Prokurator nas nie wyręczy. O patologiach na polskich uczelniach

Prof. Leszek PACHOLSKI

Profesor zwyczajny nauk matematycznych, logik, informatyk. W latach 2005–2008 rektor Uniwersytetu Wrocławskiego.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

W październiku 2013 roku wrocławska policja zatrzymała Adama J., profesora Politechniki Wrocławskiej. Profesorowi i jego współpracownikom zarzucono między innymi oszustwa przy realizacji projektów badawczych oraz plagiaty. Lokalna prasa poświęciła tej sprawie kilka tekstów, w których między innymi sugerowano istnienie „spółdzielni” — grupy wpływowych profesorów — oraz ojca chrzestnego — capo di tutti capi — polskiej nauki. W stołecznym wydaniu „Gazety Wyborczej” ukazał się też artykuł opisujący losy dwójki adiunktów z zakładu kierowanego przez Adama J., którzy zdecydowali się na ujawnienie nie całkiem legalnych praktyk swojego szefa.

.Adam J. postanowił donosicieli ukarać. Okazja nadarzyła się, gdy jeden z nich, Radosław R., złożył wniosek o habilitację. Centralna Komisja do Spraw Stopni i Tytułów (CK) i Rada Naukowa Instytutu Badań Naukowych PAN (IBS), której członkiem jest Adam J., powołały recenzentów i komisję. Zgodnie z przewidywaniami IBS odmówiła nadania Radosławowi R. stopnia doktora habilitowanego. Radosław R. odwołał się od tej decyzji do CK. Dwóch spośród trzech superrecenzentów powołanych przez CK poparło odwołanie, wskazując na nieprawidłowości w procesie habilitacyjnym. Sprawa wróciła do IBS i ten ponownie odmówił nadania stopnia doktora habilitowanego. O dalszym przebiegu wydarzeń można dowiedzieć się z artykułu Piotra Pytlakowskiego w „Polityce” z 19 maja.

Radosław R., tym razem korzystając z pomocy adwokata, odwołał się od tej decyzji, a jego odwołanie zaopiniował profesor Paweł Idziak z Uniwersytetu Jagiellońskiego. W swojej opinii profesor Idziak wykorzystał dostarczone przez adwokata materiały ze śledztwa w sprawie Adama J., które w bardzo złym świetle przedstawiły kilka wpływowych osób zaangażowanych w przewód habilitacyjny i sposób jego prowadzenia. Po przedstawieniu tej opinii na posiedzeniu CK jeden z jej członków, znany w całej Polsce naukowiec Ryszard T., przewodniczący komisji habilitacyjnej Radosława R., podał się do dymisji. Kilka tygodni później ustąpił z funkcji prezesa Krakowskiego Oddziału Polskiej Akademii Nauk (PAN).

Tekst Piotra Pytlakowskiego wywołał na krótko pewne zamieszanie w polskim świecie akademickim. Był tematem plotek na akademickich salonach. Wielu wpływowych uczonych przyznawało, iż od dawna wiedzieli o niskich kompetencjach merytorycznych profesora X i braku kręgosłupa moralnego profesora Y. Nie przekładało się to jednak na żadne działania. Nie słychać pytań, jak to było możliwe, że tak wiele osób zdawało sobie sprawę z patologii, a nikt nie krzyknął, że król jest nagi, że osoby, które są teraz pod pręgierzem, przez wiele lat były jednomyślnie lub prawie jednomyślnie wybierane do pełnienia prestiżowych funkcji.

.Odnowy moralnej po ujawnionym skandalu nie będzie. Zostanie tak, jak było. Kilka prominentnych osób utraci na pewien czas możliwość dalszego czerpania korzyści ze zgromadzonego wcześniej „kapitału społecznego” — budowanej przez wiele lat sieci wzajemnych zobowiązań.

Wplątane w tę sieć osoby, których nazwiska jeszcze się w mediach nie pojawiły, odetną się od znajomości z bohaterami artykułu. Będą ostrożniejsze, z większą starannością będą prowadzić korespondencję i lepiej zadbają o porządek w papierach. Naukowcy spoza układu będą ostrożni w nawiązywaniu współpracy z kolegami podejrzanymi o bliskie kontakty z oskarżonymi. No i oczywiście przedstawiciele różnych działów nauki będą z pełnym przekonaniem twierdzić, że w ich dziedzinach granty dostają najlepsi, recenzje są rzetelne i nie ma mowy o jakiejkolwiek nieuczciwości przy awansach. Po pewnym czasie wszyscy o skandalu zapomną i bohaterowie obecnych skandali wrócą na salony.

.Przez wiele lat uważałem, że najlepszą drogą do poprawy jakości polskiej nauki jest promowanie doskonałości, a walka z patologią ma znaczenie drugorzędne. Wydawało mi się, że patologie są marginesem, który szybko zostanie wyeliminowany, gdy pojawią się dobre wzorce, dobry system grantowy i zapotrzebowanie na dobre wykształcenie.

Przyznaję, że byłem w błędzie. Dostępne w Internecie informacje o zaszczytnych, pochodzących z wyboru, funkcjach pełnionych przez bohaterów artykułu i wiarygodne opinie „sfrustrowanych internautów” świadczą o rozwoju patologii.

Możemy dziś mówić o ofensywie patologii, o tym, że kolesiostwo opanowało ogromne obszary polskiej nauki. Przy czym nie mówię tu o pracownikach prowincjonalnych uczelni z trudem walczącymi o przetrwanie lub awans, lecz o elicie polskiej nauki, członków elitarnych towarzystw i komitetów, PAN, a także CK — instytucji powołanej po to, by dbać o wysoki poziom kadry akademickiej. To osoby mające wpływ na podział funduszy na badania naukowe.

Ujawniona afera dotyczy informatyki, ale sytuacja jest zła nie tylko tam i w szeroko rozumianych naukach technicznych. Niedawne awantury w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN oraz dane o ogromnej aktywności niektórych ekonomistów, członków CK w przewodach habilitacyjnych, świadczą, że jest tam podobnie.

Słyszałem opinie, że Adam J. działał sam, że nie ma żadnej „spółdzielni”. Piotr Pytlakowski pisze, że profesor J. doskonale opanował sztukę pisania projektów badawczych. Jednak nawet najlepiej napisany wniosek nie daje gwarancji otrzymania finansowania. Ważny jest wcześniejszy dorobek naukowy, potwierdzający wiarygodność wnioskodawcy oraz oryginalność i waga proponowanych badań. Ale to często nie wystarcza. Pewność sukcesu daje natomiast daleko idąca życzliwość przewodniczącego zespołu oceniającego i dobranie przez niego równie życzliwych recenzentów. Nie mam dowodów, że Adam J. i jego współpracownicy byli finansowani dzięki życzliwości kolegów, ale widziałem wysoko ocenione projekty badawcze, w których osiągnięcia wnioskodawców i jakość proponowanych badań była poniżej wszelkich możliwych standardów. Ktoś te projekty oceniał, ktoś znajdował życzliwych recenzentów.

Niemożliwe, żeby jedna, dwie lub nawet trzy osoby oszukały całe środowisko naukowe.

.Podobnie jest z nadawaniem stopni, tytułów naukowych, a także innych ważnych zaszczytów. Kilka miesięcy temu wiele emocji wywołała próba nadania stopnia doktora prezesowi Business Center Club. Gdyby do tego doszło, szkody dla nauki nie byłyby wielkie. Nie stałoby się nic złego poza kompromitacją instytucji oraz obniżeniem już i tak niskiego prestiżu stopnia doktora. Natomiast nadawanie habilitacji lub profesury osobom niekompetentnym pracującym na uczelniach lub w instytutach badawczych przynosi ogromne szkody.

Trudno sobie wyobrazić, że ktoś, kto tak jak Antoni W., tytuł profesorski uzyskał na podstawie książki, która wcześniej była podstawą do nadania doktoratu innej osobie, będzie promował wysokie standardy etyczne i merytoryczne. A w procesie oceny jego dorobku, oprócz superrecenzentów Centralnej Komisji wspomnianych w tekście Pytlakowskiego, brało udział kilku recenzentów rady wydziału oraz cała kilkudziesięcioosobowa rada, która jednomyślnie wnioskowała o nadanie tytułu.

.Wrócę na chwilę do nieudanego doktoratu prezesa Business Center Club, który, mimo że od czasu ujawnienia nieprawidłowości minęło kilka miesięcy, wciąż jest w mediach oskarżany o „kumoterstwo, hucpę i obniżanie standardów”. Ale oskarżenia kierowane są w niewłaściwą stronę. Prezes BCC nikogo nie oszukał, rada wydziału wiedziała, komu powierza obowiązki promotora i recenzentów i kogo powołuje do komisji doktorskiej. Promotor wiedział, co zostało przedstawione jako rozprawa, recenzenci ocenili tekst, który im doktorant dostarczył, a komisja doktorska oparła się na opiniach recenzentów. Żadna z wymienionych osób nigdy nie wspomniała, że została wprowadzona przez prezesa w błąd. To nie prezes powinien być oskarżany, lecz osoby, które z racji pełnionych funkcji podejmowały decyzje lub opiniowały osiągnięcia kandydata.

W środowisku akademickim jest wiele osób wartościowych i sprawiedliwych, promujących wysoką jakość i pilnujących standardów, rzadko jednak decydują się one ingerować poza swoim bezpośrednim otoczeniem. Uważają, że to nie ich instytut, nie ich dziedzina nauki, nie ich wydział i że nie będą się wtrącać w cudze sprawy. To nie są cudze sprawy. Opinia publiczna nie odróżnia instytucji naukowych, skandale psują reputację wszystkim, nie tylko tym, którzy je wywołują.

Także w instytucjach, o których mowa w reportażu, są ludzie uczciwi. Niestety, są oni zdominowani przez samców alfa uprawiających „wielką politykę naukową”. Uczciwym brak odwagi cywilnej i siły politycznej, żeby się przeciwstawić. Czasem nawet prywatnie wyartykułują swoje wątpliwości, ale szkoda im czasu, aby walczyć.

Wygodniej jest nie widzieć i nie słyszeć. Najsmutniejsze jest to, że podobne postawy przyjmują nie tylko szeregowi członkowie rad naukowych. Podobnie zachowują się liderzy ważnych instytucji powołanych do troski o jakość środowiska.

W lutym 2014 r. na prośbę CK napisałem opinię w sprawie pierwszego odwołania Radosława R. od decyzji Rady Naukowej IBS PAN. W swojej opinii zwróciłem uwagę na podejrzane podobieństwo wszystkich trzech recenzji wykonanych dla Rady Naukowej. Miesiąc później swoją opinię wraz z zawiadomieniem o podejrzeniu zmowy wysłałem do pani Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego, do przewodniczącego CK i do Komisji do Spraw Etyki w Nauce. W grudniu przypomniałem pani Minister o sprawie, załączając do listu informacje prasowe o toczącym się śledztwie. Dowiedziałem się później, że mój list został przekazany kolejno: prezesowi PAN, Dziekanowi Wydziału Nauk Technicznych PAN i wreszcie przewodniczącemu Rady Naukowej IBS PAN, która miała ponownie rozpatrzyć wniosek o nadanie habilitacji Radosława R. Przewodniczący o moim liście poinformował Radę Naukową dopiero po zakończeniu procedury habilitacyjnej, „aby zachować obiektywizm Rady podczas głosowania”. Poinformował też Dziekana Wydziału Nauk Technicznych, że postępowanie odbyło się „w pełni zgodnie z obowiązującymi przepisami”.

Do tego, aby w końcu odpowiedzialne instytucje zareagowały, konieczne było ujawnienie zdobytych przez prokuraturę materiałów kompromitujących niektóre osoby zaangażowane w przewód habilitacyjny. Nie wystarczyła pozbawiona elementów sensacji merytoryczna opinia wskazująca na nieprawidłowości.

.Środowisko samo nie zdejmie klapek z oczu, trzeba mu je zerwać.

Rada Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego mimo dwóch pozytywnych recenzji i pozytywnej rekomendacji komisji doktorskiej w tajnym głosowaniu, przy 26 głosach przeciw i tylko trzech głosach za, odmówiła nadania prezesowi BCC stopnia doktora. Nie słychać było opinii, że wynik tego głosowania był kolejną kompromitacją profesury — nie prezesa BCC — lecz dziekana, promotora, recenzentów i całej rady wydziału. Rada powołała recenzentów, a potem głosowała wbrew ich rekomendacji. Czy to znaczy, że rada nie wiedziała, kogo powołuje, i przez pomyłkę powołała osoby niekompetentne? Czy może recenzenci zawiedli oczekiwania rady i jej werdykt był wotum nieufności wyrażonym recenzentom przez radę? Czy rada uznała, że recenzenci są niekompetentni, a może, że ją oszukali? Niezależnie od odpowiedzi na te pytania, w krajach anglosaskich uznano by, że promotor i recenzenci poważnie naruszyli zasady akademickiej uczciwości.

Jednak postępowanie utytułowanych osób nie było przedmiotem dyskusji w środowisku akademickim. Także media unikały komentarzy na temat kwalifikacji moralnych osób, które być może spotykają się na rautach z szefami wydawnictw. Po decyzji rady wydziału media obrzuciły prezesa BCC kolejną porcją oskarżeń. Poza wywiadem, w którym profesor Grażyna Skąpska negatywnie oceniła postawę jednego z recenzentów, przewodniczącego Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego (RGNiSW), nie było głosów krytycznych na temat faktycznych sprawców skandalu, czyli profesorów firmujących przewód doktorski. Nie było też słychać w środowisku akademickim opinii, że osoba, która straciła twarz, nie może być twarzą środowiska i zajmować najwyższego wybieralnego stanowiska w polskiej nauce. Co więcej, nikogo nie raziło nawet to, że portal RGNiSW został wykorzystany do prywatnej polemiki z profesor Skąpską.

.Nie wiem, jaki będzie dalszy rozwój wydarzeń w sprawach skandalu w środowisku informatycznym. To, co się dotychczas wydarzyło, sugeruje, że jeśli problemy ujawnione w artykule Pytlakowskiego uda się rozwiązać, będzie to wyłącznie zasługą policji i prokuratury. Z tą i z wieloma podobnymi sprawami środowisko naukowe nie umiało samo sobie dotychczas radzić i chyba wciąż nie ma woli, żeby się z tymi problemami zmierzyć. Ale nie da się uzdrowić szkolnictwa wyższego i nauki rękami prokuratorów. Instytucje odpowiedzialne za sprawy poruszone w artykule muszą do końca wyjaśnić wszystkie wątpliwości.

Nie chodzi tylko o ukaranie lub odsunięcie od władzy tych, którzy zostali przyłapani na oszustwach, ale poznanie mechanizmów i identyfikację osób, których świadome działania wspierały lub tylko umożliwiały bezproblemowe działanie oszustów. Potrzebne są bardzo odważne działania. Bez nich wciąż będzie brakowało pieniędzy na badania, ich jakość będzie dalej spadać, opinia o środowisku będzie coraz gorsza, aż w końcu podatnicy uznają, że nie ma sensu nas finansować.

Leszek Pacholski

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

  • pytanie

    Czy znajda sie odwazni, aby uzdrowic ten chory system ?

    • Piotr Kołodziejczyk

      odważni muszą walczyć o przetrwanie na tych chorych uczelniach żeby mieć za co utrzymać rodzinę…

      • w.korczynski

        A może to jest po prostu prawidłowość społeczna (prawo społeczne)? Por. tekst A. Białoszewskiej o “krążeniu elit” i Pareto. Ten ostatni miał więcej dobrych spostrzeżeń. Jakby tak zamiast całego społeczeństwa rozważać tylko “korporacje nauczanych i nauczających wspólnie poszukujących prawdy”? I elity tej korporacji, oczywiście.

    • w.korczynski

      Myślę,że nie znajdą sie tacy “odważni”. I wbrew pozorom nie chodzi tu tylko o odwagę, ale o poczucie sensowności podejmowania działań i fakt, że porządny przez wiele lat człowiek obudzić się może nagle

      w szambie, o którym do tej pory myślał, ze jest salonem. Tak niektóre “salony” działają. Ja szczerze podziwiam prof. Pacholskiego i trochę Mu kibicuję, ale jego (mimo tego tekstu!) optymizmu nie podzielam. TEGO CO MAMY NAPRAWIĆ SIĘ NIE DA. Trzeba pomyśleć jak – najlepiej daleko od ruin tego, co musi się zawalić – zbudować coś nowego. Nie mam jednak pojęcia, KTO mógłby to zrobić. Pacholskich jakby trochę mało.

  • Marek Wronski

    Prosze sobie poczytac “Archiwum Nieuczciwosci Naukowej”. Opisywane kanty z nazwiskami, z nazwami Wydzialow i Uczleni.
    Czy jest odzew? Zadnego! Ludzie czytaja i milcza! To oznacza akaceptacje…

    • w.korczynski

      @M.Wroński
      Niekoniecznie. Wielu boi się po prostu “Wyjść z ram”, stać się obcym w ukształtowanym przez nasze naukowe elity raczej “ksenofobicznym” środowisku. Ci protestujący, czy choćby zainteresowani Pańskimi tekstami, których znam, na ogół problemami “uczciwości” zaczynali się interesować zaraz potem, jak tylko sami padali ofiarą jej braku. I natychmiast uznawani byli przez środowiska za jakiś rodzaj “zdrajców”. Okazywało się też zwykle, że – poza rzeczywistymi powodami ich “zdrady” (np. zwolnienia, zagarnięcia mienia lub dorobku itp.) – mieli tysiące innych, nieetycznych oczywiście, powodów by oczerniać swą zwierzchnos’t. Tak więc na końcu okazywało się, że każdy działał z niskich pobudek i jasne jest, że nawet gdyby dowodził, że 2 + 2 = 4, to nie mógł mieć racji, a takie równości stanowiły oszczerstwo pod adresem szefa czy innej niewinnie atakowanej ofiary takiego bezecnika. Czy Pan czasem sam tego nie przeżył? Nie każdy ma Pańską odporność.

      • m.a

        Nie wiem czy mam odczytywac powyzsza wypowiedz jako sarkazm (niskie pobudki jako motywacja) czy opis rzeczywistosci. Moje watpliwosci biora sie z faktu, ze niestety mam glebokie przekonanie iz czesc wykrytych nieuczciwosci moze byc wynikiem roznych wewnetrznych rozgrywek…

        @ Marek Wronski – milczenie nie wynika z akceptacji lecz przede wszystkim z powodow SYSTEMOWYCH – calej organizacji i zarzadzania SW wraz z modelem kariery akademickiej. Jest to system naczyn polaczonych rodzacy patologie za patologia a glowni jego beneficjenci nigdy na zmiany sie nie zgodza. To co sie wydarzylo w ostatnim roku akademickim poczawszy od recenzji doktoratu Goliszewskiego, poprzez olbrzymie watpliwosci natury etycznej przy konkursie na Dyrektora NCNu (wielomiesieczny konflikt personalny jednego z 3 czlonkow komisji konkursowej z jednym z glownych kandydatow – znany ministerstwu), sprawa Adama J. i recenzji prof. Idziaka, kompromitujace Rzeczpospolita przedluzenie urlopu bezpłatnego w UJ przez Prezydenta elekta – to tylko kropka nad “i” pokazujaca jaka jest spoleczna akceptacja/wyobrazenie czym jest etyka i poczucie godnosci osobistej.

        Dla mnie osobiscie glownym dowodem, ze instytucje w srodowisku akademickim nie dzialaja byla sprawa opisana ponad 10 lat temu przez Ewe Kostarczyk i jej “przetestowanie” formalnych procedur odwolawczych. Juz wtedy bylo widac, ze to nie dziala.

        Z moich osobistych doswiadczen z tamtych lat wynikalo rowniez niezbicie, ze teoretycznie “creme de la creme” polskiej nauki moze rownoczesnie….. DEMORALIZOWAC MLODZIEZ. Zaluje, ze juz wtedy nie mialam okazji przedyskutowac tego z prof. Pacholskim – mialam juz wtedy spora swiadomosc, ze zadna excellence naukowa nie jest zadnym remedium na zwlaszcza stan polskiego szkolnictwa wyzszego. Wolty w stanowiskach KRASP i prezydium PAN w sprawie reform pod koniec pierwszej dekady XXI wskazywaly, ze slowo i deklaracje – nawet pisemne – sie nie licza.

        Zgadzam sie – TEGO CO MAMY NAPRAWIC SIE NIE DA.
        Takie beda Rzeczpospolite jakie mlodziezy chowanie. Osobiscie za to co sie dzieje na scenie politycznej, za brak spoleczenstwa obywatelskiego, za brak kapitalu spolecznego, odpowiedzialnosc spada wlasnie na srodowisko akademickie jao odpowiedzialne za edukacje spokleczenstwa (przypominam, ze to uczelnie ksztalca nauczycieli) w ostatnim 25 leciu. Srodowisko to zwyczajnie jako calosc nie zdalo niestety egzaminu…

        • w.korczynski

          @M.Wroński
          Nie jest to, niestety, sarkazm ale stwierdzenie faktu. Z moich osobistych doświadczeń i wiedzy o doswiadczeniach innych wnoszę, że jest sporo prawdy w przypowiesci o konsekwencjach spotkania człowieka wolnego z niewolnikiem. Odnosząc sie konkretnie do Pana miałem na myśli brednie, które Pańskie “ofiary” wypisywały o Panu w najrozmaitszych miejscach i debilne echa tych wypowiedzi docierające do mnie via kontakty osobiste. Ja akurat byłem w stanie niektóre z nich zweryfikować i np. wyśmiać (nb. gdyby Pan wiedział o co chodziło, prawdopodobnie tez miałby Pan ubaw), ale nie jestem pewien czy wszyscy odbiorcy takiej propagandy tyle o Panu wiedzą (np. o tym co Pan pisał). Myślę zresztą, ze zdaje Pan sobie z tego sprawę. Taka jest cena występowania przeciw ?? (no właśnie nie wiem czy słowo “elity” ma tu sens. Jak Pan wie to niech Pan napisze.) Ja wlazłem na moja “pozycję” ze zwykłego strachu, że znalazłem sie w sytuacji, której nie kontroluję. I z tego co wiem, wielu “opozycjonistów” też miało taką właśnie drogę do swojej (nieciekawej na ogól) sytuacji. Znam też przypadek faceta, którego po prostu okradziono, ale który nie wystąpił przeciw złodziejom, lecz “robił swoje”, tzn. skutecznie zrobił tzw. karierę naukową. Najciekawsze jest to, że on uważa, iż to taka właśnie droga jest NORMALNA, a moje np. poczynania “szkodzą uczelni i środowisku”. Takie same opinie słyszałem od ludzi, których nie posądzam o zły stosunek do mnie. TO TAKI JEST WŁASNIE STANDARD. I na tym polu rodza sie pomowienia każdego praktycznie “naprawiacza” o wszelkie możliwe i niemożliwe) niskie pobudki. To wszystko, to jest zdaje się to, co nazwał Pan “akceptacją”, a co w moim odczuciu ma znacznie bardziej złożony charakter. I nie jest to, bynajmniej, “dzielenie włosa na czworo”, ale obawa przed zamknięciem problemu, bez rozwiązania którego nie wyobrażam sobie jakiejkolwiek sensownej zmiany. Nie tylko w sferze tzw. nauki. Jeśli uraziłem, to bardzo przepraszam, takiego zamiaru nie miałem. Pozdrawiam

          • w.korczynski

            Przepraszam, pomyliłem się. Mój post odnieść należy do Autora (Autorki m.a), a nie do Pana dr Marka Wrońskiego. Oboje Państwa serdecznie przepraszam. Lato chyba. jest winne

          • m.a

            Pozwole sobie na jeszcze jeden komentarz co do motywacji. To co mamy jest w duzym stopniu zasluga “chowu wsobnego”. Ludzie wychowuja sie w takim a nie innym srodowisku i rzeczywistosc przyjmuja za standardy. Wtedy chyba dochodzi do postaw opisanych przez Pana – do zrozumienia pewnych spraw dochodzi sie dlugo i duzo czesciej (niestety) detonatorem jest doznana wlasna krzywda niz ‘enough is enough’ dla wlasnego konformizmu i przymykania oczu (nie jest to trudne dopoki nie ma sie do czynienia z cialami decyzyjnymi).

            Inna jest droga osob mobilnych, ktorych standardy zachowan sa przyniesione z zewnatrz (najlepiej z kregow anglosaskich). Wtedy jest po prostu szok kulturowy a wilczy bilet srodowiska dostaje sie juz w ciagu pierwszych kilku tygodni pracy nawet nie wiedzac kiedy i za co…

            Jest to zreszta jedna z przyczyn zapasci polskiej nauki – Nauki nie moze byc w kraju gdzie pracownicy akademiccy sa karani za posiadanie pogladow, wlasnego zdania i za stawianie trudnych pytan…

  • logodygmat

    Czy Polska może być potęgą naukową inżynierią hydroelektronową? Czy w idei (OH2:e:H2O) jest moc i energia, zysk doskonały i Nagroda Nobla? Eruo globalny pl hit? Z Krakowa.

  • Fortynbras

    Zamiast artykułu należało wkleić maile z tej sprawy. To by samo z siebie pokazywało obraz patologii. Opis niepotrzebny

  • Bogusław Śliwerski

    Absolutnie zgadzam się z tezami autora. Od lat walczę z patologiami w szkolnictwie wyższym i publikuję także rozprawy na ten temat. Jak grochem o ścianę. Fatalna jest polityka kadrowa w uniwersytetach i in.uczelniach. Sitwy nierobów opanowują w wyborach funkcje kierownicze i w ten sposób odcinają uczonych od sensu zaangażowania. Rektorzy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za taki stan rzeczy. Zasada 80:20 stała się już normą tzn.20proc.pracuje naukowo na utrzymanie 80 proc. cynicznych nierobów.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z