Marek KACPRZAK: "Fikcja wykształcenia. Fikcja studentów i uczelni. Fikcja polskiej nauki"

TSF Jazz Radio

Fikcja wykształcenia. Fikcja studentów i uczelni. Fikcja polskiej nauki

Marek KACPRZAK

Naukowo zajmuje się ekonomiką kultury, w szczególności zarządzaniem w mediach i ekonomiką mediów. Pracuje w Wirtualnej Polsce, wcześniej m.in. w Polsat News, TVN24, TVP, RMF FM, Polska The Times.

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

.Zaczyna się kolejny rok akademicki. Sylabusy moich zajęć są już gotowe i opublikowane. I choć każdego roku na każdej uczelni nieco zmienia się ich szablon – kilka punktów zawsze zostaje niezmienne. Te, na które ja jako wykładowca najbardziej zwracam uwagę dotyczą tego, jakie są cele kursu (bez względu na to, czy to wykład, czy ćwiczenia) i jaką wiedzę oraz kompetencje po jego ukończeniu powinien posiadać student. Z doświadczenia wiem, że studenci bardziej zwracają uwagę na punkt sylabusa, który opisuje warunki zaliczenia. To o tyle nielogiczne, że gdyby w pełni zrealizowali dwa wspomniane przeze mnie punkty – realizacja trzeciego byłaby naturalna i nie trzeba by było do tego żadnych szczególnych zachodów. Tyle, że to teoria, która jest bardzo daleką od praktyki.

Dlatego z doświadczenia już na początku semestru wiem, jak będą wyglądały negocjacje na jego końcu. Gdy wielu studentów będzie próbowało bez wypełnienia założeń spełnić kryteria zaliczenia, a tam gdzie wyraźnie widać, że się to nie udało, będą próbowali mnie i wielu innych wykładowców namawiać, żeby zasady złagodzić, obniżyć, a w niektórych przypadkach nawet wręcz je pominąć.

Zdecydowanej większości współczesnych studentów nie mieści się w głowie, że mogliby nie uzyskać pozytywnej oceny z zajęć. Zwłaszcza widać to na tych uczelniach, gdzie płacą za naukę.

Nie ma znaczenia czy są to uczelnie prywatne czy państwowe w systemie zaocznym. Od wielu lat trwa umacnianie się postaw: “my studenci płacimy – co jest niemal tożsame z kupowaniem sobie wykształcenia, a wy wykładowcy przymykacie oko – bo uczelnie, które nie dają łatwego wykształcenia nie mają zbyt wielu chętnych. Czyli: albo przestańcie wymagać, albo nie będziecie mieli pracy”.

.Tam gdzie liczy się rachunek ekonomiczny i najważniejsze jest to, żeby zgadzały się liczby w exelowskiej tabelce sama wizja tego, co ma mieć w głowie i jakim człowiekiem ma być ten, który kończy uczelnię w ogóle nie jest brany pod uwagę. A jeśli już, to w minimalnym stopniu i tylko aby wypełnić ministerialne minima. A to wyraźnie pokazuje, że nie o wykształcenie chodzi, lecz o zarobienie pieniędzy poprzez wydanie odpowiedniego dokumentu. Gra pozorów – w której studenci udają, że się uczą, wykładowcy udają, że tej wiedzy wymagają – sprawia, że zdobywane tytuły z roku na rok znaczą coraz mniej, zaś ich wartość maleje w  zastraszająco szybkim tempie.

Wachlarz argumentów – dlaczego pewnych rzeczy się nie da zrobić – jest ogromny. Czasem mam wrażenie, że powstają już na ten temat specjalne bryki. Nie zdziwię się, gdy w akademickiej księgarni znajdę książkę zatytułowaną: “Jak przekonać wykładowcę do pozytywnej oceny, gdy się nic nie umie i nigdy nie było na zajęciach”. Niestety to nie żart, lecz ponura konstatacja sytuacji, z którą niekiedy spotykam się w dyskusjach ze studentami.

Gdy pierwszy raz stanąłem przed studentami trzeciego roku dziennikarstwa nie mogłem się nadziwić, że prawie dwudziestoosobowa grupa nie potrafiła wspólnie wymienić pięciu wydarzeń z minionego tygodnia.

.Dużo czasu zajęło mi pojęcie tego, że to nie kwestia ich nieśmiałości czy braku odwagi by być tym, kto pierwszy zabierze głos, lecz zwyczajnie wynik tego, że oni nie mają pojęcia co się wokół nich w ogóle dzieje. Przecież wrócili dopiero z wakacji i  jakim prawem ktoś czegoś od nich chce. Miało być przecież omówienie zajęć i warunków zaliczenia, nie odpytywanie. Na szczęście przynajmniej u części studentów następuje w ciągu semestru otrzeźwienie. Z punktu widzenia katedry doskonale widać: kto jest zajęciami zainteresowany, kto chce z nich coś wynieść, kto chce (choć w małym stopniu) zrealizować to, co wykładowca ma do zaproponowania. Zza biurka widać, kto podczas zajęć chowa się za ekranem komputera, kto się z nich wyłącza i włącza do innego, równoległego wirtualnego świata. I to właśnie te osoby mają później największe pretensje, że warunki zaliczenia są wyśrubowane, zbyt ambitne, nie do zrealizowania. Zaczynają się negocjacje.

Najczęściej padający argument za tym, żeby przymknąć oko i wystawić pozytywną ocenę, na którą się nie zasługuje jest taki, że “ja i tak tego nie będę w życiu robił”. Jakby to miało być okolicznością łagodzącą, a nie jeszcze bardziej obciążającą. Zdarzyło mi się usłyszeć to kilka razy.

Ktoś mnie przekonywał, żeby mu po prostu zaliczyć przedmiot, bo on już pracuje zawodowo, zaś podczas studiów stwierdził, że kierunek, który studiuje jest nie dla niego. I właśnie dlatego do przedmiotu się nie przykładał i na niego nie przychodził, bowiem wie, że mu się to nie przyda. Wprowadzając powszechnie taką zasadę i takie rozumowanie można by dostać tytuł magistra czy licencjata dowolnej uczelni. Wystarczy powiedzieć, że tego się robić nie będzie. Choć tym bardziej nie sposób zrozumieć po co komuś właśnie taki tytuł i takie wykształcenie.

Ci, którzy jednak wiążą swoją przyszłość z kierunkiem, który studiują – stosują mniej wyrafinowane argumenty. Na mojej osobistej top liście są jeszcze dwa. Pierwszy to ten, który mówi, że “byłem na wszystkich zajęciach”. Zaliczenie miałoby być wtedy chyba taką nagrodą za to, że w ogóle raczyło się zaszczycić obecnością.

A drugi argument mój ulubiony, który słyszę na koniec każdego semestru brzmi: “mam jeszcze tyle innych egzaminów”. O czym to świadczy – nie muszę mam nadzieję tłumaczyć.

Moja “ulubiona” grupa studentów, to studenci zadziwieni i zaskoczeni. Zobaczenie miny studenta, który dowiedział się, że otrzymał ocenę niedostateczną – bezcenne. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że często dzięki temu w ogóle można tę twarz zobaczyć. A po drugie dlatego, że jest to zdziwienie w najbardziej czystej postaci. Być może dla wielu z nich to pierwsza sytuacja, że ktoś czegokolwiek od nich wymaga i stawia warunki nie tylko w założeniu i na papierze.

.Pierwszy rok ma zakorzenione nawyki z liceum. Wielu z nich nie wie czego i po co się uczy. Nie wie jak tę wiedzę można wykorzystać. Za to są świetnie wytrenowani w rozwiązywaniu testów, których ja nie stosuję przy stawianiu ocen. Im wyższy rocznik tym bardziej są już przyzwyczajeni do tego, że i tak wykładowca postawi pozytywną ocenę.

Niestety może być już tylko gorzej. Wiele wyższych uczelni poszło w tym roku w swoim ułatwianiu życia o krok dalej. Z roku na rok obniżane wymagania maturalne i tak dla co trzeciego maturzysty okazały się w tym roku za wysokie. I na to znalazł się sposób. Uczelnie zapraszają ich na studia bez matury. To, że nie nazywają ich nie studentami, lecz słuchaczami, którzy jak już w końcu zdadzą maturę będą mieli zaliczone kursy w których uczestniczyli, jedynie potwierdza moje czarne obawy.

Wykładowcy udają, że uczą. Studenci udają, że się uczą. Uczelnie udają, że zdobycie tytułu to coś wielkiego i znaczącego.

.Jeden z wieloletnich wykładowców na moją propozycję, by wprowadzić chociażby rozmowy kwalifikacyjne na niektóre kierunki, żeby przyjmować tych, którzy mają jakiekolwiek kwalifikacje do niektórych dziedzin, oburzył się i stwierdził z rozbrajającą szczerością, że nie można tego zrobić. Wie co mówi. Jest przekonany, że to nie pozwoliłoby studiować do najmniej co trzeciemu z obecnych studentów. To zaś oznacza, że on już dawno nie miałby pracy.

Jedyny trzeźwy w tej rzeczywistości jest rynek pracodawców, który już dawno zauważył, że musi prowadzić własną rekrutację, w której dyplom jest najmniej ważnym elementem. Dopóki studenci i uczelnie tego nie dostrzegą i nie zrozumieją – nie mamy co liczyć na sytuację, w jakiej są studenci renomowanych uczelni zachodnich. Tam najlepsi absolwenci od razu mają do dyspozycji kilka ofert pracy. To o nich rynek pracy zabiega, nie odwrotnie. Pieniądze za czesne powinny gwarantować najwyższą jakość nauczania, a nie najłatwiejszą formę zdobycia dyplomu.

Marek Kacprzak

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam