Marek KACPRZAK: "Fikcja wykształcenia. Fikcja studentów i uczelni. Fikcja polskiej nauki"

TSF Jazz Radio

Fikcja wykształcenia. Fikcja studentów i uczelni. Fikcja polskiej nauki

Marek KACPRZAK

W Polsat News, gdzie pracuje, prowadzi „Wydarzenia. Opinie. Komentarze”. Wcześniej dziennikarz m.in. TVN24, TVP, RMF FM, Polska The Times. Naukowo zajmuje się ekonomiką kultury, w szczególności zarządzaniem w mediach i ekonomiką mediów.

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

.Zaczyna się kolejny rok akademicki. Sylabusy moich zajęć są już gotowe i opublikowane. I choć każdego roku na każdej uczelni nieco zmienia się ich szablon – kilka punktów zawsze zostaje niezmienne. Te, na które ja jako wykładowca najbardziej zwracam uwagę dotyczą tego, jakie są cele kursu (bez względu na to, czy to wykład, czy ćwiczenia) i jaką wiedzę oraz kompetencje po jego ukończeniu powinien posiadać student. Z doświadczenia wiem, że studenci bardziej zwracają uwagę na punkt sylabusa, który opisuje warunki zaliczenia. To o tyle nielogiczne, że gdyby w pełni zrealizowali dwa wspomniane przeze mnie punkty – realizacja trzeciego byłaby naturalna i nie trzeba by było do tego żadnych szczególnych zachodów. Tyle, że to teoria, która jest bardzo daleką od praktyki.

Dlatego z doświadczenia już na początku semestru wiem, jak będą wyglądały negocjacje na jego końcu. Gdy wielu studentów będzie próbowało bez wypełnienia założeń spełnić kryteria zaliczenia, a tam gdzie wyraźnie widać, że się to nie udało, będą próbowali mnie i wielu innych wykładowców namawiać, żeby zasady złagodzić, obniżyć, a w niektórych przypadkach nawet wręcz je pominąć.

Zdecydowanej większości współczesnych studentów nie mieści się w głowie, że mogliby nie uzyskać pozytywnej oceny z zajęć. Zwłaszcza widać to na tych uczelniach, gdzie płacą za naukę.

Nie ma znaczenia czy są to uczelnie prywatne czy państwowe w systemie zaocznym. Od wielu lat trwa umacnianie się postaw: “my studenci płacimy – co jest niemal tożsame z kupowaniem sobie wykształcenia, a wy wykładowcy przymykacie oko – bo uczelnie, które nie dają łatwego wykształcenia nie mają zbyt wielu chętnych. Czyli: albo przestańcie wymagać, albo nie będziecie mieli pracy”.

.Tam gdzie liczy się rachunek ekonomiczny i najważniejsze jest to, żeby zgadzały się liczby w exelowskiej tabelce sama wizja tego, co ma mieć w głowie i jakim człowiekiem ma być ten, który kończy uczelnię w ogóle nie jest brany pod uwagę. A jeśli już, to w minimalnym stopniu i tylko aby wypełnić ministerialne minima. A to wyraźnie pokazuje, że nie o wykształcenie chodzi, lecz o zarobienie pieniędzy poprzez wydanie odpowiedniego dokumentu. Gra pozorów – w której studenci udają, że się uczą, wykładowcy udają, że tej wiedzy wymagają – sprawia, że zdobywane tytuły z roku na rok znaczą coraz mniej, zaś ich wartość maleje w  zastraszająco szybkim tempie.

Wachlarz argumentów – dlaczego pewnych rzeczy się nie da zrobić – jest ogromny. Czasem mam wrażenie, że powstają już na ten temat specjalne bryki. Nie zdziwię się, gdy w akademickiej księgarni znajdę książkę zatytułowaną: “Jak przekonać wykładowcę do pozytywnej oceny, gdy się nic nie umie i nigdy nie było na zajęciach”. Niestety to nie żart, lecz ponura konstatacja sytuacji, z którą niekiedy spotykam się w dyskusjach ze studentami.

Gdy pierwszy raz stanąłem przed studentami trzeciego roku dziennikarstwa nie mogłem się nadziwić, że prawie dwudziestoosobowa grupa nie potrafiła wspólnie wymienić pięciu wydarzeń z minionego tygodnia.

.Dużo czasu zajęło mi pojęcie tego, że to nie kwestia ich nieśmiałości czy braku odwagi by być tym, kto pierwszy zabierze głos, lecz zwyczajnie wynik tego, że oni nie mają pojęcia co się wokół nich w ogóle dzieje. Przecież wrócili dopiero z wakacji i  jakim prawem ktoś czegoś od nich chce. Miało być przecież omówienie zajęć i warunków zaliczenia, nie odpytywanie. Na szczęście przynajmniej u części studentów następuje w ciągu semestru otrzeźwienie. Z punktu widzenia katedry doskonale widać: kto jest zajęciami zainteresowany, kto chce z nich coś wynieść, kto chce (choć w małym stopniu) zrealizować to, co wykładowca ma do zaproponowania. Zza biurka widać, kto podczas zajęć chowa się za ekranem komputera, kto się z nich wyłącza i włącza do innego, równoległego wirtualnego świata. I to właśnie te osoby mają później największe pretensje, że warunki zaliczenia są wyśrubowane, zbyt ambitne, nie do zrealizowania. Zaczynają się negocjacje.

Najczęściej padający argument za tym, żeby przymknąć oko i wystawić pozytywną ocenę, na którą się nie zasługuje jest taki, że “ja i tak tego nie będę w życiu robił”. Jakby to miało być okolicznością łagodzącą, a nie jeszcze bardziej obciążającą. Zdarzyło mi się usłyszeć to kilka razy.

Ktoś mnie przekonywał, żeby mu po prostu zaliczyć przedmiot, bo on już pracuje zawodowo, zaś podczas studiów stwierdził, że kierunek, który studiuje jest nie dla niego. I właśnie dlatego do przedmiotu się nie przykładał i na niego nie przychodził, bowiem wie, że mu się to nie przyda. Wprowadzając powszechnie taką zasadę i takie rozumowanie można by dostać tytuł magistra czy licencjata dowolnej uczelni. Wystarczy powiedzieć, że tego się robić nie będzie. Choć tym bardziej nie sposób zrozumieć po co komuś właśnie taki tytuł i takie wykształcenie.

Ci, którzy jednak wiążą swoją przyszłość z kierunkiem, który studiują – stosują mniej wyrafinowane argumenty. Na mojej osobistej top liście są jeszcze dwa. Pierwszy to ten, który mówi, że “byłem na wszystkich zajęciach”. Zaliczenie miałoby być wtedy chyba taką nagrodą za to, że w ogóle raczyło się zaszczycić obecnością.

A drugi argument mój ulubiony, który słyszę na koniec każdego semestru brzmi: “mam jeszcze tyle innych egzaminów”. O czym to świadczy – nie muszę mam nadzieję tłumaczyć.

Moja “ulubiona” grupa studentów, to studenci zadziwieni i zaskoczeni. Zobaczenie miny studenta, który dowiedział się, że otrzymał ocenę niedostateczną – bezcenne. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że często dzięki temu w ogóle można tę twarz zobaczyć. A po drugie dlatego, że jest to zdziwienie w najbardziej czystej postaci. Być może dla wielu z nich to pierwsza sytuacja, że ktoś czegokolwiek od nich wymaga i stawia warunki nie tylko w założeniu i na papierze.

.Pierwszy rok ma zakorzenione nawyki z liceum. Wielu z nich nie wie czego i po co się uczy. Nie wie jak tę wiedzę można wykorzystać. Za to są świetnie wytrenowani w rozwiązywaniu testów, których ja nie stosuję przy stawianiu ocen. Im wyższy rocznik tym bardziej są już przyzwyczajeni do tego, że i tak wykładowca postawi pozytywną ocenę.

Niestety może być już tylko gorzej. Wiele wyższych uczelni poszło w tym roku w swoim ułatwianiu życia o krok dalej. Z roku na rok obniżane wymagania maturalne i tak dla co trzeciego maturzysty okazały się w tym roku za wysokie. I na to znalazł się sposób. Uczelnie zapraszają ich na studia bez matury. To, że nie nazywają ich nie studentami, lecz słuchaczami, którzy jak już w końcu zdadzą maturę będą mieli zaliczone kursy w których uczestniczyli, jedynie potwierdza moje czarne obawy.

Wykładowcy udają, że uczą. Studenci udają, że się uczą. Uczelnie udają, że zdobycie tytułu to coś wielkiego i znaczącego.

.Jeden z wieloletnich wykładowców na moją propozycję, by wprowadzić chociażby rozmowy kwalifikacyjne na niektóre kierunki, żeby przyjmować tych, którzy mają jakiekolwiek kwalifikacje do niektórych dziedzin, oburzył się i stwierdził z rozbrajającą szczerością, że nie można tego zrobić. Wie co mówi. Jest przekonany, że to nie pozwoliłoby studiować do najmniej co trzeciemu z obecnych studentów. To zaś oznacza, że on już dawno nie miałby pracy.

Jedyny trzeźwy w tej rzeczywistości jest rynek pracodawców, który już dawno zauważył, że musi prowadzić własną rekrutację, w której dyplom jest najmniej ważnym elementem. Dopóki studenci i uczelnie tego nie dostrzegą i nie zrozumieją – nie mamy co liczyć na sytuację, w jakiej są studenci renomowanych uczelni zachodnich. Tam najlepsi absolwenci od razu mają do dyspozycji kilka ofert pracy. To o nich rynek pracy zabiega, nie odwrotnie. Pieniądze za czesne powinny gwarantować najwyższą jakość nauczania, a nie najłatwiejszą formę zdobycia dyplomu.

Marek Kacprzak

21

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jack Talikowski napisał(a):

Wszystko jest kwestją motywacji. Lekarz – nie ma motywacji żeby pacjenta wyleczyć, policjant – zeby ująć złodzieja, adwokat – zeby szybko zakończyć sprawę, uniwersytet – aby absolwent znalazł pracę. Płaćmy za efektywność a nie za bicie piany.

Lil napisał(a):

Choć z wieloma wnioskami należy się zgodzić, proponowałabym najpierw troszeczkę zastanowić się nad jakością własnego wykształcenia, zdobytego przecież “w trudach i znojach prawdziwego, dawnego, studiowania” – jeśli jest się dziennikarzem zatrudnionym w tylu różnych mediach, notabene samych komercyjnych, osobą pracującą słowem, należałoby UMIEĆ PISAĆ PO POLSKU, czyli poprawnie. Nie doczytałam tego tekstu, ponieważ trudno mi było przebić się przez zdania złożone, a niemające przecinków w odpowiednich miejscach, zdania zawierające pleonazmy itd.
Natomiast prezentowana przez Pana postawa całkowitego lekceważenia studentów, w tym tych, którzy są zdolni, ambitni i mają jasne cele (mimo że pewnie zaprzeczyłby Pan gorąco), jest przerażająca. Jeśli Panu coś się w życiu udało, a miał Pan dużo łatwiejszy start, przydałoby się trochę pokory. Wobec siebie i innych. Z powodu upowszechnienia wykształcenia osoby, które powinny się rozwijać, zdobywać kolejne szczyty, które wypadałoby docenić, giną w morzu miernoty, ignorancji, a ze strony takich osób jak Pan oraz pracodawców – nepotyzmu, głupoty i obłudy.
Ja również, jako doktorantka, prowadzę jeszcze czasem zajęcia i wie Pan, nie mam takiego poczucia sztucznie nadmuchanej wyższości. Choć wiem doskonale, że w każdej grupie, z którą się spotkam, 3/4 to ludzie z przypadku, nienadający się na studentów, potem absolwentów tego kierunku, choć wiem, że edukacja już w latach 90. została postawiona do góry nogami, to jednak daję z siebie tyle, ile powinien dawać wykładowca (i to za darmo, ponieważ w tym kraju bardziej opłaca się być ulotkarzem). Pan pewnie zarabia mnóstwo pieniędzy, a tacy jak ja tracą już motywację, dlatego że harują nad kolejnymi publikacjami, grantami, rozwijaniem swoich kompetencji, a w nagrodę od uniwersytetu, rządu dostają cudowne życie w postaci biedy oraz braku wynagrodzenia za cokolwiek. Mimo to nie robię nikomu łaski, nie zaszczycam studentów swoją “wszechwiedzą”. Popracujmy najpierw nad własnymi niedociągnięciami, a później bądźmy sędziami innych.
A Panu Filipowi Lachertowi “gratuluję” pomysłu na biznes – nie ma jak człowiek z pokolenia X, który dochrapał się stołka i teraz pokazuje polaczkom po krajowych uczelniach, gdzie ich miejsce. Generalizacja jest cechą znamienną ludzi z Pana pokolenia i tylko przez jakiś czas będzie Wam to uchodziło na sucho. Jeśli daje Pan szansę wyłącznie ludziom po obcych uczelniach, czyli po prostu osobom z bogatych rodzin, które było stać, by studiować za granicą, to nic dziwnego, że w Polsce dzieje się coraz gorzej. I jeszcze jedno – uczelnie to nie trochę lepsze zawodówki, żadna nie przygotuje nawet w 50% do pracy na danym stanowisku, zwłaszcza że każde jest inne, specyficzne. Uniwersytety i pokrewne mają dawać pewne kompetencje i część wiedzy i umiejętności w konkretnym obszarze. Pracodawcom coś się pomieszało w ostatnich latach w tym względzie. Podobnie sprawa się ma z wywyższeniem nauk ścisłych, kierunków technicznych.

ill napisał(a):

Szanowna Pani “Lil”. Dostrzegam z niepokojem, że poziom Pani frustracji sięgnął szczytu. Pozwolę sobie tej frustracji nie podzielać, ponieważ lata studiów doktoranckich były dla mnie okresem finansowego komfortu, w którym mój portfel miał się doskonale. Skoro, jak Pani twierdzi, tak usilnie haruje Pani podczas studiów, uczelnia powinna natychmiast to dostrzec i docenić. Dobrze wiemy, że na tle dzisiejszych doktorantów nietrudno się wybić, ponieważ na studia doktoranckie przyjmuje się zdecydowaną większość kandydatów. O stypendium doktoranckie również nie jest trudno, nie mówiąc już, że osoba o Pani kompetencjach, posługująca się polszczyzną bez skazy, powinna zostać dostrzeżona nawet przez MNiSW lub inne NCNy, FNPy z ich Etiudami, Preludiami itp. Ale… przepraszam, do tego trzeba posiąść umiejętność czytania ze zrozumieniem. Pani reakcja każe myśleć, że utożsamia się Pani z grupami, które przez pana Kacprzaka zostały świetnie opisane. Proszę się jednak nie martwić – pan Kacprzak Pani nie zaatakował. On tylko zdiagnozował – również to, co nam Pani zaprezentowała powyżej. To nie Pan Kacprzak, ale Pani stawia się ponad innymi. Pani tyrada nie świadczy o kompetencjach – przypomina raczej tupanie nóżek małej dziewczynki, której odmówiono lizaka, który przecież właśnie jej i tylko jej się należał. Może warto zrezygnować z postawy roszczeniowej, zacisnąć pięści i postarać się bardziej, by poprawić swój los? Atak na pana Filipa jest dodatkowo niesmaczny – myślę, że może nie mieć Pani pojęcia nawet o założeniu własnego interesu, a śmie Pani punktować przedsiębiorcę, który może zatrudnić, kogo zechce. Nie dziwota, że nie jest zainteresowany rodzimym narybkiem, skoro wypuszcza się na rynek ludzi o Pani postawie. Wygląda na to, że jest Pani dzieckiem swojego pokolenia, taką samą osobą, jak te wszystkie, o których pisał pan Kacprzak. Życzę odrobiny pokory i powściągliwości. Swoją drogą, Pani również nie uniknęła błędów interpunkcyjnych. Życzę zdroworozsądkowej refleksji i odrobiny dystansu do siebie. Pozdrawiam

arq napisał(a):

Ta sytuacja miejsce od ładnych 10 lat. Matoły, którym “każą” studiować, matoły które zajmują miejsca biedniejszym, matoły które śmiejąc się w twarz idą na zaoczne(nie dlatego, że nie mają czasu lecz dla pewności, że są nietykalni). W tym cyrku biorą udział też rodzice tzn. wyślą synalka/córunię na Wyżsżą Szkołę Wiązania Krawatów, niestety nawet tam nie dają radę i zaczyna się litania: czepił się, “syn był za mądry i wykładowca go nie rozumiał, dlatego nie zdał”(autentyk).

Adrian napisał(a):

Ten tekst nie wnosi nic nowego do dyskusji nt. studiów w Polsce. Jedno jest pewne, to nie wina studentów w jaki sposób wygląda obecny system edukacji w naszym kraju, ale ludzi, którzy w tym systemie tkwią i go kreują od dłuższego czasu. Dokładając cegiełkę do “generalizacji” jaką propaguje ten tekst i wiele komentarzy pod nim, zakładam, że liczba marnych studentów jest wprost proporcjonalna do marnych wykładowców. Na tzw. Zachodzie, wykładowców się zwalnia tak jak w każdej, szanującej się organizacji działającej na rynku komercyjnym. Zwłaszcza, gdy ich zaangażowanie spada, a wiedza nie jest uaktualniana. W Polsce zawód wykładowcy trwa nieraz całe życie, a sam światek “profesorów” jest zamknięty dla młodych, o wiele bardziej inteligentnych osób, które niejednokrotnie mają wystarczający potencjał na dobrego wykładowcę w wieku choćby 30 lat.

U nas studentom zaleca się chodzenie na masę bzdurnych wykładów, niemających styczności z rzeczywistością czy ze światem biznesu. Uczy się z pożółkłych kartek, często bez przygotowania do prowadzenia profesjonalnych prezentacji – nie wspominając już o materiałach dydaktycznych. Potem wykładowcy narzekają, że ludzie nie mają ochoty na naukę.

Biznes przestał patrzyć na dyplomy nie ze względu na kandydatów, ale ze względu na świadomość jakości wiedzy, jaką otrzymują od wykładowców. Ludzie, którzy zatrudniają też studiowali w Polsce – wiedzą jak było, a niewiele się zmieniło od wielu, wielu lat. Tkwimy wciąż w tym samym marazmie, posiadając uniwersytety zajmujące bardzo odległe miejsca w światowych rankingach. Taka sytuacja nie powstała 5 lat temu, taka sytuacja zaczęła się kilkadziesiąt lat temu i trwa do dziś.

Maryna napisał(a):

Bardzo dobry tekst.

Uważam, że to jak wygląda dziś szkolnictwo wyższe, było parę dobrych lat temu dobrze przemyślane. Wygląda na to, że mieliśmy sztucznie podnieść poziom wykształcenia społeczeństwa, by dorównać innym krajom. Mam na myśli tu oczywiście licencjat, dyplom inżyniera i niestety często dyplom magistra. Teraz, gdy już ich liczba pęka w szwach, a absolwenci nie mają pracy, następuje powoli odwrót. Z powrotem wprowadzono obowiązkową maturę z matematyki (fakt że dziś wystarczy mieć 30%, żeby ją zdać – ale to się wkrótce zmieni), a patrząc na założenia nowej matury (2015) już nie jest tak do śmiechu. O prezentacji z j. polskiego można zapomnieć, a matura z biologii, chemii czy historii będzie polegała na dedukcji. Te zmiany spowodują, że uczelnie dostaną trochę inny narybek niż przez ostatnie lata. Czy to jest szansa dla uczelni? Czy wszystkie uczelnie się utrzymają? Czy rozwiązanie niektórych było wcześniej wliczone w koszty?

Wykładowcy to osobny temat. Ci rzetelni i uczciwi potrafią odróżnić, czy zaliczają przedmiot za 3% czy za 50% wymaganej wiedzy. I żadne ostrzeżenia typu “nie będzie studentów czy pensum” nie mają na nich wpływu. Natomiast inni w zamian za piątki w ankietach nie stosują żadnej wymagalności. I biznes się kręci: studenci są, nagrody są, wszyscy są zadowoleni. Szkoda tylko że ta kpina dzieje się za publiczne pieniądze.

Ale wracając do początku: jeśli to wszystko było wcześniej tak dobrze zaplanowane, to nie ma o czym dyskutować.

mentals napisał(a):

Artykuł jest drastyczny i prawdziwy niestety. W swojej “karierze” akademickiej miałem zaszczyt być studentem 3 czołowych uczelni w Polsce. Ocalałem (tak mi się wydaje) bo przeszedłem obok studiów, bo zaliczałem na 3+, bo nigdy, przenigdy im nie zaufałem. Zajmowałem się sportem, podążałem własnymi ścieżkami intelektualnymi. Byłem w ogonie jak chodzi o średnią, zaliczałem w drugich terminach, ale mimo tego gdy znalazłem się sam na sam w gabinecie z profesorem potrafiłem zadać pytanie, które rozpalało dawno zgasłą iskrę w jego oku. Potem on rzucił jedno nazwisko, wizyta w bibliotece, lektura i… moje życie praktycznie zmieniło swój bieg.

Nie znam recepty na naprawę polskiego systemu szkolnictwa wyższego. Wiem tylko, że szkodliwe jest patrzenie na niego całościowo i wdrażanie odgórnych rozwiązań. W systemie tym pływa sporo diamentów tak po stronie studentów jak i profesorów. Coś sprawia jednak że wszyscy są sobą nawzajem zmęczeni. Nie wierzę też w technokratyczne rozwiązania i odsiew przez punkty maturalne czy ects. Uniwersytet chyba potrzebuje różnorodności: sportowców, kujonów a także tłumoków. Tylko wszystkim musi się chcieć.

Piotr Rusewicz napisał(a):

Jestem absolwentem studiów wyższych, a jednak “wszystko co najważniejsze” zostało przeze mnie poznane… z przypadku lub wrodzonej ciekawości. Pomimo istnienia w topie studentów nie oferowano nam sensownych staży, nie oferowano nam dobrego przygotowania merytorycznego, nie oferowano nam dodatkowych kursów. Najlepsi na dodatkowych zajęciach z języków nie mieli możliwości do przechodzenia na wyższe poziomy w innych grupach. Utrudniano nam praktyki i oferowano śmieszne harmonogramy.

Gdyby nie to, że pracowałem przez ten cały czas, że poznałem fantastycznych przyjaciół, że uczestniczyłem w różnych projektach, że byłem wciąż zafascynowanym sztuką dzieciakiem, który uczestniczył w konkursach komiksowych i literackich – zmarnowałbym 5 lat życia. Studia były dla mnie drogowskazem, cennym, ale zbyt drogim, zbyt czasochłonnym i zbyt chaotycznym, żeby były warte swojej ceny.

Nie w dobie samodzielnej edukacji, nie w dobie Internetu, nie w dobie XXI wieku.

Filip Lachert napisał(a):

Studiowałem pod koniec lat ’90 przez długi okres na #SGH. Rok później rozpocząłem pracę. Pracodawca był bardzo elastyczny jeśli chodzi o grafik pracy – niestety uczelnia nie tyle była nieelastyczna, co kompletnie nie chcąca współpracować ze studentem. Grafik zajęć rozbity od 8 do 20.40 z wieloma okienkami, zmieniany w ciągu roku akademickiego, wielogodzinne koczowania pod gabinetami profesorów w błahych sprawach. Od strony merytorycznej? Wiele przedmiotów bardzo słabych, prowadzonych przez ludzi, którzy nigdy nie powinni uczyć – na wykładach ograniczających się do cytowania swoich skryptów. Bardzo szybko doszedłem do wniosku, że w pracy uczę się dużo więcej – nie tylko umiejętności praktycznych – u pracodawcy dostęp do wiedzy również był znacznie łatwiejszy niż na niewydolnej organizacyjnie uczelni. Mimo wszystko próbowałem skończyć studia – skoro włożyłem tyle wysiłku by się na nie dostać, że chciałem uzyskać papier magistra. Zakończyć ten etap życia i uzyskać dostęp do ciekawszych studiów podyplomowych. Niestety nie udało się. Ani w trybie dziennym, ani w trybie zaocznym. Teraz mam trochę więcej czasu i postanowiłem wznowić studia – na innej uczelni. Liczę, że tym razem się uda ale moje oczekiwania wobec studiów są już naprawdę niskie.
Zdarza mi się przeprowadzać rekrutację do zespołu którym kieruję. Praktycznie z założenia nie przyjmuję absolwentów studiów w Polsce. Po wielu próbach współpracy z magistrami doszedłem do wniosku, że studia dają bardzo małą wartość dodaną, zabierają natomiast najciekawsze 5 lat z życia. Studia dla młodych są teraz przechowalnią – sposobem uniknięcia wejście w dorosłe życie i wręcz młodych ludzi psują. W zamian za to przechowanie młodzież płaci wysoką cenę – wtłoczenia w sztywne ramy i harmonogramy uczelni, która nie jest zgodna z ich zainteresowaniami, która kształci ludzi niepotrzebnych na rynku pracy i która swoich studentów nie szanuje. Takie studia rozleniwiają intelektualnie, uczą kombinowania a nie rozwiązywania problemów, tępią umiejętność otwartego myślenia i posługiwania się nabytą wiedzą. Oduczają zaradności – wszechwładna “pani z dziekanatu” interpretująca kompletnie niejasne procedury uczelni zgodnie ze swoim widzimisię – uczy postawy klienckiej wobec biurokracji i zastanych struktur. Oczywiście nie wszystkich i na pewno nie na wszystkich kierunkach, ale niestety tak jest w przypadku wielu osób.
W dodatku, co jest już szczytem perwersji systemu edukacji wyższej absolwenci mają świadomość, że ich studia w oczach pracodawców są nic nie warte, co skutkuje zaniżaniem własnej samooceny i dziwaczną postawą zbitego psa na postępowaniach rekrutacyjnych.
Bardzo liczę na to, że oblanie matury przez 30% startujących doprowadzi do otrzeźwienia – zamknięcia wielu uczelni wyższych, które nigdy nie powinny były powstać, bo obsługiwały rynek fikcyjny. Świadczyły bardzo sztywną usługę edukacyjną dla ludzi, którzy nigdy nie powinni byli dać się zamknąć na 5 lat w sztucznym świecie akademickim. Te 30% ludzi powinno iść do pracy połączonej z kursami zawodowymi (nie trzy czy pięcio letnimi!!!) które ułatwiłyby im rozwój kariery zawodowej. Kursy na dobrym poziomie traktujące kursantów jak ludzi dorosłych i odpowiadające na prawdziwe potrzebom rynkowym. Nic nie stoi na przeszkodzie by maturę czy studia zrobili w późniejszym terminie – jeśli faktycznie będzie im ona do czegoś potrzebna.

Jan Piotr Ziółkowski napisał(a):

Czy to, co Pan proponuje, rozwiąże problem młodych ludzi, który polega na tym, że im się po prostu nie chce? Studiowałem przez pięć lat (IPS UW) i przykładałem się do nauki, bo mi się chciało. Poszedłem do pracy i sprawdziłem się, bo mi się chciało. Nie dlatego, że skończyłem studia. A że je skończyłem, nie żałuję, bo były po prostu ciekawe i warto były spędzić na nich 5 lat, przy okazji angażując się w wiele cennych inicjatyw, na które dziś już nie mam czasu.
Gdyby każdy postawił sprawę uczciwie: “wchodzę w to i będę studiował” albo “olewam, bo to jest do niczego”, to sytuacja wyglądałaby o wiele lepiej.
I według mnie tu chodzi właśnie o ogólną postawę w życiu: czy mi się chce, czy nie. A taki “tumiwisizm”, “jakośtobędzizm”, który wytykał już choćby Witkacy jako narodową wadę Polaków, jest niezależny od tego, ile stopni edukacji ktoś przeszedł. I jest katastrofalny zarówno w szkole średniej, wyższej, jak i w pracy. Im człowiek starszy, tym gorsze to ma skutki.

Filip Lachert napisał(a):

Nie ma jednego rozwiązania problemu dla wszystkich. Ale to, co zrobiono z systemem edukacyjnym to właśnie próba wmuszenia jednej drogi wszystkich młodym – taki system zero jedynkowy gdzie wybór jest między kontynuacją nauki na studiach a zakończeniem jej na poziomie średnim ogólnym. Masowy i sztucznie pompowany napływ absolwentów na uczelnie częściowo przyczynił się do zniszczenia systemu wyższych szkół zawodowych – sztucznie zaniżył popyt na ten typ szkolnictwa.
Natomiast utrzymywanie osób niezainteresowanych studiami na uczelniach sprzyja dezaktywacji zawodowej i życiowej – wciąż pokutuje pogląd, że skoro ktoś jest na studiach (głównie dziennych), choćby kompletnie nic na nich nie robił to powinien być utrzymywany przez rodzinę. (Wiem – trochę naciągany argument absolutnie nie opisujący całej populacji studentów :) ) I działa sprzężenie zwrotne – uczelnie mają marnych studentów, którym mogą oferować marną edukację zorganizowaną w skandaliczny sposób, a studenci nie wywierają presji na uczelnie by te się zmieniły.

Proszę mnie dobrze zrozumieć, bo po reakcjach na mój komentarz widzę, że bardzo wiele osób odbiera go bardzo osobiście.
Nie piszę o wszystkich kierunkach, na wszystkich uczelniach i o wszystkich studentach. Mamy w Polsce bardzo dobre uczelnie techniczne kształcące świetnych fachowców. Mamy bardzo dobre uczelnie humanistyczne kształcące m.in. artystów. Nie mamy dobrej oferty edukacyjnej dla ludzi, którym tytuł magistra nie jest potrzebny. Piszę z jednej strony o ludziach, którzy nigdy nie powinni byli znaleźć się na studiach, bo nie są im one potrzebne i nie mają odpowiednich kwalifikacji, a z drugiej o słabych, niezreformowanych uczelniach, które nie widzą powodu by się zmieniać.

I jeszcze element prywatny, bo też jest mi to wytykane. Studiowałem 7 lat – tak jak dawało mi się to pogodzić z pracą i rodziną. Nie skończyłem studiów z powodów organizacyjnych – czasem nie dawało się pogodzić sesji z pracą. Ale studiując starałem się przykładać do wybranych przedmiotów. Zaliczonych mam ich bardzo dużo – zazwyczaj z przynajmniej dobrymi stopniami.

Jacek Lewicki napisał(a):

Studia, które “rozleniwiają intelektualnie, uczą kombinowania …” w zasadzie nie powinny być nazywane studiami wyższymi. Niestety, ale chcąc podnosić poziom wykształcenia w społeczeństwie popełniono kilka błędów. Można o nich wiele mówić, ale w skrócie sprowadziły się one do podejścia, że wszystkie studia, wszystkie uczelnie i wszyscy studenci są identyczni (a choćby krzywa Gaussa temu przeczy). Akademickie studia sprzed lat zostały punktem odniesienia. Do tego stopnia, że w okresie wyżu wielu szkołom wyższym zapragnęło się być uniwersytetami… Chcąc podnosić poziom wykształcenia obywateli, poziom ich kompetencji nie tylko musimy mówić o uczeniu się przez całe życie, ale dawać narzędzia do tego. Na pewno rola uczelni w LLL jest ważna, tylko musimy jasno postawić sprawę – różne rozwiązania dla różnych osób. Wyższe szkoły zawodowe niech kształcą w profilach praktycznych – naprawdę praktycznych, przede wszystkim na I stopniu; uczelnie aspirujące do statusu badawczych niech skupią się na bardziej elitarnych i wymagających studiach powiązanych z badaniami itp. itd. Nic nie stoi na przeszkodzie by uczelnie prowadziły kursy nie dające literek przed nazwiskiem, lecz uzupełniające potrzebne kompetencje. Należy w końcu określić miejsce tzw. 5 poz. w SzW, jako szansy dla tych, którym studia licencjackie nie są potrzebne, czy po prostu jeszcze są na nie zbyt słabi.
Nie jest wstydem być wyższą szkoła zawodową bez studiów magisterskich i uprawnień akademickich i badań naukowych, jeżeli to co się robi, robi się rzetelnie.
Zgadzam się z Panem, że oblana matura może doprowadzi do otrzeźwienia; zgadzam się też co roli kursów itp. Przy czym mam jedno zastrzeżenie, należy przed młodzieżą sprawy stawiać jasno, uczyć odpowiedzialności oraz pomagać podejmować możliwie optymalne decyzje dotyczące dalszej edukacji.

Filip Lachert napisał(a):

Zgadzam się z panem w 100%.
Dodatkowo – w Polsce brakuje “planowania edukacji”. Nikt z uczniami w szkołach średnich czy nawet wcześniej nie rozmawia na serio o tym, jakie mają opcje. Dominuje przepychanie ucznia dalej – tak by przestał być odpowiedzialnością szkoły. i niech idzie na studia. A to, jak sobie na tych studiach poradzi i czy w ogóle powinien na nie pójść interesuje niewielu. Pojawia się klasyczne polskie “jakoś to będzie”. Skończysz szkołę, pójdziesz
na studia i albo je skończysz albo nie. Ilość zasobów jaka jest
marnowana przez takie podejście w skali systemu musi być porażająca.

Sylwia Borska napisał(a):

Ten tekst jest dla mnie jak lustro odbijające rozmowy, które bardzo często prowadzę na temat dydaktyki. Najbardziej bolesna jest nie sama smutna rzeczywistość ale bezsilność wykładowców wobec niej. W pełni zgadzam się z Panem J.Lewickim, dydaktyka zajmuje nam bardzo dużo czasu a jednocześnie jest bardzo słabo punktowana w ocenie nauczyciela akademickiego. Liczą się osiągnięcia naukowe, na które zaczyna brakować czasu, gdy zalewa nas coraz większa fala studentów przyjmowanych bez opamiętania. Niestety poziom wiedzy młodych ludzi spada z roku na rok, za to roszczenia rosną w tempie geometrycznym. Tak jak pisze autor – dotyczy to głównie studentów, którzy płacą za naukę. Nie podoba mi się system, w którym mają miejsce naciski na pobłażanie i przepuszczanie (..bo nie możemy zniechęcać ..bo przecież z tego są pieniądze ..bo sobie pójdą gdzie indziej itp. itd.). Z reguły prowadzący zajęcia nie widza tych całych “pieniędzy”, za to są zmuszeni wykonywać bezsensowną orkę na ugorze. To wypala zawodowo. Jednocześnie poraża świadomość, że ludzie, którzy nie nadają się na studia, prawdopodobnie skończą je z dyplomem dającym określone prawa. Tym bardziej przerażające jeśli dotyczy to uczelni medycznej.. Oczywiście są również niekompetentni wykładowcy, to zupełnie odrębny i równie poważny problem. Pytanie – kto to może zmienić? Na pewno nie “szeregowy” pracownik naukowy.

J.Lewicki napisał(a):

Z pewnością nałożyły się różne problemy. I po stronie studentów – jak wskazano w powyższym tekście – i po stronie wykładowców, z których wielu o etyce zawodowej chyba nie słyszała. Na pewno dużym problemem pozostają rozwiązania systemowe, ale też zmiany społeczno-kulturowe.
Pamiętajmy, że na uczelniach publicznych etaty w głównej mierze zależą od dydaktyki tzn. archaicznej konstrukcji dość sztywnego pensum = liczby studentów (pomijam takie kwestie jak kosztochłonność, zniżki w pensum itp.), ale awanse zależą od pracy naukowej. Etaty naukowe? owszem, ale głównie z grantów… Słabo nagradza się dobrych dydaktyków. W uczelniach utrzymujących się z czesnego sytuacja jest prosta, a w okresie boomu edukacyjnego była nawet przyjemna. Niestety za czasów wyżu, także duże uczelnie akademickie uległy umasowieniu studiów, zamiast skupić się na badaniach, zwiększały liczbę przyjmowanych i (o zgrozo) rozbudowywały za fundusze unijne bazę dydaktyczną nie patrząc za co ją w przyszłości utrzymają…
No a studenci? Oni też się nie biorą z kosmosu…liceum, matura, rekrutacja …. I na szczęście nie wszyscy są tacy sami, zresztą jak w każdym pokoleniu ….

wojo napisał(a):

Panie Marku pozdrawiam wieczornie:) Chory cały system:( jednak student pierwszego roku to tylko efekt kształcenia ze szkoły niższego szczebla:( po maturze – pseudo teściku kompetencji…dalej nauczyciel akademicki musi sam siebie oszukiwac…wystawiając pozytywne oceny bo: BRAK studentów to brak pensum a to zwolnienie z pracy:( system chory a nikt nie jest w stanie przeciąć tego wrzodzika a ropa się leje…rozdrobnienie uczelni, setki gronostajowych..(teraz królikowych) Walka, konflikty w uczelniach przerost biurokracji, non stop do wypełniania sterty sprawozdań, raporty..w Polsce wszyscy wszystkich kontroluja MNiSW, PKA, CK ds stopni itd. stalinowskie twory, zmurszałay system i nikt nie odcian się od tego..a ten rozwojowy ambitny asystent (ten co kreuje swój doktorat i studiuje literaturę, jeżdzi na seminaria, konferencje i badania) zasuwa na ryneczek bo z pensji 1800 zł z rodzina da się żyć..u mamy, taty, teściów itd. zaklęty krąg niemożności a POLITYCY w komisji zajmują się innymi WAŻNYMI z ich perspektywy sprawami…konia z rzędem temu kto widział jakieś członka komisji sejmowej lub senackiej w uczelniach..tam na dole..oni się tego brzydzą:) ja zapraszam…może Pan jakiś mały reportaz..może cos o obietnicach PO sprzed 7 lat o grantach edukacyjnych i innych “stratosferycznych” dyrdymałach

Paulina Matysiak napisał(a):

Zgadzam się – przerażająca diagnoza obecnej sytuacji na wyższych uniwersytetach. Dopóki jednak sami wykładowcy będą pobłażać studentom, dopóty nic się nie zmieni, a dyplom będzie symbolem… no właśnie, chyba już dawno przestał być symbolem czegokolwiek.

Mistewicz napisał(a):

Dla mnie chyba jeden z najbardziej przerażających tekstów. Co ważne, mam wrażenie, że jest prawdziwy. Widzę to po rynku pracy, po ludziach, których poszukuję do projektów. Może jeden procent studiujących lub niedawnych absolwentów to ciekawe osoby, o szerokich horyzontach, dobrze wyedukowane, znające świat, kulturalne w obyciu. Z czegoś to się bierze… Z tekstu wynika niestety z czego – straty czasu na często fikcyjnych studiach. Na pewno warto podyskutować nad tezami Pana Marka. Wcześniej czy później taka rozmowa będzie nie do ominięcia.

Tomek Aleksandrowicz napisał(a):

Gorzki i smutny tekst, prawdziwy niestety. Wiele jest przyczyn takiego stanu rzeczy (warto o tym porozmawiać na poważnie). Widzę trzy podstawowe: znakomita część studentów nigdy nie powinna trafić na sale wykładowe z braku predyspozycji do podjęcia studiów wyższych; bardzo zły sposób kształcenia w szkole średniej (testy, klucze do tekstu etc) i wreszcie coraz większa, rosnąca z roku na rok biurokracja w szkołach wyższych. To na pewno nie wszystkie przyczyny, komercjalizacja też robi swoje. Jeden z Profesorów (tak, przez duże P!) nauczył mnie pewnego grepsu: otóż student przychodził do niego na egzamin z kierunkowego przedmiotu kilka razy. Wreszcie, po kolejnej porażce, nie wytrzymał i wypalił: ja za to płacę i wymagam, żebym dostał dyplom! Nie – odparł spokojnie Profesor – pan płaci za to, żebym ja wymagał od pana…

Marek napisał(a):

Rozmawiać trzeba, ale jak odpowiedzieć na argument, że kiedy podniesie się wymagania zamkną kierunek, bo nie będzie studentów…

Tomek Aleksandrowicz napisał(a):

To właśnie efekt komercjalizacji robionej bez głowy, wyłącznie z chęci zarobienia pieniędzy. Jeśli przypomnimy sobie ideę uniwersytetu to pora zadać pytanie – co z niej zostało?

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam