Rafał KOŚCIAŃSKI: Walka poznańskich robotników 1956

Walka poznańskich robotników 1956

Photo of Rafał KOŚCIAŃSKI

Rafał KOŚCIAŃSKI

Rzecznik prasowy, dyrektor Biura Rzecznika Prasowego IPN. Kieruje pracami redakcji portalu przystanekhistoria.pl. Doktor historii. Współautor i redaktor szeregu publikacji z zakresu historii najnowszej. Badania koncentruje w szczególności na historii aparatu bezpieczeństwa w okresie stalinowskim.

„My chcemy wolności”, „Żądamy chleba” – te dwa hasła najlepiej oddają charakter buntu poznańskich robotników, którzy w czerwcu 1956 r. wyszli na ulice miasta, aby zaprotestować. Bezpośrednią przyczyną wydarzeń była sytuacja gospodarcza – problemy ekonomiczne, na które składały się złe warunki bytowe, niedobory w sklepach, wreszcie ciężkie warunki pracy. Trudności dotyczyły zakładów produkcyjnych, które w okresie międzywojennym cieszyły się dobrą opinią wśród pracowników, a zatrudnieni tam ludzie uważani byli za robotniczą arystokrację. Sytuacja wyzwoliła w robotnikach gen wolności. Na transparentach oprócz haseł ekonomicznych pojawiły się postulaty polityczne – pisze Rafał KOŚCIAŃSKI

.Erupcja emocji nastąpiła w Zakładach Hipolita Cegielskiego w Poznaniu zatrudniających ponad 13 tys. osób, przedsiębiorstwie, które od 1949 r. nosiło nazwę Zakłady Przemysłu Metalowego im. J. Stalina w Poznaniu (ZiSPO). Rozwojowi wypadków w największym w Wielkopolsce zakładzie pracy przyglądali się ich koledzy z innych zakładów produkcyjnych, gdzie sytuacja była podobna. Głodowe pensje i wyśrubowane normy produkcyjne, wreszcie wspólne dla całego kraju problemy z wyżywieniem rodzin łączyły zatrudnionych w ZiSPO m.in. z kolegami z ZNTK, Wielkopolskiej Fabryki Maszyn Żniwnych, Wielkopolskiej Fabryki Urządzeń Mechanicznych (Wiepofama) Poznańskich Zakładów Metalurgicznych „Pomet”.

Zasadne są pytania, dlaczego do protestu doszło w Wielkopolsce, w regionie znanym z wysokiej kultury pracy, z rzetelności i solidności, i czy podobna sytuacja mogła mieć miejsce w innej części Polski. W Poznaniu jak w soczewce skupiły się niedomagania gospodarcze ludowej Polski i błędy w planowaniu oraz realizacji jego założeń. Zgłaszane przez załogi dyrekcjom zakładów uwagi i postulaty pozostawały bez odzewu. Mimo że zapowiadano poprawę sytuacji, w rzeczywistości kierownictwo albo nie było w stanie niczego zrobić, albo nie potrafiło. Warszawa wychodziła z założenia, że Wielkopolska poradzi sobie sama. Skala nieprawidłowości, która wyszła na jaw, była ogromna, a lista pokrzywdzonych długa.

.Realizowana w latach 1950–1955 przez partię komunistyczną polityka gospodarcza, czyli plan 6-letni, mający na celu doprowadzenie do uprzemysłowienia kraju, pozostawiła Wielkopolskę poza głównym nurtem inwestycyjnym. O ile środki przeznaczone na jednego mieszkańca Warszawy przekraczały 1200 zł, to w Poznaniu były najniższe wśród wszystkich dużych miast w Polsce: 368 zł. Sytuacji nie poprawiał fakt, że inwestycje te skierowano głównie do stolicy Wielkopolski i do wschodnich, najmniej uprzemysłowionych powiatów województwa poznańskiego. Nacjonalizacja przemysłu doprowadziła do przejęcia przez państwo większych zakładów produkcyjnych, a także do upadku drobnego przemysłu, często nastawionego na produkcję narzędzi rolniczych. Silnym ciosem dla chłopów była przymusowa kolektywizacja. Reforma nie poprawiła zaopatrzenia miast, tylko wręcz pogłębiła kryzys.

W Poznaniu potrzebowano rąk do pracy. Wyż demograficzny zmuszał mieszkańców wsi do szukania pracy w mieście. W latach 1951–1955 o 60 proc. wzrosła liczba korzystających z transportu publicznego, który wymagał inwestycji. Część osób podejmowała decyzję o zamieszkaniu w mieście, jednak nie powiększała się baza lokalowa. W latach 1950–1957 liczba mieszkańców stolicy Wielkopolski wzrosła o 18 proc., pogłębiając problemy mieszkaniowe. Za trudne warunki uznawano sytuację, gdy na jedną osobę przypadało mniej niż 5 m kw. Nie inwestowano w infrastrukturę kanalizacyjną, domy opalano drewnem, wodę czerpano ze wspólnych studni. Na odbudowę po zniszczeniach wojennych czekało wiele budynków w mieście.

Oprócz trudności z zapewnieniem godziwych warunków życia robotnicy napotykali kolejne problemy w zakładach pracy. Najważniejszym były nieregularne dostawy środków produkcji, co zmuszało do wzmożonego wysiłku, by nadrobić plany produkcyjne po otrzymaniu materiałów. Sposobem na zachęcenie do większej wydajności było współzawodnictwo pracy. Kto wyrabiał ponad 160 proc. normy, miał naliczany mniejszy podatek. Jednak normy nieustannie podnoszono, a pod koniec 1955 r. robotnicy z ZiSPO dowiedzieli się, że przez sześć lat źle naliczano premie przodownikom pracy. Najlepiej pracujący byli najbardziej pokrzywdzeni. Robotnicy coraz głośniej domagali się poprawy sytuacji, w szczególności po śmierci Stalina.

Załoga największych w regionie zakładów pracy wybrała swoich delegatów do rozmów z władzą. Rozmowy z kierownictwem zakładu i przedstawicielami partii nie przynosiły rezultatów. Decyzje mogli podjąć tylko decydenci w Warszawie. Kilkunastoosobowa grupa delegatów wybranych przez robotników oraz reprezentanci dyrekcji 25 czerwca wyjechali do Warszawy na rozmowy z władzami Centralnej Rady Związków Zawodowych oraz ministrem przemysłu maszynowego. Tam przedstawili swoje postulaty. Domagali się m.in. zwrotu niesłusznie potrąconego podatku, obniżki norm, przestrzegania ośmiogodzinnego dnia pracy, wprowadzenia wolnej soboty, obniżenia cen artykułów żywnościowych, poprawy warunków bhp. Minister zgodził się na większość żądań. Delegaci wrócili do Poznania i z radością zakomunikowali wyniki rozmów. Sytuacja jednak uległa diametralnej zmianie już 27 czerwca, gdy po przyjeździe do Poznania minister wszystko odwołał.

Robotnicy czuli się oszukani. Nastroje buntownicze sięgnęły zenitu. Nad ranem 28 czerwca nocna zmiana z ZiSPO nie wróciła do domów, a poranna nie rozpoczęła pracy. Zapadła decyzja o wyjściu z zakładu i udaniu się do centrum miasta. Jeden z obrońców podczas procesów poznańskich stwierdził: „Szedł tłum wrzący i kipiący, tłum gniewny. W miarę jak tłum gęstniał, jak wzmagał się łoskot kroków, narastała też temperatura uczuć”. Do robotników „Ceglorza” dołączali koledzy z innych zakładów pracy. W miarę upływu czasu demonstracja powiększyła się o mieszkańców miasta, młodzież, dzieci.

Miejscem nieumówionego spotkania był Plac Stalina (obecnie Plac Adama Mickiewicza), w pobliżu którego mieścił się Komitet Wojewódzki PZPR i miała siedzibę Miejska Rada Narodowa oraz KW MO w Poznaniu. W centrum miasta zgromadziło się ok. 100 tys. osób. Demonstranci weszli do budynku partii, nie czyniąc żadnych szkód. Wywiesili transparenty z żądaniami i opuścili gmach. Podobnie było w komendzie wojewódzkiej MO, gdzie namawiano milicjantów do przyłączenia się do demonstrantów. Domagano się przyjazdu premiera Józefa Cyrankiewicza i I sekretarza KC PZPR Edwarda Ochaba. Ludzie spontanicznie zaczynali śpiewać pieśni religijne, wznosili transparenty, niektóre z wcześniej zapisanymi postulatami: „Chleba i wolności”, „Wolnych wyborów”, „My chcemy Boga” czy „Precz z Ruską demokracją”.

.Ludzie spokojnie wyczekiwali na rozwój wypadków, nie doszło jeszcze do żadnych poważniejszych rozruchów, lecz w Warszawie zapadła decyzja o zbrojnym spacyfikowaniu demonstracji w Poznaniu. Z propozycją wysłania wojska przeciwko demonstrantom wystąpił marszałek Konstanty Rokossowski, minister obrony narodowej. Odpowiedzialnym za przeprowadzenie akcji uczyniono kolejnego sowieckiego oficera w polskim mundurze, gen. Stanisława Popławskiego. W pierwszej kolejności na ulice Poznania skierowano żołnierzy szkoły wojsk pancernych w Poznaniu.

Tymczasem wśród demonstrantów pojawiła się nieprawdziwa informacja, że ich przedstawiciele zostali aresztowani. Tłum udał się pod budynek aresztu przy ulicy Młyńskiej. Bez większego oporu strażników demonstranci przedostali się do środka, wypuścili wszystkich zatrzymanych, a nie znajdując swoich kolegów, udali się pod siedzibę Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego przy ulicy Kochanowskiego. Tam zastali zabarykadowanych funkcjonariuszy, którzy obawiając się o swoje życie, nie zamierzali ustępować. Otrzymali zgodę na użycie broni palnej do samoobrony lub w celu oddania strzałów ostrzegawczych. Demonstranci nie zamierzali odpuszczać. W ruch poszły kamienie i woda z hydrantów. Padły pierwsze strzały oddane z okien siedziby UB. Padli pierwsi zabici i ranni.

Demonstranci gorączkowo poszukiwali broni do walki z władzą. Rozbrajano milicjantów i młodych zdezorientowanych żołnierzy. Część broni zdobyto w magazynach studiów wojskowych i w przejętym więzieniu.

Do miasta przyleciała z Warszawy grupa wysokich oficerów wojska i UB. Sytuację w mieście miały opanować regularne oddziały wojska polskiego: dwie dywizje pancerne i dwie dywizje piechoty. Żołnierzom tłumaczono, że w Poznaniu wybuchło powstanie, które ma na celu przyłączenie Wielkopolski do Niemiec. Po ich wkroczeniu do miasta powstańcy nie mieli żadnych szans. Dość powiedzieć, że licząc wszystkie służby mundurowe, władza dysponowała siłą 12 tys. żołnierzy i funkcjonariuszy. Miała do dyspozycji 350 czołgów, 31 samobieżnych dział i 30 transporterów. Zatem na ulicach Poznania w 1956 r. było więcej czołgów niż podczas walk o miasto w 1945 r.

Świadkami wydarzeń byli goście na odbywających się wówczas Międzynarodowych Targach Poznańskich. Robotnicy mieli świadomość, że aby przekazać światu informacje na temat tego, co dzieje się w Poznaniu, należy dotrzeć do przedstawicieli wolnego świata. W targach brało udział 1246 wystawców z kraju i aż 554 z zagranicy. Według oficjalnych danych ekspozycje zwiedziło ponad 425 tys. osób. Niektórzy goście zagraniczni mieli przy sobie aparaty fotograficzne, którymi udokumentowali to, co działo się na ulicach. Dzięki nim przez kolejne dni gazety od Europy po Amerykę Południową opisywały to, co działo się w Poznaniu, jako antykomunistyczne czy też antysowieckie powstanie. Źródłem wiedzy dla Polaków w kraju była przede wszystkim Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa, która w sposób wstrzemięźliwy relacjonowała przebieg wydarzeń. Jan Nowak-Jeziorański obawiał się, że zachęcanie Polaków do oporu przyniesie dodatkowy rozlew krwi. A miał przed oczami widok Warszawy po Powstaniu Warszawskim w 1944 r.

Nigdy nie poznamy dokładnej liczby ofiar śmiertelnych. Na początku lat 80., podczas przygotowań do 25. rocznicy Poznańskiego Czerwca, kiedy kluczową rolę odgrywali ludzie „Solidarności”, opracowano listę 74 ofiar. Obecnie najczęściej przyjmuje się liczbę 57 lub 58 ofiar. Nie można wykluczyć, że zginęło znacznie więcej osób. Najmłodszą ofiarą był trzynastoletni Romek Strzałkowski. Jedna z pogłosek mówiła o rozstrzelaniu 19 żołnierzy ludowego Wojska Polskiego za odmowę wykonania rozkazu strzelania do demonstrantów. Informacje te próbowali zweryfikować historycy i prokuratorzy prowadzący śledztwo. Nie udało się jednak potwierdzić tej tezy. Nie znamy również dokładnej liczby rannych. Większość starała się ukryć jakiekolwiek obrażenia, licząc na to, że uda im się uniknąć odpowiedzialności. Znane są również przypadki wpisywania przez lekarzy w dokumentacji medycznej fikcyjnych danych. Część osób odniosła obrażenia, które przyniosły im konsekwencje na całe życie.

.Kilkaset osób zostało zatrzymanych. Aresztanci trafili do więzień UB, MO i do specjalnie utworzonego punktu filtracyjnego na lotnisku Ławica. Większość po zebraniu od nich danych i wstępnym przesłuchaniu została zwolniona do domu. Najbardziej aktywni w walce przeciwko władzy zostali poddani brutalnym przesłuchaniom. Ich stan nie pozwalał na szybkie rozpoczęcie procesów. W kontekście postępowania sądowego groźnie brzmiało pamiętne przemówienie radiowe premiera Cyrankiewicza, który powiedział m.in.: „Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewien, że mu tę rękę władza odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej ojczyzny”.

Poznaniacy nigdy mu tych słów nie zapomnieli, ale też kpiąc sobie z niego, w kolejnych dniach jednej ręki nie wkładali do płaszcza, sprawiając wrażenie, jakby im tę rękę „odrąbano”.

Ruszyły przygotowania do procesów. Pierwszą grupę podejrzanych podzielono na trzy oddzielne postępowania sądowe. Od liczby oskarżonych nazwano te postępowania: „proces trzech”, „proces dziewięciu” i „proces dziesięciu”. Sprawie towarzyszyło nadzwyczajne zainteresowanie społeczeństwa oraz prasy zagranicznej. Spodziewano się surowych wyroków. Bywało już, że za mniejsze przewinienia groziła kara śmierci. W tym przypadku chodziło o zbrojny atak na władzę.

Złagodzono oficjalną interpretację wydarzeń. Uznano, że nieprawidłowości doprowadziły do słusznego niezadowolenia robotników, co wykorzystała imperialistyczna propaganda, by wzburzyć awanturników stroniących od pracy. Oskarżenie podkreślało młody wiek podejrzanych. Pierwszy z procesów, tzw. proces trzech, rozpoczął się 27 września 1956 r. Wyrok z 8 października nie wypełnił najczarniejszych scenariuszy. Dwóch demonstrantów skazano na 4,5 roku więzienia, a trzeciego na 4 lata. „Proces dziewięciu” (rozpoczęty 27 września) oraz „proces dziesięciu” (ruszył 5 października 1958 roku) dotyczyły m.in. zarzutów rozbrajania posterunków MO, posiadania broni oraz ataku na siedzibę UB; nie zakończyły się wyrokami. Powrót do władzy Władysława Gomułki doprowadził najpierw do zaniechania postępowań sądowych, a w czerwcu kolejnego roku spuszczenia nad sprawą „żałobnej kurtyny milczenia”.

O ile przyczyny wybuchu niezadowolenia są dobrze znane, można zadać pytanie, czy władza komunistyczna mogła temu zapobiec. Aparat bezpieczeństwa oraz wszystkie instancje partyjne miały doskonałe rozeznanie nastrojów. Szerokim strumieniem płynęły raporty UB zarówno o nieprawidłowościach, jak i o bieżących nastrojach wśród załogi. Nie doceniono skali wzburzenia. Nie przewidziano również, że robotnicy mogą zakwestionować uprawnienie PZPR do sprawowania władzy. Władzy, która deklarowała pracę na rzecz poprawy życia klasy robotniczej.

.Nieoczywistą konsekwencją Poznańskiego Czerwca 1956 była reforma aparatu bezpieczeństwa oraz utworzenie formacji przeznaczonej do tłumienia przyszłych wystąpień antykomunistycznych w kraju. W grudniu 1956 r. utworzono ZOMO (Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej), które na trwałe zapisały się w historii Polski jako symbol brutalnych represji wobec społeczeństwa.

Powstanie Solidarności przywróciło częściową pamięć o tych wydarzeniach. Na terenie miasta pojawiły się upamiętnienia, włącznie z najważniejszym – Pomnikiem Poznańskiego Czerwca 1956 r. na Placu Adama Mickiewicza. Dzisiaj pomimo upływu lat pamięć o tym wydarzeniu jest wciąż żywa. Od dwudziestu lat obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci Poznańskiego Czerwca 1956 r.

Wydarzenie to było pierwszym masowym wystąpieniem przeciwko władzy w powojennej Polsce. Choć protest miał wymiar lokalny, to jego efekt sięgał także poza granice państwa polskiego. W porównaniu ze wszystkimi późniejszymi protestami w PRL w Poznańskim Czerwcu zginęła w niewiele ponad dobę największa liczba osób. Skala wydarzenia spowodowała, że bywa ono nazywane powstaniem. Taką też nazwę nosi znajdujące się przy Placu Adama Mickiewicza Muzeum Powstania Poznańskiego – Czerwiec 1956.

Rafał Kościański
Więcej na ten temat w książce Rafała Reczka, Árona Máthé i Rafała Kościańskiego „Miasta Wolności. Poznań–Budapeszt 1956. Seria: Monografie”[LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 25 czerwca 2026