Jan Maria ROKITA: "Machiavelli wciąż pokonuje Zuckerberga"

TSF Jazz Radio

Machiavelli wciąż pokonuje Zuckerberga

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Dziś wykładowca akademicki.

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

Te dwie opowieści zna każdy,  kto tylko nie jest kompletnym abnegatem w sprawach otaczającego świata.  To bowiem  wokół nich została osnuta popularna na Zachodzie romantyczna legenda   rewolucji arabskiej.  Nie da się ich ominąć  zwłaszcza,  jeśli  chce się  cokolwiek powiedzieć  na temat zderzenia nowych mediów  z  polityką, w toku  trwającego już trzeci rok rewolucyjnego wrzenia pośród Arabów.

.Pierwsza opowieść jest o tunezyjskim sprzedawcy warzyw, który pozbawiony swego kramu na kółkach i znieważony przez urzędniczkę,  dokonał  w desperacji aktu samospalenia.  Druga –  o egipskim przedsiębiorcy, który  upowszechnił wiedzę o skorumpowanych policjantach  i   z zemsty został przez nich  w  wyjątkowo okrutny sposób  zabity.

Dalszy ciąg obu  historii  jest w gruncie rzeczy identyczny. Odważni ludzie umieścili filmy bądź zdjęcia dokumentujące owe tragiczne przypadki  w Internecie,  co zelektryzowało młodych  Arabów i wyzwoliło w nich szlachetny odruch sprzeciwu wobec zła.  Tu następuje kulminacyjny punkt  obu opowieści…

.Zdarzyło się bowiem coś, czego świat wcześniej w tej skali nie widział.  Facebook i Twitter  pokazały  swoją prawdziwą polityczną siłę  i  w mgnieniu oka przekształciły ten  osobisty odruch sprzeciwu , jaki pojawił się  równocześnie u tysięcy ludzi, we wspólnotę  buntu,  która  dzięki nowym mediom objawiła się jako  realna polityczna rewolucja.

Przypadek egipski ma tu jeszcze swego szczególnego „branżowego” bohatera nowych mediów.   Jest nim Wael Ghonim – bon vivant,  wysoki menedżer  Google, a zarazem bohater rewolucji, który  ze swej willi w Dubaju   świadomie sterował budowaniem  wspólnoty buntu na Facebooku , używając w tym celu nicka „El Shaheed”, czyli  „Męczennik” i  w jakimś sensie stał się wielkim kreatorem wspólnoty „dzieci placu Tahrir” z 25 stycznia 2011 roku.  No i w końcu , w tych opowieściach nie można także pominąć kwestii czasu.  W  Tunezji  nowe media potrzebowały dokładnie czterech tygodni, by obalić reżim Ben Alego;  w Egipcie było jeszcze  sprawniej – wystarczyło osiemnaście dni, aby prezydent  Hosni Mubarak podał się do dymisji.

Z tych dwu opowieści  zostały później wyprowadzone bardzo daleko idące wnioski. Pierwszy głosił, że  w krajach arabskich po raz pierwszy w historii udało się przeprowadzić z sukcesem  „internetową rewolucję”.  Sam Wael Ghonim zaproponował nawet dla niej nazwę  „Rewolucja 2.0”,  chcąc najwyraźniej   uchwycić tym sloganem tę jej szczególną właściwość, iż  prawo  tworzenia  nowej, rewolucyjnej polityki  mieli teraz przejąć sami użytkownicy sieci, stanowiący zarazem  awangardę,  czy też napęd rewolucji.

Miało to mieć kolosalne znaczenie dla  redefinicji  samej natury  rewolucji.  Miała ona bowiem zostać  „oczyszczona”  ze wszystkich mrocznych, ale nie dających się w przeszłości  ominąć  rewolucyjnych konieczności.

Odtąd  nie ma już  rewolucyjnych knowań  i spisków,  wydanych na łup policyjnych prowokatorów.  Nie jest również potrzebna rewolucyjna partia,  z jej  zakonspirowanym dyktatorskim przywództwem i  dyscypliną, często egzekwowaną przy pomocy zabójstw towarzyszy podejrzanych o zdradę. Wszelkie rewolucyjne przygotowania i koordynację  działań zapewnia bowiem sieć, która – wedle metafory zafascynowanych tym zjawiskiem doradców Hillary Clinton-  jest w istocie współczesnym Che Guevarą.  To w sieci – trochę jak na wolnym rynku – spontanicznie rozstrzyga się  czyj wpis przesądzi  o najbliższym biegu  rewolucyjnych zdarzeń,  który slogan zostanie przyjęty za najlepiej  oddający  rewolucyjne cele i jaki rodzaj zbiorowych emocji będzie  wiódł buntowników na ulice miast.  Rewolucja odbywa się spontanicznie, a jej prawdziwym sprawcą  jest technologia w znacznie większym stopniu niż sami ludzie, którzy  występują tu bardziej jako użytkownicy sieci, niźli obywatele.

.Zdarzenia arabskiej wiosny miały więc także rozstrzygnąć spór o to,  komu służą w istocie nowe technologie:  dyktaturze czy wolności.  Sam Ghonim ujął tę kwestię w sposób  tak prosty, jak może to zrobić tylko prawdziwy rewolucjonista: „Jeżeli chce się mieć wolne społeczeństwo, trzeba po prostu dać ludziom dostęp do Internetu”.

Pierwszą wielką słabością tej logiki jest towarzysząca jej przesada.  Po dwóch latach od  wydarzeń w Tunisie i na kairskim placu Tahrir jest już całkiem jasne, że tak  opowiedziana  historia rewolucji arabskiej należy do porządku legendy, a nie rzeczywistości. Legenda ta  z pewnością musi podobać się użytkownikom sieci na Zachodzie, pozwala bowiem  z poczuciem komfortu psychicznego  przyjąć, że zachodnia technologia informacyjna  jest dziś  najlepszą i globalną  bronią  przeciw tyraniom.  Nic więc dziwnego, że  propagowały ją na swych  czołówkach bodaj wszystkie  wielkie media zachodnie, bez względu na ideologiczną orientację.  Tę legendę głosi  znane dziś w całym świecie  wielkie graffiti w centrum Tunisu  :  „Dziękujemy ci Facebooku!”  Ciekawe, że najwyraźniej uwierzyli w nią  także przynajmniej niektórzy spośród dyktatorów, którzy najpierw próbowali zablokować na różne sposoby dostęp  do Internetu, a gdy spostrzegli, że  ich wysiłki są daremne, z nieoczekiwaną łatwością poddawali się,   w panicznym strachu przed potęgą sieci.

Po dwóch latach od  wydarzeń w Tunisie i na kairskim placu Tahrir jest już całkiem jasne, że tak  opowiedziana  historia rewolucji arabskiej należy do porządku legendy, a nie rzeczywistości. 

Trzeba więc było  pewnego upływu czasu i niewielkiego choćby dystansu do zdarzeń, by zauważyć że dwa lata temu Kair osiągnął szczyt rewolucyjnego wrzenia już po  zablokowaniu Internetu , a w najbardziej zrewolucjonizowanych biednych dzielnicach nie za wielu w ogóle miało dostęp do sieci.  Że  tysiące wejść na słynny  profil  Waela Ghonima pochodziło w dużej części od zaintrygowanych  wydarzeniami  arabskich mieszkańców Europy i Ameryki.  Albo, że  zarzewie buntu roznieciła znacznie  silniej niż nowe media,  najzupełniej klasyczna telewizja  al-Jazeera, kontrolowana przez   przebiegłego szejka Kataru , który użył jej  z rozmysłem w politycznym interesie monarchów z Półwyspu Arabskiego.  Nie ma więc też niczego nadzwyczaj dziwnego w tym, że w jednym z trzech  (obok Izraela i Emiratów) krajów   tego regionu o  porównywalnym z  Zachodem nasyceniu Internetem – w Bahrajnie , rewolucji nie udało się  rozniecić,  bo jak tylko zaczęła się ona  tlić, to  wkroczyła armia saudyjska, aby   – dmuchając  na zimne – zabezpieczyć  ten mały kraj przed niebezpieczeństwem przyznania jakichś praw politycznych tamtejszej uciskanej, ale wspieranej z  wrogiego Teheranu,  szyickiej większości.

.Z czasem też miało się nawet pokazać, że najbardziej porywająca i  szlachetna cecha facebookowej rewolty – jej spontaniczność, czystość i wolność od ciemnych stron rewolucyjnej polityki –  miała się okazać jej największą słabością.  Wyszła bowiem na jaw jej anarchiczna w gruncie rzeczy natura,  przekształcająca ją w  permanentną ruchawkę, niezdolną ani do poważnego formułowania swoich celów, ani tym bardziej do ich osiągania w realnej polityce. Z rozczarowaniem przyznaje to teraz nawet  Susan Vila z ruchu „Movements.org”,  należąca do grona  apostołów doktryny głoszącej, że nowe media niosą nieuchronnie wielką zmianę społeczną. „Zupełnie na miejscu – mówi teraz o  dzieciach z placu Tahrir – jest przypuszczenie, że ich wysiłki byłyby znacznie skuteczniejsze, gdyby wcześniej mieli kogoś na szczycie rewolucyjnej struktury dowodzenia”. No tak, tylko wtedy  nie byliby już owymi pięknymi dwudziestoletnimi  facebookowcami, tylko zwykłymi  spiskowcami, robiącymi  brudną  polityczną  robotę.

Ale z opowieści o potędze  Facebooka i Twittera  zaczęto wyprowadzać  wnioski jeszcze dalej idące.  „Oczyszczona” rewolucja miała prowadzić także nieuchronnie do „oczyszczonej” polityki.  A ściślej mówiąc, jej skutkiem miało być  przezwyciężenie polityki,  w kształcie znanym  nam od stuleci.  Tak miało się stać za sprawą wystąpienia  na scenę publiczną  nowego i pierwszoplanowego aktora,  jakim stała się zbuntowana społeczność  stworzona przez nowe media.  Ta nowa siła miała  mieć charakter z gruntu postpolityczny,  jako że jej  głównym  i  spontanicznym celem miała być obrona  tych wartości  życia publicznego,  które wyrastają   z  natury  mediów społecznościowych.  Bez czego  nie mógłby  istnieć Facebook ani Twitter?  Bez  wolności słowa i swobody debaty, bez dostępu do informacji, bez  równości wszystkich użytkowników sieci,  w końcu – bez   konstytuującego nowe media  prawa do tworzenia ich zawartości i treści.  Wielu zatem uznało, że demokracja liberalna jest naturalnym żywiołem  Rewolucji 2.0.

.Chyba  najbardziej irracjonalny sposób myślenia na ten temat pojawił się w kręgu intelektualistów francuskich. To  Bernard-Henry Levy, który skądinąd odegrał wielce pozytywną rolę  w nakłonieniu  prezydenta Francji do  interwencji w Libii, ogłosił zaraz u początku 2011 roku  nadejście „ery arabskiego oświecenia”, która miała  nie tylko otwierać drogę  świeckiej i liberalnej demokracji, ale nawet  – jak twierdził – „przybliżać pokój Arabów z Izraelem”.  Tego typu myślenie   utraciło związek z rzeczywistością i nabrało cech niemal magicznych, a to właśnie za sprawą  świadomego abstrahowania od  skumulowanej przez tysiąclecia  ludzkiej  wiedzy o polityce.

Odkąd  dzieci z placu Tahrir wystąpiły na scenę publiczną, wszystko  co robiły podlegało nieuniknionej logice polityki.  

Tymczasem odkąd  dzieci z placu Tahrir wystąpiły na scenę publiczną, wszystko  co robiły podlegało nieuniknionej logice polityki.  Kiedy więc  po ustąpieniu Mubaraka i  przedłożeniu  przez armię dość daleko idącego planu liberalizacji , spontanicznie rozpętały drugą  falę rewolucyjną,  przesądziły w ten sposób  ( zgodnie ze swymi intencjami) o wycofaniu wojska do koszar, ale także (już wbrew swym intencjom)  o przejęciu  politycznej inicjatywy, a  w końcu pełni władzy przez umiarkowanych islamistów.  Zaś kiedy kontestowały  w wyborach prezydenckich Ahmeda Szafika, jako reprezentanta  dawnego reżimu,  otwierały drogę do pewnego zwycięstwa Mohamedowi  Morsiemu.

.Kto na cudzą potęgę w polityce pracuje, ten przecież nieuchronnie sam ginie – to    bardzo stara lekcja Machiavellego. Niezliczone przykłady   przewagi zwykłej polityki nad wyimaginowaną  erą nowych mediów i oświecenia można dziś w całej  Arabii obserwować każdego dnia.

Zwyczajne rozumienie polityki podpowiada zresztą, że  umiarkowanie islamskie rządy,  z zazdrością spoglądające na wzory tureckie,  są właśnie czymś najlepszym , co po rewolucji mogło się przydarzyć krajom arabskim. Na razie takie szczęście  spotkało Tunezję i Egipt, podczas gdy  przyszłość Syrii i Libii pozostaje pod znakiem zapytania.  Niedawno jedna z francuskich gazet  ze zdumieniem opisywała  życie w spolityzowanej i ubogiej dzielnicy  Tunisu Kram, w której dwa lata temu roiło się od spontanicznych inicjatyw samorządowych, związkowych bądź na rzecz praw człowieka, a dziś  równie intensywne życie społeczne  dominują  komitety islamskie, o bardzo zróżnicowanych celach .  W krajach, w których realną siłą jest odradzający się radykalny ruch salaficki , czynnikiem politycznej równowagi może być tylko  umiarkowany islamizm Bractwa Muzułmańskiego, albo władza generałów.

.Facebookowcy okazali i tak dużą siłę przyspieszając obalenie dyktatur, ale pomysł, by władza w tych krajach  miała być sprawowana wedle  facebookowych  i  postpolitycznych reguł  jest  niedorzeczny. Nowe media, nawet jeśli będą się w najbliższych latach wzmacniać w tamtych społeczeństwach, tej prostej politycznej konkluzji nie mogą uchylić.

NM4_aPolityczna siła nowych mediów jest wcale niemała.  Mają bowiem tę wielką moc, aby  wytworzyć społeczne lepiszcze, które skleja na nowo rozbitą przez dyktaturę tkankę społeczną i  w ten sposób uwolnić rewolucyjną energię.  Ale odkąd ta sklejona wspólnota występuje na arenę polityczną, odtąd nie podlega  już regułom z Facebooka Zuckerberga,  ale tym z Księcia Machiavellego. Polityczne znaczenie wynalazku nowych mediów jest  bowiem podobne do znaczenia  wynalazku druku  przed paroma wiekami.  Bez druku reformacja nie osiągnęłaby swojej siły, więc nie mogłyby się zdarzyć wojny religijne, ani nie byłoby  też pewnie pokoju westfalskiego, który określił  polityczny ustrój Europy na  przeszło trzysta lat. Tak jak niegdyś druk, tak dzisiaj nowe media stały się doniosłym  instrumentem polityki.  Nie mają jednak mocy demiurga, aby ją zastąpić.

Jan Maria Rokita

Tekst ukazał się w wyd.4 kwartalnika “Nowe Media”

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam