„Opowiadamy Polskę światu” o Poznańskim Czerwcu 1956 roku

„Opowiadamy Polskę światu” o Poznańskim Czerwcu 1956 roku

Photo of Instytut Nowych Mediów

Instytut Nowych Mediów

Wydawca "Wszystko Co Najważniejsze".
www.instytutnowychmediow.pl

W 70. rocznicę Poznańskiego Czerwca 1956 roku przypominamy te wydarzenia w naszym globalnym projekcie „Opowiadamy Polskę światu”. Do mediów na całym świecie trafiły teksty, które przybliżają te wydarzenia. Przedstawiamy je także naszym Czytelnikom, poniżej w dużych fragmentach plus dostęp do pełnych wersji tekstów.

Karol POLEJOWSKI: „O wolność i chleb”

czwartkowy poranek 28 czerwca 1956 roku syrena fabryczna w Zakładach Przemysłu Metalowego im. Józefa Stalina w Poznaniu dała sygnał do strajku. Nastroje od dawna były tu fatalne. Narzekano m.in. na zawyżanie norm pracy i podatku od wynagrodzeń, a także złe warunki bhp. Wielotysięczna załoga wyszła na ulice. Do protestujących dołączali liczni robotnicy z innych zakładów. W centrum Poznania tłum urósł do 100 000 osób – była to wówczas jedna trzecia mieszkańców miasta. Na transparentach niesionych przez ludzi widniały postulaty ekonomiczne i polityczne: „Żądamy chleba”, „Chcemy wolnych wyborów”.

Czarę goryczy przelała plotka o aresztowaniu delegacji robotniczej, która w Warszawie rozmawiała z władzami o żądaniach załóg. W centrum Poznania demonstranci opanowali więzienie. Gdy podeszli pod gmach Urzędu Bezpieczeństwa, z okien padły strzały. Wybuchły walki – tym bardziej zacięte, że w różnych punktach miasta i na jego obrzeżach protestującym udało się zdobyć nieco broni i amunicji.

Wszystko rozgrywało się w czasie Międzynarodowych Targów Poznańskich. „Setki obcokrajowców obserwowały te wydarzenia ze zdumieniem, nie wiedząc, jak i dlaczego zaczęły się te walki. Sens wydarzeń był jednak całkowicie oczywisty, a ci, którzy wyjeżdżali z Poznania, przekazywali za granicę pierwsze doniesienia o krwawych rozruchach w Polsce” – relacjonowała później Lewis.

Obecność na miejscu licznych cudzoziemców nie powstrzymała komunistów przedkrwawym kontratakiem. Do ujarzmienia zbuntowanego miasta władze rzuciły cztery dywizje wojska, w tym dwie pancerne: w sumie ponad 9000 żołnierzy i kilkaset czołgów. Wieczorem 28 czerwca wynik nierównego starcia był przesądzony, ale strzały w mieście było słychać jeszcze przez następne dwa dni. Kilkadziesiąt osób zostało zabitych, a co najmniej kilkaset rannych.

Po stłumieniu buntu władza raz jeszcze pokazała najgorszą twarz. Premier Józef Cyrankiewicz, kreowany niekiedy na „światowca” z przedwojennym sznytem, w radiowym przemówieniu zagroził odrąbaniem ręki każdemu, kto odważy się ją podnieść „przeciw władzy ludowej”. W związku z Poznańskim Czerwcem aresztowano prawie 750 osób. Ostatecznie jesienią – już w atmosferze chwilowej liberalizacji politycznej – 10 osób skazano na kary kilkuletniego więzienia.

Pamięć o społecznym buncie miała zostać zatarta. Nowy przywódca partii komunistycznej Władysław Gomułka mówił wprost o zapuszczeniu „żałobnej kurtyny milczenia”. Gdy w grudniu 1970 roku na ulice wyszli robotnicy Wybrzeża, władza znów otworzyła do nich ogień. Ale polski duch wolności nie dał się ujarzmić. Potężna fala strajków z sierpnia 1980 roku doprowadziła do powstania NSZZ „Solidarność” – jedynego niezależnego związku zawodowego w całym bloku wschodnim.

To właśnie „Solidarność” skutecznie upomniała się o pamięć o Czerwcu ’56. W czerwcu 1981 roku, w 25. rocznicę zrywu, w centrum miasta stanął Pomnik Poznańskiego Czerwca 1956, zwany też Poznańskimi Krzyżami. Po przemianach demokratycznych w Polsce hołd uczestnikom buntu robotniczego składali tu m.in. papież Jan Paweł II, zagraniczni prezydenci i ministrowie spraw zagranicznych, a także osobistości spoza świata wielkiej polityki, jak choćby słynny hollywoodzki aktor Robert De Niro. Ten ostatni w 2023 roku nie odmówił prośbie Instytutu Pamięci Narodowej o kilka słów do kombatantów Czerwca ’56. „Bohaterskim mieszkańcom Poznania, [uczestnikom] antykomunistycznego powstania z czerwca 1956 roku z wyrazami podziwu oraz szacunku!” – napisał.

Historia niejednokrotnie pokazała, że opresyjna władza może triumfować tylko na krótką metę. W czerwcu 1953 roku w Berlinie Wschodnim, trzy lata później w Poznaniu i jesienią 1956 roku na Węgrzech komuniści utopili we krwi wolnościowe dążenia narodów Europy Środkowo-Wschodniej. Zarazem jednak trwale pozbawili się moralnej legitymacji do sprawowania władzy zdobytej w Polsce siłą.

Michel WIEVIORKA: „Rok 1980 był niejako genetycznie wpisany w rok 1956”

Polskie życie zbiorowe, od Poznania do Gdańska, od 1956 do 1980 roku, istotnie należy postrzegać jako jedną całość historyczną, charakteryzującą się, po pierwsze, silnym uprzemysłowieniem, które przekształciło kraj w społeczeństwo industrialne, po drugie – podporządkowaniem Polski Moskwie, a po trzecie – istnieniem władzy o totalitarnych aspiracjach, choć ta kontrola nigdy nie była totalna. Nawet za Stalina Polska nigdy nie uległa całkowicie totalitaryzmowi. Nie przyjęła ani nie tolerowała w pełni ideologicznej istoty reżimu, mimo że komunistyczna i sowiecka władza nigdy nie przejęłaby władzy bez poparcia dużej części społeczeństwa i elit. Przez ten interesujący nas okres dwudziestu pięć lat władza nie była w stanie, a być może nawet nie chciała zapobiegać wyrażaniu protestu przez robotników, intelektualistów, patriotów czy ludzi wierzących. Władza komunistyczna w Polsce w ogóle rzadko sprzeciwiała się ekspresji tożsamości narodowej. W rzeczywistości, w przeciwieństwie do swoich odpowiedników w innych kontekstach, zdarzało jej się zawahać przed stłumieniem sprzeciwu z zaciekłością znaną z innych krajów bloku.

Wymaga to chwili refleksji. Teoretycy totalitaryzmu, jak na przykład Hannah Arendt, podkreślają dążenie mocarstw totalitarnych do dominacji totalnej, sięgającej nawet sumień jednostek. Tego w Polsce nigdy nie było. Państwo nigdy w pełni nie podbiło ani nie wchłonęło serca społeczeństwa, czyli robotników. Nie wchłonęło także inteligencji demokratycznej, której – z wyjątkiem czasów stalinowskich – przyznawało pewien margines wolności. W odniesieniu do sumień musiało nawet układać się z chrześcijaństwem, które nawet w najgorszych momentach stalinizmu zachowało swoisty monopol na sacrum wszędzie tam, gdzie – wzorem innych krajów – to komunizm usiłował być jego świeckim nosicielem.

Powojenny reżim komunistyczny w Polsce nie zdołał podbić społeczeństwa, co przeszkodziło mu w ugruntowaniu pozycji ruchu totalitarnego. Z tej perspektywy Poznań ’56 i Gdańsk ’80 wyraźnie wyznaczają okres komunistyczny i sowiecki w Polsce: kraju, w którym niemal od samego początku totalitarne ambicje władzy były podważane, choć nie do końca dawało się je powstrzymać. Dopiero wspólne zrozumienie i koordynacja wysiłków różnych sił opozycyjnych doprowadziły do ostatecznego upadku reżimu, swoją drogą osłabionego gospodarczą niemocą. Innymi słowy, szansą dla władzy, a także dla całego polskiego społeczeństwa było trwające do końca lat 70. rozbicie walki na różne fronty: społeczny (robotniczy), narodowy, katolicki i demokratyczny.

W 1956 roku władza miała silną pozycję. W 1980 roku była już słaba, nawet jeszcze zanim doszło do zbiegu wielu różnych protestów rozsianych po kraju, uosabianych przez Lecha Wałęsę, przywódcę robotników z wizerunkiem Czarnej Madonny w klapie marynarki i ściśle współpracującego z intelektualistami. Polskie społeczeństwo pozostało industrialne jeszcze przez kilka lat, ale wraz z Solidarnością zapoczątkowało zupełnie nową erę, nie tylko polityczną, ale i społeczną. Społeczeństwo stało się postindustrialne i gwałtownie wkroczyło w erę neoliberalną, a patrząc przez pryzmat narodowy, kraj zszedł z orbity rosyjskiej, by wejść do Europy. Ci, którzy są świadomi niezwykłego wkładu Solidarności w latach 1980–1981, mają rację – 45 lat później – gdy oddają hołd robotnikom Poznania. Jednak droga, która 24 lata później doprowadziła do Gdańska, nie była linearna. Nikt w 1956 roku nie mógł sobie wyobrazić, że powstanie kiedyś ruch, który położy kres erze komunistycznej, i że będzie to ruch robotniczy (jak w Poznaniu), ale także wytyczający drogę do demokracji i emancypacji narodu.

Rafał KOŚCIAŃSKI: „Walka poznańskich robotników 1956”

Do miasta przyleciała z Warszawy grupa wysokich oficerów wojska i UB. Sytuację w mieście miały opanować regularne oddziały wojska polskiego: dwie dywizje pancerne i dwie dywizje piechoty. Żołnierzom tłumaczono, że w Poznaniu wybuchło powstanie, które ma na celu przyłączenie Wielkopolski do Niemiec. Po ich wkroczeniu do miasta powstańcy nie mieli żadnych szans. Dość powiedzieć, że licząc wszystkie służby mundurowe, władza dysponowała siłą 12 tys. żołnierzy i funkcjonariuszy. Miała do dyspozycji 350 czołgów, 31 samobieżnych dział i 30 transporterów. Zatem na ulicach Poznania w 1956 r. było więcej czołgów niż podczas walk o miasto w 1945 r.

Świadkami wydarzeń byli goście na odbywających się wówczas Międzynarodowych Targach Poznańskich. Robotnicy mieli świadomość, że aby przekazać światu informacje na temat tego, co dzieje się w Poznaniu, należy dotrzeć do przedstawicieli wolnego świata. W targach brało udział 1246 wystawców z kraju i aż 554 z zagranicy. Według oficjalnych danych ekspozycje zwiedziło ponad 425 tys. osób. Niektórzy goście zagraniczni mieli przy sobie aparaty fotograficzne, którymi udokumentowali to, co działo się na ulicach. Dzięki nim przez kolejne dni gazety od Europy po Amerykę Południową opisywały to, co działo się w Poznaniu, jako antykomunistyczne czy też antysowieckie powstanie. Źródłem wiedzy dla Polaków w kraju była przede wszystkim Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa, która w sposób wstrzemięźliwy relacjonowała przebieg wydarzeń. Jan Nowak-Jeziorański obawiał się, że zachęcanie Polaków do oporu przyniesie dodatkowy rozlew krwi. A miał przed oczami widok Warszawy po Powstaniu Warszawskim w 1944 r.

Nigdy nie poznamy dokładnej liczby ofiar śmiertelnych. Na początku lat 80., podczas przygotowań do 25. rocznicy Poznańskiego Czerwca, kiedy kluczową rolę odgrywali ludzie „Solidarności”, opracowano listę 74 ofiar. Obecnie najczęściej przyjmuje się liczbę 57 lub 58 ofiar. Nie można wykluczyć, że zginęło znacznie więcej osób. Najmłodszą ofiarą był trzynastoletni Romek Strzałkowski. Jedna z pogłosek mówiła o rozstrzelaniu 19 żołnierzy ludowego Wojska Polskiego za odmowę wykonania rozkazu strzelania do demonstrantów. Informacje te próbowali zweryfikować historycy i prokuratorzy prowadzący śledztwo. Nie udało się jednak potwierdzić tej tezy. Nie znamy również dokładnej liczby rannych. Większość starała się ukryć jakiekolwiek obrażenia, licząc na to, że uda im się uniknąć odpowiedzialności. Znane są również przypadki wpisywania przez lekarzy w dokumentacji medycznej fikcyjnych danych. Część osób odniosła obrażenia, które przyniosły im konsekwencje na całe życie.

Kilkaset osób zostało zatrzymanych. Aresztanci trafili do więzień UB, MO i do specjalnie utworzonego punktu filtracyjnego na lotnisku Ławica. Większość po zebraniu od nich danych i wstępnym przesłuchaniu została zwolniona do domu. Najbardziej aktywni w walce przeciwko władzy zostali poddani brutalnym przesłuchaniom. Ich stan nie pozwalał na szybkie rozpoczęcie procesów. W kontekście postępowania sądowego groźnie brzmiało pamiętne przemówienie radiowe premiera Cyrankiewicza, który powiedział m.in.: „Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewien, że mu tę rękę władza odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej ojczyzny”.

Poznaniacy nigdy mu tych słów nie zapomnieli, ale też kpiąc sobie z niego, w kolejnych dniach jednej ręki nie wkładali do płaszcza, sprawiając wrażenie, jakby im tę rękę „odrąbano”.

Ruszyły przygotowania do procesów. Pierwszą grupę podejrzanych podzielono na trzy oddzielne postępowania sądowe. Od liczby oskarżonych nazwano te postępowania: „proces trzech”, „proces dziewięciu” i „proces dziesięciu”. Sprawie towarzyszyło nadzwyczajne zainteresowanie społeczeństwa oraz prasy zagranicznej. Spodziewano się surowych wyroków. Bywało już, że za mniejsze przewinienia groziła kara śmierci. W tym przypadku chodziło o zbrojny atak na władzę.

Złagodzono oficjalną interpretację wydarzeń. Uznano, że nieprawidłowości doprowadziły do słusznego niezadowolenia robotników, co wykorzystała imperialistyczna propaganda, by wzburzyć awanturników stroniących od pracy. Oskarżenie podkreślało młody wiek podejrzanych. Pierwszy z procesów, tzw. proces trzech, rozpoczął się 27 września 1956 r. Wyrok z 8 października nie wypełnił najczarniejszych scenariuszy. Dwóch demonstrantów skazano na 4,5 roku więzienia, a trzeciego na 4 lata. „Proces dziewięciu” (rozpoczęty 27 września) oraz „proces dziesięciu” (ruszył 5 października 1958 roku) dotyczyły m.in. zarzutów rozbrajania posterunków MO, posiadania broni oraz ataku na siedzibę UB; nie zakończyły się wyrokami. Powrót do władzy Władysława Gomułki doprowadził najpierw do zaniechania postępowań sądowych, a w czerwcu kolejnego roku spuszczenia nad sprawą „żałobnej kurtyny milczenia”.

O ile przyczyny wybuchu niezadowolenia są dobrze znane, można zadać pytanie, czy władza komunistyczna mogła temu zapobiec. Aparat bezpieczeństwa oraz wszystkie instancje partyjne miały doskonałe rozeznanie nastrojów. Szerokim strumieniem płynęły raporty UB zarówno o nieprawidłowościach, jak i o bieżących nastrojach wśród załogi. Nie doceniono skali wzburzenia. Nie przewidziano również, że robotnicy mogą zakwestionować uprawnienie PZPR do sprawowania władzy. Władzy, która deklarowała pracę na rzecz poprawy życia klasy robotniczej.

Arkadiusz Jordan

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 26 czerwca 2026