Patryk PALKA: Lądowanie w Normandii. Jak alianci stworzyli armię „widmo”, by oszukać Hitlera

Lądowanie w Normandii. Jak alianci stworzyli armię „widmo”, by oszukać Hitlera

Photo of Patryk PALKA

Patryk PALKA

Historyk i publicysta. Dyrektor działu „Piękno Historii” we „Wszystko co Najważniejsze”. Redaktor „Gazety na Niedzielę”.

zobacz inne teksty Autora

Lądowanie w Normandii 6 czerwca 1944 r. było największym desantem wojskowym w dziejach wojen. Moment ataku, słynny D-Day, przeszedł do historii i trwale zapisał się w kulturze. Desant aliantów w północnej Francji był taktycznym mistrzostwem, dzięki któremu udało się uniknąć wielu ofiar – pisze Patryk PALKA

Lądowanie w Normandii – nie tylko plaża „Omaha”

.Każdy, kto oglądał Szeregowca Ryana, ma w pamięci sekwencję scen ukazujących desant aliantów w Normandii. To jeden z tych obrazów filmowych, których się nie zapomina. Za sprawą popularnych dzieł kultury – filmów, utworów muzycznych, gier komputerowych i planszowych – lądowanie w Normandii jest dobrze utrwalone w społecznej świadomości, ale zarazem często mylnie utożsamiane tylko z wydarzeniami na plaży „Omaha” – najbardziej krwawym i tragicznym epizodem D-Day.

W rzeczywistości desant przeprowadzono w pięciu punktach o kryptonimach: „Utah”, „Gold”, „Juno”, „Sword” i „Omaha”. Liczba potwierdzonych zgonów wynosi ok. 4,5 tys. alianckich żołnierzy, z czego ponad 3 tys. na ostatniej z wymienionych plaż. W pozostałych miejscach Niemcy nie byli aż tak dobrze przygotowani, a ich pozycje nie były równie dogodne. Ponadto sam desant był tam przeprowadzony sprawniej, dzięki czemu nacierający byli lepiej zaopatrzeni i mieli większe wsparcie ogniowe ze strony jednostek operujących ciężkim sprzętem.

Wspominam o tym nie dlatego, żeby deprecjonować czyn weteranów D-Day, ale wręcz przeciwnie – żeby podkreślić, jak dobrze alianci byli przygotowani do tej operacji. Sukces okupiono krwią żołnierzy, a plaża „Omaha” była przedsionkiem piekła – to nie ulega wątpliwości. W pozostałych punktach straty wojsk sprzymierzonych były jednak ograniczone. Większej liczby ofiar udało się uniknąć dzięki znakomitemu planowi działania, który przygotowywano od jesieni 1943 r.

Fot. Robert F. Sargent, Lądowanie w Normandii, „Taksówka do piekła i z powrotem – w szczękach śmierci”.

Planowanie, nowe technologie i morderczy trening

.Po ataku Niemiec na Związek Sowiecki w 1941 r. i postępach armii niemieckiej na froncie wschodnim alianci wiedzieli, że bez otwarcia nowego frontu na zachodzie Europy trudno będzie pokonać III Rzeszę. Hitler również zdawał sobie z tego sprawę. Spodziewał się, że atak nastąpi. Nie miał tylko pewności gdzie i kiedy. W maju 1943 r., podczas konferencji w Waszyngtonie, Winston Churchill i Franklin D. Roosevelt uzgodnili, że latem 1944 r. nastąpi próba desantu sił alianckich w zachodniej Europie. Ostatecznie decyzja o otwarciu drugiego frontu na terenie północnej Francji zapadła w Teheranie (28 listopada – 1 grudnia 1943 r.), a Józef Stalin przyjął ją z zadowoleniem.

Niemcy byli na to przygotowani. Od 1942 r. wznosili Wał Atlantycki – potężną linię fortyfikacji i umocnień wzdłuż wybrzeża Europy, od Hiszpanii po Norwegię. Hitler szczycił się tym, że jest „największym budowniczym” w dziejach. Mimo wszystko tak ogromnej przestrzeni nie dało się obsadzić równie mocno w każdym punkcie. Zadaniem aliantów było znaleźć najbardziej dogodne miejsce do ataku.

Niemcy zakładali, że desant nastąpi we Francji, w rejonie Calais. Stamtąd wiodła krótka i bezpośrednia droga na terytorium III Rzeszy, ponadto Calais leży w pobliżu angielskiego wybrzeża, co z punktu widzenia logistycznego jest nie do przecenienia. Z tych względów to właśnie tam Wał Atlantycki był najsilniejszy i najlepiej obsadzony. Alianci również zdawali sobie sprawę z tego, że okolice Calais to doskonała baza wypadowa do prowadzenia dalszych działań wojennych. Desant w tym miejscu był jednak aż nazbyt oczywisty. Ponadto jakość niemieckich umocnień i siła wojsk, które w razie ataku mogły błyskawicznie włączyć się w obronę wybrzeża, stawiały pod znakiem zapytania możliwość powodzenia inwazji. Finalnie zdecydowano się na atak z zaskoczenia. Wybór padł na Normandię – region mniej dogodny z perspektywy strategicznej, ale dzięki temu na tyle nieoczywisty, że niemieckie umocnienia były tam wyraźnie słabsze i gorzej chronione.

Przygotowania do operacji desantowej rozpoczęto jesienią 1943 r. Alianckie samoloty regularnie fotografowały północne wybrzeże Francji. W ciągu kilku miesięcy wykonano prawie milion zdjęć zwiadowczych. Ponadto francuski ruch oporu dostarczał siłom sprzymierzonym informacje o stanie Wału Atlantyckiego. Zbierano nawet próbki piasku z francuskich plaż, żeby sprawdzić, jakiego typu ciężki sprzęt najlepiej poradzi sobie w tamtejszych warunkach. Z myślą o kampanii wojennej mającej nastąpić po lądowaniu w Normandii, alianci przygotowali plan budowy dwóch sztucznych portów, które miały umożliwić przerzut wojsk, sprzętu i zaopatrzenia (porty „Mulberry”). Jeszcze przed D-Day w Anglii przygotowano części, które następnie przetransportowano do granicy morskiej z Francją i zatopiono, by w odpowiednim momencie móc je wydobyć i szybko zmontować. Skala tego przedsięwzięcia była gigantyczna. W momencie budowy „Mulberry A” oraz „Mulberry B” były wielkości mniej więcej brytyjskiego portu w Dover.

By atak mógł się powieść, trzeba było również odpowiednio wyszkolonych żołnierzy i stosownego sprzętu. W tym celu powstały „dziwadła Hobarta” (ich konstruktorem był gen. Percy Hobart) – specjalne pojazdy mające wspomóc piechotę szturmującą plaże Normandii. Pośród „dziwadeł” znajdowały się m.in. pływające czołgi, czołgi z miotaczami ognia, pojazdy do zasypywania dołów, opancerzone pojazdy z rampami, specjalne pojazdy inżynieryjne do pokonywania głębokich przeszkód i wiele innych. Jeśli natomiast chodzi o szkolenie żołnierzy, był to prawdziwie morderczy trening. Gen. Dwight Eisenhower, Naczelny Dowódca Alianckich Ekspedycyjnych Sił Zbrojnych, późniejszy prezydent USA, chcąc jak najlepiej przygotować rekrutów do tego, co będzie ich czekać, w kwietniu 1944 r. podjął decyzję o przeprowadzeniu ćwiczeń z wykorzystaniem ostrej amunicji. Wzięło w nich udział ok. 300 statków i 30 tys. żołnierzy. Doszło wówczas do tragicznej pomyłki. Statki brytyjskiej Royal Navy rozpoczęły bombardowanie plaży, na której odbywało się szkolenie, jeszcze zanim zdążyli ją opuścić amerykańscy żołnierze ćwiczący etap szturmowania. W efekcie kilkuset rekrutów straciło życie.

Fot. Harrison, Fragment sztucznego portu „Mulberry” u wybrzeży Normandii.

Operacja „Bodyguard” i armia, której nie było

.Jedną z kluczowych kwestii poprzedzających lądowanie w Normandii 6 czerwca 1944 r. było utrzymanie miejsca desantu w tajemnicy. Alianci chcieli wykorzystać efekt zaskoczenia do spowolnienia niemieckiej reakcji, a tym samym uniemożliwienia III Rzeszy szybkiego kontrataku. Realizacji tego celu służyła operacja „Bodyguard”. Zadaniem sił sprzymierzonych było wprowadzenie Niemców w błąd i sprawienie wrażenia, że atak nastąpi w innym miejscu i czasie, niż miało to się odbyć w rzeczywistości.

Alianci pozwalali więc Niemcom przechwytywać swoje plany operacyjne, ale tylko te spreparowane. Gen. Eisenhower wspominał po latach, że siły sprzymierzone stworzyły „armię widmo”. Niby-generałowie i niby-sztaby regularnie nadawały do siebie wiadomości przez radio. Podawano wówczas fałszywe informacje co do liczebności wojsk, potencjalnych miejsc desantu, ilości sprzętu itd. Mistrzowskim zagraniem było włączenie w tę grę informacji o lądowaniu w Normandii, ale w taki sposób, by Niemcy do samego końca interpretowali ją jako atak pozorowany. Według fałszywych danych, które przechwytywali żołnierze III Rzeszy, rzeczywisty atak miał nastąpić w okolicach Pas-de-Calais, natomiast siły, które pojawią się w Normandii, miały być rzekomo wyłącznie zasłoną dymną. Żeby uwiarygodnić informacje radiowe, nieistniejąca armia otrzymała dowódcę z krwi i kości – gen. George’a Pattona. Był to potencjalnie bardzo dobry wybór na lidera sił uderzeniowych, ponadto Niemcy uważali go za najlepszego z alianckich generałów.

„Armia widmo” gen. Pattona otrzymała sprzęt i zaopatrzenie. Alianci zbudowali lotniska, na których stały makiety samolotów. W strategicznych punktach rozmieścili dmuchane czołgi (z zewnątrz ucharakteryzowane jak prawdziwe) oraz makiety barek desantowych. Komunikaty radiowe pozorowały ruchy armii. Żołnierzy nieistniejących dywizji udawali członkowie sił odwodowych przebrani w specjalnie przygotowane mundury. Niby-oficerowie tych jednostek, również odpowiednio umundurowani, spotykali się z politykami i dziennikarzami innych państw.

Mistyfikacja była tak skuteczna, że Niemcy już po lądowaniu aliantów w Normandii nadal oczekiwali głównego ataku w Pas-de-Calais. Byli przekonani, że siły sprzymierzone dysponują znacznie większą ilością dywizji niż w rzeczywistości. Silne i liczne formacje niemieckie nie ruszyły od razu w kierunku Normandii, ponieważ rozkazano im czekać. Trudno powiedzieć, jak potoczyłyby się losy desantu, gdyby Hitler nie dał się przechytrzyć. Zwycięstwo nie było pewne, o czym świadczy m.in. fakt, że gen. Eisenhower zawczasu przygotował mowę na wypadek niepowodzenia.

Fot. E.E. Allen, Royal Navy i wspierające ją lotnictwo podczas D-Day.

Walka z pogodą przed D-Day

.Kiedy wszystko było już przygotowane, pozostało ustalić datę desantu. Początkowo miał to być 5 czerwca, lecz z uwagi na niesprzyjające warunki atmosferyczne atak trzeba było odłożyć. U wybrzeży Francji zerwał się sztorm, wystąpiły ulewne deszcze, widoczność znacznie się pogorszyła. Pogoda mogła zaprzepaścić miesiące przygotowań. Aliantom udało się ustalić, że 6 czerwca sytuacja się poprawi. Choć nie będzie idealna, stworzy możliwość do ataku. Teoretycznie lepsze warunki miały wystąpić dwa tygodnie później, jednak demobilizacja już zgromadzonych sił groziła wykryciem misternie przygotowanego fortelu. Gen. Eisenhower rankiem 5 czerwca zakomunikował, że desant nastąpi następnego dnia. Od tej decyzji nie było już odwrotu.

Niemcy nie dysponowali aż tak dokładnymi systemami meteorologicznymi. Zgodnie z ich przewidywaniami pogoda w pierwszych dniach czerwca była tak fatalna, że nikt nie mógł myśleć o ewentualnym desancie. Wedle ich wiedzy taki stan rzeczy miał się utrzymać przez ponad dwa tygodnie. Gdy rozpoczęło się lądowanie w Normandii, niczego nieświadomy feldmarszałek Erwin Rommel, dowódca sił niemieckich w tamtym regionie, przebywał w Niemczech, gdzie świętował urodziny swojej żony.

Fot. Midgley, Piechota aliantów na jednej z plaż Normandii dn. 6 czerwca 1944 r.

Największy desant wojskowy w historii z udziałem Polaków

.Długo wyczekiwany D-Day nadszedł 6 czerwca 1944 r. Lądowanie w Normandii było początkiem operacji o kryptonimie „Overlord”. Przedsięwzięcie zakończy się pod koniec sierpnia, kiedy siły niemieckie zostaną wyparte za Sekwanę. Zanim to nastąpi, alianccy żołnierze sforsują normandzkie plaże i umocnią się na zdobytych przyczółkach.

D-Day przeszedł do historii jako największy desant w dziejach wojen. Wzięło w nim udział 6939 jednostek pływających, 11 590 samolotów i ok. 156 000 żołnierzy wspieranych przez ciężki sprzęt (mowa tylko o jednostkach piechoty szturmującej wybrzeże). Do 11 czerwca alianci przerzucili na teren Normandii ponad 320 000 żołnierzy, ok. 54 000 pojazdów oraz ok. 104 000 ton zaopatrzenia.

Swój udział w D-Day mieli również Polacy. Niszczyciele ORP „Dragon” i ORP „Ślązak” ostrzeliwały niemieckie pozycje. W operacji uczestniczyło ponadto 8 dywizjonów myśliwskich i 3 bombowe. W następnych dniach czerwca kolejne statki – ORP „Krakowiak”, ORP „Błyskawica” i ORP „Piorun” – osłaniały sprzymierzeńców przed flotą niemiecką. Polskie jednostki handlowe i transportowe również zaznaczyły swą obecność w operacji „Overlord”. Mowa o statkach: MS „Batory”, MS „Sobieski”, SS „Kmicic”, SS „Kordecki”, SS „Poznań”, SS „Modlin”, SS „Wilno”, SS „Kraków”, SS „Katowice”, SS „Chorzów” oraz SS „Narew”.

Fot. Centralne Archiwum Wojskowe, gen. Stanisław Maczek i dwaj żołnierze 1. Dywizji Pancernej podczas bitwy pod Falaise.

Ponadto podczas kampanii w Normandii szczególną skutecznością wykazała się 1. Dywizja Pancerna gen. Stanisława Maczka. U wybrzeży Francji „maczkowcy” wylądowali na przełomie lipca i sierpnia, więc nie brali udziału w D-Day, ale ich wkład w zwycięstwo nad Niemcami na dalszym etapie kampanii był niepodważalny. Brali udział w walkach we Francji, Belgii i Holandii, docierając aż do Niemiec. 1. DP szczególnie wsławiła się w bitwie pod Falaise – decydującej o zwycięstwie aliantów w Normandii. W maju 1945 r. zajęła Wilhelmshaven, jedną z głównych baz morskich niemieckiej marynarki wojennej. Żołnierze gen. Stanisława Maczka podczas całej kampanii w zachodniej Europie nie przegrali ani jednej bitwy.

.Sukces D-Day, a w szerszej perspektywie także operacji „Overlord”, umożliwił skuteczne otwarcie nowego frontu na zachodzie Europy. Stawiało to III Rzeszę w katastrofalnym położeniu i skutkowało jej ostateczną porażką już w maju 1945 r. Nigdy nie dowiemy się, czy Hitler zdołałby wygrać wojnę, gdyby w czerwcu 1944 r. Normandia pozostała niezdobyta. Nie da się jednak zaprzeczyć, że sukces aliantów znacznie skrócił II wojnę światową. Dzięki temu ocalono miliony istnień.

Patryk Palka

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 5 czerwca 2024
Fot. Statki desantowe wyładowują ładunek na plaży „Omaha” w pierwszych dniach inwazji aliantów w Normandii, połowa czerwca 1944 r., domena publiczna, Wikimedia.