POLSKA. Marnowanie czasu wspólnego

Marcin JAKUBOWSKI

Fizyk w Instytucie Fizyki Maxa Plancka w Greifswaldzie zamujący się badaniami nad syntezą termojądrową. Ukończył studia na Wydziale Matematyki, Fizyki i Informatyki Uniwersytetu Opolskiego, doktoryzował na Uniwersytecie w Bochum prowadząc jednocześnie badania w Forschungszentrum Jülich. Pracował w kilku największych ośrodkach zajmujących się badaniami nad syntezą termojądrową, m.in. w General Atomics w San Diego i National Institute for Fusion Science w Japonii, gdzie wielokrotnie był profesorem wizytującym. Na Twitterze zainicjował stream #PięknoNauki.

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

.Siedzę w samolocie na trasie Berlin – Boston. Lecę na sympozjum poświęcone ITERowi, jednemu z największych wyzwań ludzkości, eksperymentowi, który pozwoli nam, tu na Ziemi, ujarzmić energię gwiazd. Badania, które zapoczątkowano w latach 50. ubiegłego stulecia, doprowadzą około 2050 do powstania pierwszej elektrowni, która energię będzie uzyskiwała w reaktorach termojądrowych. Ja skończę wtedy 75 lat, wielu moich kolegów i znakomitych poprzedników nie będzie już wtedy żyło. Stulecie, tyle trwa wdrożenie tak szalonej wizji, jak uzyskiwanie energii tak jak robią to gwiazdy.

– Kiedy wyrobisz sobie w końcu niemiecki paszport? – pyta mnie R. – Tu nie ma przyszłości, nie wrócisz przecież już do Polski.

Po co mi niemiecki paszport? – pytam – na naszym polskim, przecież, mogę tutaj normalnie funkcjonować.

A bo to wiesz, co bedzie za 10, 20 lat?

Prawda, nie wiem. Najgorsze, że chyba nikt tego w Polsce nie wie. Co będzie za 10, 20 lat? Kim będziemy w 2030? Jaka jest nasza wizja na następne 50 lat? Czy Polska będzie wtedy bezpieczna? W ogóle co chcemy/musimy zrobić byśmy byli wtedy bezpieczni? Czy ktoś wie? Ja nie wiem, a z gazet, od polityków nie jestem w stanie się tego dowiedzieć. Wiem za to, że poseł H. upił się, poseł W. naubliżał policjantom, a jeszcze inny zostawił żonę. Śledząc coraz mniej chętnie polską politykę obserwuję nieustający karnawał coraz marniejszych happeningów politycznych, organizowanych pod rękę z coraz bardziej upadającą na pysk polską prasą. Nagłówki gazet, zamiast wciągać w debatę, angażują nas w wojnę plemienną, gdzie z jednej strony barykady siedzą Kaczyński z Rydzykiem, a z drugiej strony Tusk pod rękę z Putinem. Obraz rzeczywistości już tak przerysowany, że nie ma już chyba nic wspólnego z rzeczywistością, tą którą znamy zza okna. Co gorsze, odnoszę wrażenie, że większości to odpowiada – proste wizje podstępnego Tuska i zawistnego Kaczyńskiego. Polityka dla jaskiniowców sprowadzona do jaskrawych, prościutkich klisz.

Polityka dla jaskiniowców sprowadzona do jaskrawych, prościutkich klisz

Marcin, czy wyrobiłeś sobie w końcu niemieckie obywatelstwo? – pyta K.

– Nie, jestem za bardzo zakorzeniony w polskości, by tak nagle wyrobić sobie paszport innego kraju – odpowiadam.

– Zwariowałeś?! Książki po polsku możesz przecież zawsze czytać, gazet już nie warto.

.Od państwa oczekuję w sumie niewiele. Chciałbym dobrą edukację (także uniwersytecką) dla swoich dzieci, służbę zdrowia na przyzwoitym poziomie, sprawną policję i dobrze wyszkoloną armię. Co dostaję?

Moja mama, po kilkudziesięciu latach pracy i płacenia składek, dostała termin w szpitalu na operację zaćmy oka za cztery lata. Za cztery lata nie będzie już czego operować, mama nie będzie widziała. Trzeba było poszukać prywatnie i zapłacić. Dobrze, że miałem jakieś oszczędności. Gdy mój 2-letni synek złapał w Polsce grypę jelitową, nie chciano go przyjąć do szpitala, bo nie było dokumentu, gdzie czarno na białym stało, że jest ubezpieczony. W Niemczech dzieciom nie wolno odmówić przyjęcia do szpitala, nawet tym z ulicy. Rodzic takiego malucha ma w Polsce wyproszony przywilej siedzenia przy nim całą noc na drewnianym krześle. W Niemczech ma prawo do  pobytu razem z maluchem w szpitalu i prawo do łóżka, tuż obok swojego dziecka. Oczywiście, że zdaję sobie sprawę, że budżet NFZ-u to mały ułamek niemieckiej służby zdrowia. Czego nie rozumiem, to przyzwalanie na istnienie systemu upodlania ludzi, których nie stać na prywatne leczenie w dobrych warunkach.

– Po co Ty chcesz tu wracać?! Nie ma do czego. – mówią mi Ch., którzy po latach emigracji wrócili do Polski.

– Na pewno nie jest tak źle – ripostuję nieśmiało.

– Tak źle to może nie, jest po prostu o wiele, wiele trudniej.

.Ona – po doktoracie w topowym instystucie naukowym w Niemczech, on – nauczyciel, postanowili zrealizować swoje marzenie, którym było życie w Krakowie. Po latach w Niemczech postanowili wrócić nad Wisłę. Ona dostała etat na krakowskiej uczelni, on zaczął szukać pracy w szkole, dzieciak do przedszkola. Odrzucili świetną propozycję z Monachium na rzecz Krakowa. Przecież krakowska uczelnia jest jedną z najlepszych w kraju, ma świetnie wyposażone laboratoria. A dobrych szkół tam nie brakuje, na pewno znajdzie się praca dla dobrego, zaangażowanego nauczyciela. Pół roku później zdali sobię sprawę, że ugrzęzli po kolana w “polskim kiślu” – jak to określa Rafał Ziemkiewicz. Można prawie wszystko, tylko, że kosztuje to zbyt dużo wysiłku.

Ona, w Niemczech zajmowała się badaniami na światowym poziomie; w Polsce zajmuje się wypełnianiem wniosków o granty i zajęciaciami dla studentów (wszak pensum płacone jest od liczby zajęć). Przygnieciona codziennością, świetnie wyposażonego laboratorium nie widziała od kilku miesięcy. On, dobry nauczyciel, nie może znaleźć sobie etatu na stałe, wszystko jest już obstawione przez rodziny i “znajomych królika”. Chcą wyjechać z powrotem przy pierwszej lepszej okazji i nie wracać już, nigdy.

Nie mamy czasu, Isaac Newton, jak wielu innych naukowców swoje największe odkrycia dokonał przed trzydziestką.

Problemem nie jest tylko system. Problemem jest też to, że nie szanujemy się nawzajem, swojego czasu, swojej pracy. Marnujemy potencjał młodych, mądrych, wykształconych (których nota bene nie mamy tak wielu). Każdy młody polskie naukowiec na pewno nie raz usłyszał już podobne zdanie: “Czego wy chcecie, przecież macie czas, ja w waszym wieku byłem tylko w Czechosłowacji i pracowałem na maszynie do pisania.” Nie mamy czasu, Isaac Newton, jak wielu innych naukowców swoje największe odkrycia dokonał przed trzydziestką.

– Marcin, po co to się w to angażujesz? – pyta się mnie K. – Masz wszystko co trzeba w Greifswaldzie, rób sobie badania w tej Japonii.

– Ale przecież, tutaj też można – odpowiadam – ludzie są równie zdolni, co w Japonii.

.Sam kiedyś spróbowałem nawiązać współpracę naukową z polskim instytutem, trochę z poczucia obowiązku, wszak wykształcony jestem w Polsce, trochę z sentymentu do stron ojczystych. Termin dawno uzgodniony, loty opłacone, hotele porezerwowane, a tymczasem dostaję wiadomość na dzień przed: “Przepraszamy, nie ma głównego inżyniera, zasilacze nie są podłączone, eksperyment nie odbędzie się.” Na tym zakończyłem współpracę z polską grupą, nie mam na tyle czasu, by go marnować na niepoważne traktowanie. Szanujmy się nawzajem.

Jako wspólnota potrzebujemy wizji, kim chcemy być. Do tego potrzebujemy mądrych, dobrze wykształconych polityków, naukowców, filozofów, czy dziennikarzy. Marzę, by w polskich mediach, zamiast drwienia z Kaczyńskiego, za to że nie ma konta bankowego, spierano się o to jak ma wyglądać polska energetyka, armia, i wizja naszej polityki zagranicznej. Tak jak to dzieje się w New York Timesie, Frankfurter Allgemeine Zeitung, czy Guardianie. Czy to tak wiele?

Jutro zaczyna się sympozjum zorganizowane przez MIT w Cambridge na temat syntezy termojądrowej, którą naukowcy z całego świata badają już od 70 lat. Krok po kroku, systematycznie, wysiłkiem setek ludzi, jesteśmy coraz bliżej szalonej wizji ujarzmienia gwiazd na Ziemi. Także my, jako wspólnota potrzebujemy wizji, kim chcemy być. Do tego potrzebujemy mądrych, dobrze wykształconych polityków, naukowców, filozofów, czy dziennikarzy. Marzę, by w polskich mediach, zamiast drwienia z Kaczyńskiego za to, że nie ma konta bankowego, spierano się o to jak ma wyglądać polska energetyka, armia, i wizja naszej polityki zagranicznej. Tak jak to dzieje się w New York Timesie, Frankfurter Allgemeine Zeitung, czy Guardianie. Czy to tak wiele?

.Siedzę w samolocie na trasie Berlin – Boston, z polskim paszportem, choć tyle rzeczy byłoby łatwiejsze z niemieckim. Trzymam ten polski paszport, bo chciałbym móc kiedyś wrócić do Polski, robić to co wychodzi mi najlepiej, czyli parać się nauką. Robić to z ludźmi, którym nie zależy na bylejakości, i którzy szanują mnie i siebie nawzajem. Chciałbym przy tym nie musieć bać się o bezpieczeństwo moich bliskich, być pewnym, że moje państwo traktuje nas poważnie. Czy to naprawdę tak wiele?

Marcin Jakubowski

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

  • Misiu Kolala

    heh. Pracowałem 2 lata na uniwerku w Montrealu. Nie chciałem zostać w Kanadzie. Wierzcie lub nie ale polska biurwokracja nie dorasta kanadyjskiej (quebeckiej) do pięt. Mała uwaga do tej pani która pisze wnioski o granty: no niestety tak jest ze pracując w labie na zachodzie masz nad głową managera który wskazuje kierunek badań i organizuje pieniądze. Naukowiec zajmuje się zatem tylko badaniami i pisaniem publikacji.Jeśli naukowiec sam zaczyna pisać granty jest to moment w którym się usamodzielnia i zakłada własny lab. W Polsce każdy musi ogarnąć całość. IMHO wynika to z faktu, że profesora uczelnia nie może kopnąć w dupę nawet gdy ten nic nie robi. A ponieważ profesorowie w PL maja dobre pensje no to nie chce im się pisać grantów. Tym samym ta konieczność spada na pracownika. Nie wiąże się to jednak z odseparowaniem od pana profesora szefa labu. O stanie polskiego szkolnictwa pisał kilka dni temu prof. Aleksandrowicz

  • Misiu Kolala

    heh. Pracowałem 2 lata na uniwerku w Montrealu. Nie chciałem zostać w Kanadzie. Wierzcie lub nie ale polska biurwokracja nie dorasta kanadyjskiej (quebeckiej) do pięt. Mała uwaga do tej pani która pisze wnioski o granty: no niestety tak jest ze pracując w labie na zachodzie masz nad głową managera który wskazuje kierunek badań i organizuje pieniądze. Naukowiec zajmuje się zatem tylko badaniami i pisaniem publikacji.Jeśli naukowiec sam zaczyna pisać granty jest to moment w którym się usamodzielnia i zakłada własny lab. W Polsce każdy musi ogarnąć całość. IMHO wynika to z faktu, że profesora uczelnia nie może kopnąć w dupę nawet gdy ten nic nie robi. A ponieważ profesorowie w PL maja dobre pensje no to nie chce im się pisać grantów. Tym samym ta konieczność spada na pracownika. Nie wiąże się to jednak z odseparowaniem od pana profesora szefa labu. O stanie polskiego szkolnictwa pisał kilka dni temu prof. Aleksandrowicz

  • Ra

    dziękuję, że Pan to napisał … ja mam podobne odczucia, choć nie zrobiłem kariery zawodowej ani naukowej, ze swoim fachem i znajomością angielskiego na pewno dostałbym całkiem spokojną posadę w jednej z korporacji na wyspach albo w Skandynawii; i nawet, jeśli nie zarabiałbym kokosów, to mógłbym spokojnie żyć (+ ichniejszy socjal i otaczająca normalność). Ale coś irracjonalnie trzyma mnie w tym polskim grajdole. Coś każe mi pchać do góry ten kamień… Nie wiem, czy długo starczy sił i się nie poddam, i nie wyjadę, ale taki rodzaj patriotyzmu przytrzyma mnie w tym kraju jeszcze … przez kolejny rok, może dwa…?

    • Marcin Jakubowski

      Proszę najpierw myśleć o sobie i swoich bliskich. Tylko wtedy będzie mógł Pan zrobić coś pożytecznego dla Polski.

  • Ra

    dziękuję, że Pan to napisał … ja mam podobne odczucia, choć nie zrobiłem kariery zawodowej ani naukowej, ze swoim fachem i znajomością angielskiego na pewno dostałbym całkiem spokojną posadę w jednej z korporacji na wyspach albo w Skandynawii; i nawet, jeśli nie zarabiałbym kokosów, to mógłbym spokojnie żyć (+ ichniejszy socjal i otaczająca normalność). Ale coś irracjonalnie trzyma mnie w tym polskim grajdole. Coś każe mi pchać do góry ten kamień… Nie wiem, czy długo starczy sił i się nie poddam, i nie wyjadę, ale taki rodzaj patriotyzmu przytrzyma mnie w tym kraju jeszcze … przez kolejny rok, może dwa…?

    • Marcin Jakubowski

      Proszę najpierw myśleć o sobie i swoich bliskich. Tylko wtedy będzie mógł Pan zrobić coś pożytecznego dla Polski.

  • zetzero

    Narzekanie na własne państwo odnosi się nie tyle do tego, co w tym państwie szwankuje, w jakim stopniu nas zawodzi, lecz mówi o stanie naszej mentalności. Przecież to państwo nie spadło nam z Marsa, nikt nam go siłą nie narzucił, naszego podporządkowaniu mu, batem na nas nie wymusza. No chyba, że uznamy, że nie jesteśmy obywatelami albo że pobawieni jesteśmy wpływu na kształt rzeczywistości.
    Niezadowolenie z państwa, z tego jak ono funkcjonuje – w obrębie tej ziemi zwanej (zresztą z niewiadomych dla wielu ludzi powodów) Polską – dowodzi ogromnych pokładów frustracji. Szkoda, że tyle energii idzie w kosmos.
    Narzekający stanowią elektorat idący w poprzek stratyfikacji społecznych. Utyskują naukowcy, rolnicy, górnicy, emeryci, pacjenci, katolicy i ateiści, policjanci i kierowcy. Narzekają politycy. Wszyscy, jak jeden mąż. Z tego uwielbienia do narzekania można byłoby zbudować z 10 świątyn opatrzności i kilka elektrowni atomowych. Narzekanie to polski chleb powszedni. Ono nas konstytuuje i jest dowodem naszej ważności, bo jeśli narzekam to znaczy że zarazem – a priori – coś mi się należy. Skądinąd każdy, kto choć trochę poczuwa się do bycia adresatem tych narzekań też, idę o zakład, znajdzie motywację, aby dołączyć do chóra płaczek. Przecież to oczywiste, że mało komu na tym ugorze, pomiędzy Odrą a Bugiem, się powodzi.
    Zamiast utyskiwać, lepiej skupić uwagę na tym, jak radzą sobie ci, których państwa – w naszym odczuciu – lepiej funkcjonują. Skandynawia, Niemcy, Szwajcaria, Wielka Brytyania – tam ludzie są z siebie bardziej zadowoleni, więcej wymagają od siebie, mają nastawienie perspektywiczne i pozytywistyczne, a względem siebie mają większe zaufanie. Na tym można budować państwo rozumiane jako wysiłek zwyczajnych ludzi, którym zależy na czymś więcej niż własnym komforcie.

    • Marcin Jakubowski

      Dokładnie, o tym jest ten tekst, że nie tylko system, ale my sami sprawiamy, że wszystko jest trudne, i nic nie działa, tak jak powinno. O mądrym czerpaniu z wielu wzorców też już pisałem.

    • Mikołaj Małecki

      Nie ma pan racji, niestety. Państwo Polskie właśnie spadło nam z Marsa i zostało nam narzucone. Powstało w wyniku dilu w Magdalence, przykrytego dla picu okrągłym stołem, a następnie odpowiedni ludzie zostali poupychani na odpowiednich stanowiskach tak, żeby kto by tu nie rządził, nic się zrobić nie dało. Ludzka mentalność oczywiście jest tu dużą przeszkodą (w Niemczech zdążyłem się już o tym przekonać), ale nie przeceniałbym jej wpływu na fakt, że frekwencja wyborcza wynosi średnio 40%, a na partię, która w efekcie tworzy rząd, oddaje głos raptem 11% ludzi. Przykładowo, podczas ostatnich wyborów kilku niewygodnym kandydatom w sposób niezgodny z prawem komisja wyborcza uniemożliwiła start w wyborach – w sądzie oczywiście sprawę wygrali, w sensie, sąd stwierdził, że rzeczywiście komisja zrobiła brzydko. Oczywiście stwierdził to po wyborach – próbuj ponownie za 4 lata.

      Tak samo, na starcie zapewniono sobie (kto zapewnił? :) ) proporcjonalne wybory (wpisano nawet do konstytucji), dofinansowanie partii z budżetu (dzięki czemu partie będące w sejmie dostają od państwa budżet na reklamy w telewizji), 5% próg wyborczy, żeby żaden plankton nie mógł rozbić dwupartyjnego systemu – ja rozumiem, że w Niemczech jest dokładnie to samo, tylko że w Niemczech nikt jeszcze nie doszedł do tego, że mogą aż tak kpić sobie z wyborców, a oni i tak magicznymi sztuczkami dojdą do władzy (ale z moich obserwacji wynika, że już nad tym pracują). W Polsce tak było od początku. Aby móc zbudować państwo, które będzie “wspólnotą ludzi”, trzeba było najpierw odbudować w ludziach poczucie wspólnoty – w tym celu należało wybory całkowicie zlokalizować i przekazać powiatom duży zakres autonomii. Niestety rozpoczęto od totalnej centralizacji władzy i wyborów na zasadzie “obejrzyj sobie fajną reklamę i powieś swój głos na jednym z wieszaków – a my magicznymi sztuczkami rozdzielimy te głosy pomiędzy kandydatów”.

      To nie jest państwo, które ludzie sobie sami stworzyli. Ludzie nie mieli tu nic do powiedzenia, jak zresztą nie mają nadal. I znów – nie twierdzę, że w Niemczech jest inaczej, a że jest lepiej, to wynika pewnie i z mentalności, natomiast to nie zmienia faktu, że nie można mówić o tym, że współczesna Polska to państwo, jakie “ludzie sami sobie stworzyli”. Wystarczy chociażby popatrzeć na społeczności za granicą, w których dużą część stanowią Polacy – nie przypomina to w żadnym stopniu zawistnej, kłótliwej i zwalczającej się Polski.

      • Ania Jaworek

        Prawdopodobnie w wyniku tego, że Niemcy mają inny system administracyjny niż Polska oraz być może pewne poczucie odpowiedzialności (i wpływu), które obserwuje u moich niemieckich znajomych, ogromną rolę w tym państwie gra polityka i aktywność bardziej i mniej lokalna. Na jednym poziomie bogate kraje związkowe (Landy), jak Nadrenia czy Bawaria, praktycznie rządzą tym krajem i wyznaczają kierunek polityki kraju. Wiadomo, gospodarka kwitnie, ludzie bezpośrenio czerpią z niej korzyści, bo pracują dla koncernów, więc w dobrobycie jest im dobrze. W sumie nie powinni iść głosować, bo przecież jest dobrze. Ale idą. Na drugim poziomie małe i średnie przedsiębiorstwa, które dostarczają wspomnianym koncernom technologie, części czy know-how. To prywante firmy, które także czerpią z koniunktury i ogólnego dobrobytu. Dla mnie taka działalność to też wyraz brania sprawy w swoje ręce. Brania odpowiedzialności w pierwszej linii, oczywiście, za siebie i rodzinę, ale z drugiej za rozwój kraju – generowanie zysku i płacenie podatkow (z wiadomymi i niewiadomymi wzjatkami), tworzenie miejsc pracy. Na trzecim poziomie – najbliższe otoczenie: gmina, miasto, dzielnica. Kilka tygodni temu brałam udział w wyborach komunalnych. Wybieraliśmy burmistrza, radę miasta i radę dzielnicy. Burmistrz, jedna kartka A3, można oddać jeden głos. Rada dzielnicy, kartka dwa razy większa, można oddać do 26 głosów, na listę wyborczą, na dowolnych kandydatów, mozna jednemu dać trzy głosy, niektórych można skreślić z listy, itd. To samo z radą miasta, tyle że max. ilość głosów to 80. Frenkwencja wyborcza: 42.1%. W Monachium, gdzie ludziom dobrze, jak pewnie nigdzie indziej. Prawie 460 tyś. mieszkańców poszło do wyborów. Mimo że to takie spkomplikowane było.

        Wiem, to jednostronny obrazek. Historia obu krajów tak różna i w dużej mierze tak niesprawiedliwa. Nie wiem, czy się z Panami @zetzero @Mikołaj Małecki spierać odnośnie tego, czy Polska spadła nam z komunistycznego Marsa czy myśmy to zrobili, czy po prostu za mało zrobiliśmy, by temu zapobiec.

        Faktem jest, że Państwo Polskie nie sprzyja rozwojowi wpółuczestniczenia w jego tworzeniu i rozwoju.

        Faktem jest także, że Polacy albo wyjeżdżają, albo się godzą i korzystają, albo się godzą i siedzą cicho, albo mają głęboko, albo walczą i się frustrują.

        I faktem jest, że, niezależnie od przyczyny, bardzo mało ludzi idzie do wyborów i bardzo mało ludzi dba o to, co się dzieje w ich otoczniu.
        Mamy WOŚP i zbieramy serduszka, ale jak wielu dorosłych Polaków pomaga za zwykłe “dziękuję” w stowarzyszeniu?

        Węgrzy, z inicjatywy Orbana i Fideszu, w 2002 roku zaczęli tworzyć, jak to nazwał Igor Janke, kręgi obywatelskie (proszę nie mieć złych skojarzeń). Ludzie zaczęli być aktywni i działać na rzecz lokalnej społeczności. Pomijając efekt na sukces wyborczy Fideszu działalności tych kręgów, ludzie poczuli, że coś mogą. Dostali poczucie sprawstwa, którego nam tak bardzo w kraju brakuje.

        Jestem Polką, mieszkam w Monachium. Jutro, w sobotę, jadę do domu uchodźców pomóc w przeprowadzeniu pchlego targu, na którym mieszkańcy za syboliczne 50 centów bedą mogli kupić sobie coś do ubrania. Brałam udział w wyborach komunalnych, w drugiej turze głosowałam listownie, bo mnie nie było na miejscu. Wezmę udział w wyborach do Europarlamentu. Muszę to tylko zgłosić w Konsulacie w Monachium.

        Servus.

      • zetzero

        Dostęp do prądu jest związany z istnieniem złożonego systemu produkcji i przesyłu. Pan zdaje się sugerować, że mamy elektryczność, bo mamy gniazdko w 
        ścianie. Ot, podobnym absurdem jest twierdzenie, że polska państwowość jest skutkiem “dilu w Magdalence”. Pal licho kontekst, wielość czynników i zależności,
        interesów, ideologii; dajmy sobie spokój z bagażem historii. Pana zadowala redukcjonizm – łatwiej wskazać palcem dowolne zdarzenie, datę,
        człowieka, niż analizować strukturę zdarzeń, domniemywać lub snuć hipotezy.

        Jeśli nawet uznamy, że rzeczona Magdalenka była przełomem, to wydarzyła się grubo ponad 20 lat temu. Jego sygnatariusze dobijają sędziwego wieku, ale jednak
        niczym gigantyczna skamielina krępują swobodę ruchów kolejnym generacjom. Generacjom, które w fundowaniu tego wadliwego systemu nie 
        miały udziału ani też nie czerpią z niego korzyści. Ten system jednak trwa. Czy dlatego, że wszyscy trzymani są pod butem, a status quo
        pilnuje mityczny cerber?

        Dajmy sobie spokój z mitologizowaniem. A takim wygodnym mitem jest Magdalenka. To, czego doświadczamy jest wynikiem nie zmowy jakiejś
        grupy, lecz przede wszystkim braku woli politycznej, poczucia grupowego interesu oraz obywatelskości sporej części społeczeństwa. Ta część traktuje państwo
        niczym sprzęt agd. Ma nam służyć. Tymczasem my uciekamy sobie w prywatność, w malkontenctwo i wieczne utyskiwanie, uznając że są one wyrazem troski o dobro wspólne.

  • zetzero

    Narzekanie na własne państwo odnosi się nie tyle do tego, co w tym państwie szwankuje, w jakim stopniu nas zawodzi, lecz mówi o stanie naszej mentalności. Przecież to państwo nie spadło nam z Marsa, nikt nam go siłą nie narzucił, naszego podporządkowaniu mu, batem na nas nie wymusza. No chyba, że uznamy, że nie jesteśmy obywatelami albo że pobawieni jesteśmy wpływu na kształt rzeczywistości.
    Niezadowolenie z państwa, z tego jak ono funkcjonuje – w obrębie tej ziemi zwanej (zresztą z niewiadomych dla wielu ludzi powodów) Polską – dowodzi ogromnych pokładów frustracji. Szkoda, że tyle energii idzie w kosmos.
    Narzekający stanowią elektorat idący w poprzek stratyfikacji społecznych. Utyskują naukowcy, rolnicy, górnicy, emeryci, pacjenci, katolicy i ateiści, policjanci i kierowcy. Narzekają politycy. Wszyscy, jak jeden mąż. Z tego uwielbienia do narzekania można byłoby zbudować z 10 świątyn opatrzności i kilka elektrowni atomowych. Narzekanie to polski chleb powszedni. Ono nas konstytuuje i jest dowodem naszej ważności, bo jeśli narzekam to znaczy że zarazem – a priori – coś mi się należy. Skądinąd każdy, kto choć trochę poczuwa się do bycia adresatem tych narzekań też, idę o zakład, znajdzie motywację, aby dołączyć do chóra płaczek. Przecież to oczywiste, że mało komu na tym ugorze, pomiędzy Odrą a Bugiem, się powodzi.
    Zamiast utyskiwać, lepiej skupić uwagę na tym, jak radzą sobie ci, których państwa – w naszym odczuciu – lepiej funkcjonują. Skandynawia, Niemcy, Szwajcaria, Wielka Brytyania – tam ludzie są z siebie bardziej zadowoleni, więcej wymagają od siebie, mają nastawienie perspektywiczne i pozytywistyczne, a względem siebie mają większe zaufanie. Na tym można budować państwo rozumiane jako wysiłek zwyczajnych ludzi, którym zależy na czymś więcej niż własnym komforcie.

    • Marcin Jakubowski

      Dokładnie, o tym jest ten tekst, że nie tylko system, ale my sami sprawiamy, że wszystko jest trudne, i nic nie działa, tak jak powinno. O mądrym czerpaniu z wielu wzorców też już pisałem.

    • Mikołaj Małecki

      Nie ma pan racji, niestety. Państwo Polskie właśnie spadło nam z Marsa i zostało nam narzucone. Powstało w wyniku dilu w Magdalence, przykrytego dla picu okrągłym stołem, a następnie odpowiedni ludzie zostali poupychani na odpowiednich stanowiskach tak, żeby kto by tu nie rządził, nic się zrobić nie dało. Ludzka mentalność oczywiście jest tu dużą przeszkodą (w Niemczech zdążyłem się już o tym przekonać), ale nie przeceniałbym jej wpływu na fakt, że frekwencja wyborcza wynosi średnio 40%, a na partię, która w efekcie tworzy rząd, oddaje głos raptem 11% ludzi. Przykładowo, podczas ostatnich wyborów kilku niewygodnym kandydatom w sposób niezgodny z prawem komisja wyborcza uniemożliwiła start w wyborach – w sądzie oczywiście sprawę wygrali, w sensie, sąd stwierdził, że rzeczywiście komisja zrobiła brzydko. Oczywiście stwierdził to po wyborach – próbuj ponownie za 4 lata.

      Tak samo, na starcie zapewniono sobie (kto zapewnił? :) ) proporcjonalne wybory (wpisano nawet do konstytucji), dofinansowanie partii z budżetu (dzięki czemu partie będące w sejmie dostają od państwa budżet na reklamy w telewizji), 5% próg wyborczy, żeby żaden plankton nie mógł rozbić dwupartyjnego systemu – ja rozumiem, że w Niemczech jest dokładnie to samo, tylko że w Niemczech nikt jeszcze nie doszedł do tego, że mogą aż tak kpić sobie z wyborców, a oni i tak magicznymi sztuczkami dojdą do władzy (ale z moich obserwacji wynika, że już nad tym pracują). W Polsce tak było od początku. Aby móc zbudować państwo, które będzie “wspólnotą ludzi”, trzeba było najpierw odbudować w ludziach poczucie wspólnoty – w tym celu należało wybory całkowicie zlokalizować i przekazać powiatom duży zakres autonomii. Niestety rozpoczęto od totalnej centralizacji władzy i wyborów na zasadzie “obejrzyj sobie fajną reklamę i powieś swój głos na jednym z wieszaków – a my magicznymi sztuczkami rozdzielimy te głosy pomiędzy kandydatów”.

      To nie jest państwo, które ludzie sobie sami stworzyli. Ludzie nie mieli tu nic do powiedzenia, jak zresztą nie mają nadal. I znów – nie twierdzę, że w Niemczech jest inaczej, a że jest lepiej, to wynika pewnie i z mentalności, natomiast to nie zmienia faktu, że nie można mówić o tym, że współczesna Polska to państwo, jakie “ludzie sami sobie stworzyli”. Wystarczy chociażby popatrzeć na społeczności za granicą, w których dużą część stanowią Polacy – nie przypomina to w żadnym stopniu zawistnej, kłótliwej i zwalczającej się Polski.

      • Ania Jaworek

        Prawdopodobnie w wyniku tego, że Niemcy mają inny system administracyjny niż Polska oraz być może pewne poczucie odpowiedzialności (i wpływu), które obserwuje u moich niemieckich znajomych, ogromną rolę w tym państwie gra polityka i aktywność bardziej i mniej lokalna. Na jednym poziomie bogate kraje związkowe (Landy), jak Nadrenia czy Bawaria, praktycznie rządzą tym krajem i wyznaczają kierunek polityki kraju. Wiadomo, gospodarka kwitnie, ludzie bezpośrenio czerpią z niej korzyści, bo pracują dla koncernów, więc w dobrobycie jest im dobrze. W sumie nie powinni iść głosować, bo przecież jest dobrze. Ale idą. Na drugim poziomie małe i średnie przedsiębiorstwa, które dostarczają wspomnianym koncernom technologie, części czy know-how. To prywante firmy, które także czerpią z koniunktury i ogólnego dobrobytu. Dla mnie taka działalność to też wyraz brania sprawy w swoje ręce. Brania odpowiedzialności w pierwszej linii, oczywiście, za siebie i rodzinę, ale z drugiej za rozwój kraju – generowanie zysku i płacenie podatkow (z wiadomymi i niewiadomymi wzjatkami), tworzenie miejsc pracy. Na trzecim poziomie – najbliższe otoczenie: gmina, miasto, dzielnica. Kilka tygodni temu brałam udział w wyborach komunalnych. Wybieraliśmy burmistrza, radę miasta i radę dzielnicy. Burmistrz, jedna kartka A3, można oddać jeden głos. Rada dzielnicy, kartka dwa razy większa, można oddać do 26 głosów, na listę wyborczą, na dowolnych kandydatów, mozna jednemu dać trzy głosy, niektórych można skreślić z listy, itd. To samo z radą miasta, tyle że max. ilość głosów to 80. Frenkwencja wyborcza: 42.1%. W Monachium, gdzie ludziom dobrze, jak pewnie nigdzie indziej. Prawie 460 tyś. mieszkańców poszło do wyborów. Mimo że to takie spkomplikowane było.

        Wiem, to jednostronny obrazek. Historia obu krajów tak różna i w dużej mierze tak niesprawiedliwa. Nie wiem, czy się z Panami @zetzero @Mikołaj Małecki spierać odnośnie tego, czy Polska spadła nam z komunistycznego Marsa czy myśmy to zrobili, czy po prostu za mało zrobiliśmy, by temu zapobiec.

        Faktem jest, że Państwo Polskie nie sprzyja rozwojowi wpółuczestniczenia w jego tworzeniu i rozwoju.

        Faktem jest także, że Polacy albo wyjeżdżają, albo się godzą i korzystają, albo się godzą i siedzą cicho, albo mają głęboko, albo walczą i się frustrują.

        I faktem jest, że, niezależnie od przyczyny, bardzo mało ludzi idzie do wyborów i bardzo mało ludzi dba o to, co się dzieje w ich otoczniu.
        Mamy WOŚP i zbieramy serduszka, ale jak wielu dorosłych Polaków pomaga za zwykłe “dziękuję” w stowarzyszeniu?

        Węgrzy, z inicjatywy Orbana i Fideszu, w 2002 roku zaczęli tworzyć, jak to nazwał Igor Janke, kręgi obywatelskie (proszę nie mieć złych skojarzeń). Ludzie zaczęli być aktywni i działać na rzecz lokalnej społeczności. Pomijając efekt na sukces wyborczy Fideszu działalności tych kręgów, ludzie poczuli, że coś mogą. Dostali poczucie sprawstwa, którego nam tak bardzo w kraju brakuje.

        Jestem Polką, mieszkam w Monachium. Jutro, w sobotę, jadę do domu uchodźców pomóc w przeprowadzeniu pchlego targu, na którym mieszkańcy za syboliczne 50 centów bedą mogli kupić sobie coś do ubrania. Brałam udział w wyborach komunalnych, w drugiej turze głosowałam listownie, bo mnie nie było na miejscu. Wezmę udział w wyborach do Europarlamentu. Muszę to tylko zgłosić w Konsulacie w Monachium.

        Servus.

      • zetzero

        Dostęp do prądu jest związany z istnieniem złożonego systemu produkcji i przesyłu. Pan zdaje się sugerować, że mamy elektryczność, bo mamy gniazdko w 
        ścianie. Ot, podobnym absurdem jest twierdzenie, że polska państwowość jest skutkiem “dilu w Magdalence”. Pal licho kontekst, wielość czynników i zależności,
        interesów, ideologii; dajmy sobie spokój z bagażem historii. Pana zadowala redukcjonizm – łatwiej wskazać palcem dowolne zdarzenie, datę,
        człowieka, niż analizować strukturę zdarzeń, domniemywać lub snuć hipotezy.

        Jeśli nawet uznamy, że rzeczona Magdalenka była przełomem, to wydarzyła się grubo ponad 20 lat temu. Jego sygnatariusze dobijają sędziwego wieku, ale jednak
        niczym gigantyczna skamielina krępują swobodę ruchów kolejnym generacjom. Generacjom, które w fundowaniu tego wadliwego systemu nie 
        miały udziału ani też nie czerpią z niego korzyści. Ten system jednak trwa. Czy dlatego, że wszyscy trzymani są pod butem, a status quo
        pilnuje mityczny cerber?

        Dajmy sobie spokój z mitologizowaniem. A takim wygodnym mitem jest Magdalenka. To, czego doświadczamy jest wynikiem nie zmowy jakiejś
        grupy, lecz przede wszystkim braku woli politycznej, poczucia grupowego interesu oraz obywatelskości sporej części społeczeństwa. Ta część traktuje państwo
        niczym sprzęt agd. Ma nam służyć. Tymczasem my uciekamy sobie w prywatność, w malkontenctwo i wieczne utyskiwanie, uznając że są one wyrazem troski o dobro wspólne.

  • Mikołaj Małecki

    Nie ująłbym tego lepiej. Jestem nawet w podobnej sytuacji, co prawda jeszcze za krótko mieszkam w Niemczech, żeby się ubiegać o ten Niemiecki “paszport”, jednak dla mnie wymiana paszportu nie ma w sobie żadnej niepożądanej symboliki. Polakiem jestem i będę nim zawsze; Polakami będą też moje dzieci, mimo że moja córka urodziła się już tutaj, a Polskę zna jedynie z rzadkich odwiedzin u dziadków (z małym żyliśmy w Warszawie jakieś 3 lata). Dwóch moich kumpli, z którymi pracowałem razem w Motoroli w Krakowie, mają już Brytyjskie obywatelstwo – choć na podstępne pytanie odpowiedzieli krótko: obywatelstwo Brytyjskie mogę mieć, ale to nie znaczy, że przestałem być Polakiem. Obywatelstwo warto mieć DLA WYGODY – zawsze to człowiek jest inaczej traktowany.

    Różnię się od Pana jedynie takim szczegółem, że o ile Pan próbował nawiązywać kontakty z Polskimi placówkami, ja straciłem jakiekolwiek złudzenia w tej kwestii jeszcze przed wyjazdem z Polski. Jeszcze na etapie szukania pracy za granicą (ja się szykowałem do UK, Niemcy wyszły przypadkiem), wiedziałem już, że jak wyjadę, do Polski już nigdy nie wrócę. Nie wiem, może jako inżynier jestem pozbawiony jakiegokolwiek sentymentalnego podejścia do spraw kraju i obywatelstwa, romantyzm jest mi obcy, a kraj do zamieszkania mogę sobie wybrać ten, który mi pasuje.

    Ja oczywiście bardzo chętnie wziąłbym udział w “budowaniu państwa” i poświęciłbym mu swój prywatny czas – pod warunkiem, żebym miał choć cień pewności, że ów czas zostanie rzeczywiście spożytkowany i coś z tego dobrego wyniknie. Niestety na razie mam jedynie pewność, że cokolwiek bym w tej kwestii próbował, mogę od Polskiego państwa liczyć najwyżej na kłody pod nogi. A czasu wolnego mam bardzo niewiele, dlatego bardzo cenię sobie jego wartość.

  • Mikołaj Małecki

    Nie ująłbym tego lepiej. Jestem nawet w podobnej sytuacji, co prawda jeszcze za krótko mieszkam w Niemczech, żeby się ubiegać o ten Niemiecki “paszport”, jednak dla mnie wymiana paszportu nie ma w sobie żadnej niepożądanej symboliki. Polakiem jestem i będę nim zawsze; Polakami będą też moje dzieci, mimo że moja córka urodziła się już tutaj, a Polskę zna jedynie z rzadkich odwiedzin u dziadków (z małym żyliśmy w Warszawie jakieś 3 lata). Dwóch moich kumpli, z którymi pracowałem razem w Motoroli w Krakowie, mają już Brytyjskie obywatelstwo – choć na podstępne pytanie odpowiedzieli krótko: obywatelstwo Brytyjskie mogę mieć, ale to nie znaczy, że przestałem być Polakiem. Obywatelstwo warto mieć DLA WYGODY – zawsze to człowiek jest inaczej traktowany.

    Różnię się od Pana jedynie takim szczegółem, że o ile Pan próbował nawiązywać kontakty z Polskimi placówkami, ja straciłem jakiekolwiek złudzenia w tej kwestii jeszcze przed wyjazdem z Polski. Jeszcze na etapie szukania pracy za granicą (ja się szykowałem do UK, Niemcy wyszły przypadkiem), wiedziałem już, że jak wyjadę, do Polski już nigdy nie wrócę. Nie wiem, może jako inżynier jestem pozbawiony jakiegokolwiek sentymentalnego podejścia do spraw kraju i obywatelstwa, romantyzm jest mi obcy, a kraj do zamieszkania mogę sobie wybrać ten, który mi pasuje.

    Ja oczywiście bardzo chętnie wziąłbym udział w “budowaniu państwa” i poświęciłbym mu swój prywatny czas – pod warunkiem, żebym miał choć cień pewności, że ów czas zostanie rzeczywiście spożytkowany i coś z tego dobrego wyniknie. Niestety na razie mam jedynie pewność, że cokolwiek bym w tej kwestii próbował, mogę od Polskiego państwa liczyć najwyżej na kłody pod nogi. A czasu wolnego mam bardzo niewiele, dlatego bardzo cenię sobie jego wartość.

  • Mądrze i spokojnie to napisał Pan / napisałeś.
    Tyle tylko, że wskutek tego tekstu nic nie ulegnie zmianie.
    Beznadziejna sytuacja w wielu dziedzinach jest efektem bolszewickiego myślenia i postępowania obecnej warstwy politycznej, wywodzącej się z Solidarności. Oni nie mają odwagi patrzeć, co może być (Q…a) za zakrętem, oni ciągle paczą w dal tylną (Czerwone Gitary). Nieco młodsi, z Pana pokolenia, cholernie łatwo się dostosowują – nic to, że włos na karku wytarty od obroży. Szmalec się liczy.Obecny lub oczekiwany.
    Politycy zachowują się jak prostytutki – oczka wpatrzone w słupki popularności – gdyby zrobienie komuś loda dało wyższy słupek – kto by się powstrzymał?
    Prezydent – trzech braci śpiących w jednej osobie. Wiem, że nie mamy systemu prezydenckiego. Ale nikt nie może zabronić Prezydentowi stawiania niewygodnych pytań – o przyszłość Polski.
    A tu – nawet Obama zagadnął PBK o brak wąsów – nie było innego punktu zaczepienia.
    Ja mam to wszystko w gwizdku – mój doktorat sprzed 33 lat jest od dawna nieaktualny.

    Na szczęście dla mojej rodziny w 1992 roku dałem dyla z uni i zająłem się prywatną działalnością – dotarło do mnie, że życie mam jedno, rodzinę też. Dzięki temu mogę mieć czyste sumienie, że pomogłem dzieciom osiągnąć to, o czym marzyły. Młodsza córka jest ass. prof na Techuni w Tenneesee, starsza analitykiem wymuszającym na informatykach odpowiednie do potrzeb firm ubezpieczających raportowanie kosztów działania grupy szpitali w Dallas.
    Odwiedzam wnuki raz na rok – i to jest ból – jak długo jeszcze?
    Ale widzę, że moje dzieci są szczęśliwe, robią to, co lubią.
    Ja – gdybym mógł być ubezpieczony w USA – nie czekałbym pół roku. Dziura po mnie zarosłaby chwastami w tydzień.
    Może bym sobie wtedy raz na miesiąc – higienicznie – oglądał strony POLITYKI lub Newsweeka i cieszył się, że mnie to ne vadi.
    Tak samo jak się cieszę kiedy jadąc do domu przejeżdżam obok swojego dawnego bloku, gdzie mieszkałem w szufladzie M4.
    Kończąc – w historii ludzkości znikały plemiona i narody. Czasem rozpływały się jedne w drugich. Taka kolej rzeczy. Na walkę z tym zjawiskiem szkoda życia. Po prostu – trzeba zostawić głupców samym sobie.
    Życzę Nobla z fizyki, kolejnego dziecka i radości z obserwacji, jak rośnie.

  • Adam

    Szanowny Panie, Niech Pan nie traci szansy na normalność. Mieszkałem za granicą, pracowałem na uczelni. Naiwnie wróciłem do Polski, przekonany że może- da się. Niestety, to “kisiel”, zamiast badań grzęźnie Pan w dokumentacji i biurokracji do rozliczenia grantów/ dotacji, nauka jest upolityczniona (jestem ekonomistą, a to branża w Polsce całkowicie przejęta przez politykę). Wróci Pan do Polski, okaże się że trzeba posłać dzieci do szkoły, i nagle się okaże że najlepiej dla nich będzie jak Pan się przeprowadzi do Finlandii, bo w Polsce wypiorą im mózgi. Niech się okaże jeszcze że ma Pan jakiś problem zdrowotny, i skończy Pan marnie. Wciągnie Pana “kisiel”. Wg raportów, wskaźnik Crony kapitalizmu- kapitalizmu kumoterskiego, w Poslce jest większy jak w Chinach. Polska to ostatni kraj socbloku w którym zrobiono wolne wybory- dopiero w 91, pół roku po Albanii. Z mediów się Pan dowie co innego oczywiście…

  • Greg

    Niech się Pan tak nie martwi! Sporo niemieckich naukowców i inżynieró wyjeżdża na stałe do pracy w USA. Tak to już jest, że emigrant tęskni za swoją ojczyzną. Nawet jest to tematem Odysei Homera a Polacy mają takie odczucia od prawie 150 lat. Mieszkam w USA, mam obywatelstwo kanadyjskie a odwiedziłem już 45 krajów. Znam emigrantów Z Iranu, Syrii, Litwy, Meksyku, Szwecji, Korei Płd.,Afryki itd. Wszyscy bardzo tęsknią. Z wiekiem nawet bardziej. Ale raczej nikt nie wraca. To nie jest tak, że tylko Polska jest “niedoskonała”. Mieszkałem kiedyś parę lat w Niemczech i z ulgą ten kraj opuściłem. Wie Pan ilu rodowitych Niemców emigruje do Brazylii, Tajlandii, Nowej Zelandi czy Kanady? Z Polski wiele osób emigruje ale wielokrotnie więcej zostaje. Wskaźnik rozwodów wśród emigrantów jest kilkukrotnie większy niż u ludzi, którzy nigdzie nie wyemigrowali. Alkoholizm to też spory problem. Teraz jest i tak o niebo lepiej niż kiedyś. W Europie można sobie polecieć na weekend do Polski praktycznie za grosze. Do Polski wracałem “na stałe” 3 razy. Teraz staram się jeździć “w odwiedziny” i jest naprawdę super.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z