. Między innymi dzięki temu filozofia przeżywa obecnie renesans zainteresowania. Okazuje się, że temat samopoznania jest warty podjęcia.

    – A co z systemem bolońskim? Wygląda to tak, że studenci po prostu dwa razy przerabiają ten sam program – na studiach I i II stopnia.

    – Ja nigdy programu nie powtarzam – ci, którzy przychodzą na drugi stopień filozofii po socjologii czy geografii, muszą we własnym zakresie uzupełnić braki w wykształceniu.

    Pomagam im w tym, ale nie mogę z nimi zaczynać wszystkiego od nowa – to nieuczciwe w stosunku do tych, którzy studia pierwszego stopnia kontynuują na drugim.

    – Ale na wielu kierunkach program jest po prostu powtarzany.

    – To jest obłędna idea, nieuczciwa – żeby ludzie uczyli się dwa razy tego samego. Trzeba jednak powiedzieć, że sam pomysł mobilności, której sprzyja system boloński, nie jest zły. Tylko to nie zadziałało – można powiedzieć, że studenci, zamiast zgłębiać daną dziedzinę, zbierają taki kolorowy, postmodernistyczny bukiet – skubią po trochu ze wszystkiego.

    – To może wystarczy nie pozwolić zmieniać kierunków po I stopniu?

    – To jest dobry trop – ale spróbujmy powiedzieć więcej – ten dwustopniowy system nie jest dobry. Po prostu zlikwidujmy go. Niech to będzie postulat coraz większej liczby osób. Idea się nie sprawdziła, trzeba zmian.

    – Czyli powrót do studiów 5-letnich?

    – Tak.

    – Bardzo często podnosi pan temat wyzwolenia nauki spod ucisku biurokracji. Czy to nie naiwność wierzyć, że naukowcy są wzorem samokontroli i dyscypliny i nie potrzebują nikogo z zewnątrz?

    – Nigdzie nie napisałem, że należy zrezygnować z kontroli.

    – To ile tej wolności powinno być?

    – Zacznijmy od tego, że tam, gdzie nie ma wolności, nie ma nauki. Nauka żywi się wolnością. Ma Pani rację – wewnętrzne systemy kontroli na uniwersytetach nie działają – dominują układy koleżeńskie. Trzeba odblokowywać etaty, stwarzać nowe. Na ich obsadę nie powinny mieć wpływu jedynie osoby z wewnątrz, z danego wydziału czy instytutu. Komisje organizujące konkursy na stanowiska powinny składać się w większości z osób z zewnątrz, z innych uniwersytetów, czy ośrodków badawczych, dobieranych losowo. To wyeliminuje kolesiostwo, ustawianie konkursów. Wewnętrznie organizowane konkursy są bowiem bardzo często ustawione. To wiedza powszechna.

    Wymyślmy zatem coś, co sprawi, że w lokalnych komisjach konkursowych wezmą udział także uczeni na przykład z Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów. Oni nie będą mieli interesu w zatrudnianiu osób bez kwalifikacji. Podkreślam: nie jestem za tym, żeby zrezygnować z kontroli. Po prostu nad nauką kontrolę powinni sprawować uczeni, a nie urzędnicy.

    Zrzut ekranu 2015-10-07 (godz. 12.05.36)– Padł pomysł, żeby humanistyka podlegała MKiDN, a nie MNiSW. To by coś zmieniło?

    – Urzędnicy MKiDN rzeczywiście lepiej rozumieją problemy humanistyki, ale to wciąż urzędnicy – ludzie bez polotu, przyziemni. Przede wszystkim powinniśmy rozwiązać całe MNiSW i rozbudować centralną instancję kontrolną złożoną z uczonych. Uczeni powinni rządzić się sami – powinni mieć swoich urzędników do zarządzania sprawami administracyjnymi, a nie ministerialnych, narzuconych im z góry. Rola takich urzędników powinna być służebna wobec uczonych.

    Rozmawiała Anna Kiljan
    Tekst opublikowany w Internetowym Miesięczniku Idei „Nowa Konfederacja”, wyd.10 (63)/2015 [LINK]

    POLECAMY TAKŻE: „Polskiej nauki życie na niby. Jak z tego wyjść? Debata we Wrocławiu” [LINK]

    Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
    Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.
    7 października 2015 / Fot: Labirynt ksiązek | Aurelien Guichard via Flickr CC License by