
Gdy świat stał się liczbą
W książce „Gdy świat stał się liczbą”, wydanej w Polsce nakładem Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, Olivier REY analizuje, jak statystyka zmieniła nasze rozumienie rzeczywistości i sposób organizowania życia społecznego. Francuski filozof i matematyk pyta, dlaczego wskaźniki coraz częściej zastępują osobiste doświadczenie oraz co mówi o nas potrzeba mierzenia niemal wszystkiego. Publikujemy fragment książki w przekładzie Krzysztofa Malagi, pod redakcją naukową prof. Aleksandra Surdeja.
I. Imperium liczby
Liczby jeden, dwa i trzy są wyjątkowe. Nie tylko dlatego, że są trzema pierwszymi, ale również dlatego, że ledwie są one liczbami. Jeśli ktoś rzuci zapałki na stół przed nami i zapyta, ile ich jest, przy liczbie do trzech możemy odpowiedzieć niemal natychmiast, ale od czterech w górę pierwszy rzut oka pozwala nam jedynie na przybliżone oszacowanie, przypuszczenie, którego niejasność rośnie wraz z liczbą i które możemy uściślić jedynie poprzez liczenie. Niektóre ludy w ogóle nie praktykują dokładnego liczenia powyżej trzech. Pirahã, łowcy-zbieracze z Amazonii, znają słowa oznaczające tylko jeden i dwa. Inni mieszkańcy Amazonii, Mundurucu, liczą dokładnie tylko do pięciu. Potem rozpoczyna się panowanie „wielu”.
Te egzotyczne przykłady podkreślają, na zasadzie kontrastu, ogromne znaczenie liczb w naszej cywilizacji. Nazywa się to kwantyfikacją świata. Można by również mówić o „uliczbowieniu” – w odróżnieniu od „digitalizacji”, która odnosi się do kodowania danych w celu przetwarzania komputerowego. Wbrew pozorom 0 i 1 w informatyce nie są liczbami, lecz symbolami kodu binarnego. To, że zdecydowaliśmy się je zapisywać akurat jako 0 i 1, a nie na przykład, a i b, □ i ∆ czy jakąkolwiek inną parę symboli, niewątpliwie wskazuje na to, że digitalizacja nie nastąpiłaby bez wcześniejszego „uliczbowienia”, które polega na kwantyfikacji coraz większej liczby aspektów naszego doświadczenia rzeczywistości. Niemniej jednak pozostaje to odmiennym zjawiskiem (angielskie słowo digitization utrudnia pomyłkę).
Na początku było Słowo; wydaje się, że ostatecznie wszystko musi stać się liczbą. Tam, gdzie kiedyś stały słowa, teraz pojawiają się liczby (lub krzywe, mapy i diagramy z nich wynikające). Kiedy to, co kiedyś dawało wskazówki w życiu, zostało nadszarpnięte przez krytykę, kiedy indywidualne doświadczenie nie jest już współmierne do społeczeństw zbyt rozległych, zbyt złożonych i zbyt zmiennych, liczby stają się ostatecznymi gwarantami rzeczywistości, nie tylko kalibrując świat, ale i kolonizując nawet najbardziej intymne sfery. Mówimy o skwantyfikowanym „ja”. Zdrowie nie jest już tym, co czujemy, lecz tym, co potwierdzają pomiary. Kiedy pracownik umysłowy, chcąc zrekompensować siedzący i nienaturalny tryb życia przed ekranem, wychodzi pobiegać wieczorem lub w weekend, jego relacja ze światem pozostaje tak silnie zapośredniczona przez liczby, że nawet w chwili relaksu, gdy do głosu mogą dojść atawistyczne zdolności ciała, zakłada opaskę połączoną z siecią lub korzysta z aplikacji. Liczy ona kroki, monitoruje tętno, mierzy przebyty dystans i zużytą energię, a następnie przedstawia wyniki na wykresach wydajności. Bez tego nie miałby pewności, że naprawdę pobiegał — jakby wysiłek, którego nie zmierzono, nie „liczył się”.
W życiu publicznym panowanie liczb jest jeszcze bardziej wszechobecne. Nikt nie może poważnie mówić o stanie społeczeństwa ani dyskutować o polityce bez odwoływania się do danych ilościowych dostarczanych przez organizacje, instytucje i agencje specjalnie poświęcone ich produkcji: wskaźników wzrostu, stóp bezrobocia, wskaźników inflacji, wskaźników zadłużenia, wskaźników deficytu, indeksów giełdowych, statystyk przestępczości, danych budowlanych, danych dotyczących handlu zagranicznego, danych dotyczących imigracji itd. Traktat z Maastricht, który wszedł w życie w 1993 r., stanowi, że w każdym państwie członkowskim Unii Europejskiej stopa inflacji nie może przekraczać o więcej niż 1,5 punktu procentowego średniej stopy inflacji trzech państw członkowskich o najniższej inflacji; deficyt budżetowy musi utrzymywać się poniżej 3% produktu krajowego brutto; a dług publiczny nie może przekraczać 60% produktu krajowego brutto. Po raz pierwszy w historii państwa zjednoczyły się wokół danych statystycznych, podniesionych do rangi wyraźnie określonych elementów porządku prawnego.
Oczywiście, dominacja statystyki jest powszechnie krytykowana. Statystykę często oskarża się o przedstawianie bardzo ubogiego, zawężającego obrazu rzeczywistości. Weźmy na przykład produkt krajowy brutto: krytykuje się go między innymi za ignorowanie tak istotnego sektora jak praca domowa, za pomijanie szkód środowiskowych powodowanych przez działalność gospodarczą oraz za brak pomiaru rzeczywistego dobrobytu ludności. Jak można zaradzić tym niedociągnięciom? Powołuje się komisje ekspertów, których zadaniem jest opracowanie nowych „wskaźników”, które uwzględnią ostatecznie jakość życia jednostek lub zrównoważony rozwój. Innymi słowy, podejmuje się wysiłki, aby skorygować wady istniejących statystyk poprzez rozszerzenie ich zakresu, umożliwiając im objęcie oceną obszarów, które wcześniej pozostawały poza ich zasięgiem. Dzieje się tak, ponieważ tylko realia skwantyfikowane i zagregowane w statystyce wydają się godne uwagi.
Zwykły obywatel żyje w świecie ukształtowanym przez liczby; otrzymuje ich codzienną dawkę, ale wciąż może sobie pozwolić na ignorowanie ich w swoich osądach, a nawet na ich wyśmiewanie. Ta swoboda maleje wraz ze wzrostem statusu społecznego. To nie osobiste doświadczenie, lecz statystyki stanowią podstawę rozumowania i decyzji ludzi uznawanych za oświeconych i odpowiedzialnych. W ten sposób rzeczywistość ma tendencję do rozpływania się we wskaźniku, który miał nas o niej informować, a sama rzeczywistość staje się już nie punktem odniesienia, lecz jedynie uzupełnieniem statystyk. Nietzsche krytykował idealistyczne filozofie i religię za tworzenie „innych światów”, wobec których świat rzeczywisty był jedynie ich zniekształconym i niespójnym odbiciem.
Dziś to statystyki nadają rzeczywistości swoistą nierealność. Dobrym przykładem jest sytuacja z kwietnia 2012 roku, kiedy François Hollande, kandydat na prezydenta Francji, uroczyście ogłosił, że jeśli zostanie wybrany, odwróci trend bezrobocia. Po wyborze wielokrotnie powtarzał tę obietnicę. Jakkolwiek byłoby to problematyczne – w istocie bowiem odwrócić można nie sam trend, lecz kierunek jego zmian – sformułowanie to świadczy o znacznej zręczności politycznej. Pozwala ono bowiem nie tylko ominąć kwestię bezwzględnej liczby bezrobotnych, która pozostaje bardzo wysoka, ale także sprawia, że jeśli długo oczekiwane odwrócenie trendu w końcu nastąpi, zostanie ono odebrane jako sukces, nawet jeśli w międzyczasie sytuacja na rynku pracy ulegnie znacznemu pogorszeniu. Najbardziej uderzające jest jednak to, że zamiast mówić o samym bezrobociu, prezydent Republiki mówi o „trendzie bezrobocia”. Można wprawdzie argumentować, że jeśli statystyki wiernie odzwierciedlają rzeczywistość, sprowadza się to do tego samego. Powstaje jednak pytanie: dlaczego zamiast odnosić się do samego zjawiska, przywołuje się zmienność wskaźnika? Z retorycznego punktu widzenia nie jest to bezcelowe – neutralność krzywej łagodzi wydźwięk społecznego dramatu, jakim są miliony bezrobotnych. Taka strategia nie byłaby jednak skuteczna, gdybyśmy nie żyli w świecie, w którym nauczyliśmy się oceniać fakty przede wszystkim na podstawie ich statystycznego pomiaru, który w powszechnym odbiorze często wydaje się bardziej rzeczywisty niż sama rzeczywistość.
Przez większość czasu nawet tego nie zauważamy. Gdy jednak zaczynamy to dostrzegać, rodzi się sprzeciw: statystyki przestają jawić się jako narzędzie poznania świata, a zaczynają być postrzegane jako to, co nas od niego oddziela. Bunt ten trwa jednak krótko. Statystyka nie jest bowiem jedną z tych sił, które można zlekceważyć wzruszeniem ramion lub zignorować wyłącznie dlatego, że tak postanowiliśmy. Jej dominacja pozostaje nierozerwalnie związana – na poziomie praktycznym – z naturą i funkcjonowaniem współczesnych społeczeństw. Na poziomie koncepcyjnym stanowi natomiast element episteme naszych czasów, czyli – zgodnie z rozumieniem tego pojęcia zaproponowanym przez Michela Foucaulta – sposobu myślenia, mówienia i przedstawiania świata, który wyznacza ramy wszelkiego dyskursu wiedzy. Z tego względu atakowanie statystyki, jak gdyby była zjawiskiem odosobnionym i opcjonalnym, nie ma większego sensu. Jeśli kiedykolwiek chcielibyśmy ograniczyć jej wpływ, samo potępianie jej okaże się bezskuteczne. Równie absurdalne byłoby bowiem przekonanie, że można wyeliminować zło, nie przeciwstawiając się temu, co je nieustannie podtrzymuje. Pierwszym krokiem powinno być zatem pogłębienie naszego rozumienia tego zjawiska. W tym celu należy zbadać, w jaki sposób statystyka zdobyła tak centralną pozycję we współczesnym świecie, oraz spróbować zrozumieć, jakie formy życia społecznego ujawnia i zarazem odzwierciedla jej wszechobecność.
IX. Miłość i nienawiść do statystyki
Statystyki są nielubiane, ponieważ konfrontują jednostkę ze sprzecznościami indywidualizmu. Z jednej strony jednostka pragnie podążać za własnymi dążeniami, zamiast podporządkowywać się normom społecznym. Kiedy jednak miliony takich jednostek współistnieją, jedynym sposobem uchwycenia powstającej w ten sposób ogólnej sytuacji jest agregowanie ich zachowań – i właśnie tym zajmuje się statystyka. Z drugiej strony, niezależnie od tego, jak bardzo jednostki dążą do autonomii, potrzebują uznania ze strony innych – nie jako jedne z wielu, lecz w swojej wyjątkowości. Kiedy tradycyjne wspólnoty przestają zaspokajać tę potrzebę, zadanie to przypada społeczeństwu, które zazwyczaj okazuje się niezdolne mu sprostać, ponieważ zasada równości obowiązująca wśród wolnych jednostek utrudnia dokonywanie między nimi rozróżnień.
Statystyka jest symbolem tego niezróżnicowanego traktowania ludzi. Stąd często demonstrowana wobec niej postawa wyższości: deprecjonowanie jej staje się sposobem potwierdzania własnej wartości i chwilowego łagodzenia bólu wynikającego z niedostatecznego uznania. Ta rozpowszechniona postawa prowadzi nawet niektórych chrześcijan do uznania liczby za diaboliczny wynalazek i twierdzenia, że „Bóg umie liczyć tylko do jednego”. Zanim jednak ulegną temu nominalistycznemu upojeniu, powinni pamiętać, że w Psalmach powiedziano ku chwale Boga: „On liczbę gwiazd określa i każdą woła po imieniu” (Ps 147,4). Liczenie nie wyklucza nadawania imion, podobnie jak nadawanie imion nie wyklucza liczenia. Skupienie się na „każdej” w żaden sposób nie przeszkadza Bogu liczyć do miliardów miliardów, a nawet dalej, jeśli zachodzi taka potrzeba. Oczywiście liczba nie odzwierciedla całej rzeczywistości. Pozwala jednak uchwycić pewne jej aspekty, których inaczej nie sposób pojąć. Jeśli zaś uważamy, że liczby zajmują dziś zbyt wiele miejsca, winą za ten stan rzeczy należy obarczyć nie tyle same liczby, ile sytuację, która nadaje im tak wielkie znaczenie.
Panowanie statystyki nie zostało narzucone zubożałym społeczeństwom niezdolnym do przeciwstawienia się mu; wynikało ono z samego stanu tych społeczeństw – społeczeństw jednostek, które w miejsce starożytnego Nec plus ultraustanowiły nowożytne Plus ultra. Kiedy nadmiar i dysproporcja panują wszędzie – od wielkości miast i organizmów politycznych po ilość energii pozostającej w obiegu, rozległość sieci technologicznych oraz intensywność wymiany i konsumpcji – kiedy ogrom staje się normą, a nasze zdolności odczuwania, oceniania i przedstawiania rzeczywistości, skonfrontowane z jej gigantycznymi rozmiarami, nie są już w stanie kierować nami w życiu i myśleniu, jedynym sposobem zachowania pozorów kontroli staje się odwoływanie się do liczb i kalkulacji, kreślenie krzywych oraz sporządzanie tabel.

.Dlatego właśnie, mimo mniej lub bardziej uzasadnionej krytyki, statystyka nie jest ekranem oddzielającym nas od rzeczywistości, zasłaniającym ją przed nami i zrywającym nasze więzi z żywym światem. Przeciwnie, w obecnych warunkach stanowi sposób poznania dostosowany do świata, jaki jest nam dany. Jest jego integralną częścią i odzwierciedla wymiar naszego doświadczenia, który stał się równie „autentyczny” jak te, które zwykle określamy tym mianem. Można nad tym ubolewać. W takim jednak przypadku źródła problemu należy szukać nie w statystyce, lecz w naszym sposobie zamieszkiwania świata i współistnienia z innymi ludźmi – i to właśnie ten sposób należałoby zmienić.
Olivier Rey
Fragmenty książki „Gdy świat stał się liczbą”, wyd. Polskie Towarzystwo Ekonomiczne. POLECAMY: [LINK].

