Alina Szapocznikow w Muzeum Narodowym w Krakowie

Szapocznikow pokazuje, że prawdą o człowieku jest też to, że cierpi – być może oglądający jej rzeźby zmienią stosunek do idealizacji ciała i ukrywania słabości – powiedziała kurator wystawy „Szapocznikow. Osobista” Agata Małodobry. Ekspozycję można oglądać w Muzeum Narodowym w Krakowie.
Alina Szapocznikow w Muzeum Narodowym w Krakowie
.Julia Kalęba-Wysocka: „Szapocznikow. Osobista” – tytuł wystawy sugeruje bliskie spotkanie z artystką. Konstruując ekspozycję, chciała pani przybliżyć jej prywatny świat i indywidualizm, czy może raczej stworzyć przestrzeń, w której ta twórczość stanie się osobista dla każdego z odbiorców?
Agata Małodobry: „Osobista”, czyli widziana z bliska, oglądana uważnie, odbierana wręcz intymnie. To nie jest kolejna pełna, encyklopedyczna prezentacja sztuki tej wybitnej artystki. Nasza ekspozycja ma zadziałać niemal haptycznie, dotykowo. Chociaż rzeźb nie można faktycznie dotknąć, chcemy stworzyć wrażenie poczucia cielesnej bliskości z dziełami Aliny Szapocznikow.
Naszym celem było zaprezentowanie prac artystki w sposób angażujący emocje widza. Narracja skupia się na rzeźbie jako na przekaźniku uczuć. Chcemy uwidocznić, że rzeźby Aliny Szapocznikow ukazują ciało człowieka niezwykle żywo i przejmująco, chociaż w sposób bardzo daleki od dosłowności. One wskazują na to, co niewyrażalne. To jest ten pierwszy powód, dla którego jest „osobista”. Ale, oprócz bliskiego spotkania z jej sztuką, podkreślamy też osobiste momenty z życia artystki.
Przeżycie Holokaustu, a także doświadczenie walki z chorobą nowotworową, znalazły odzwierciedlenie w jej twórczości. Trop biograficzny to jest ten filtr, przez który patrzy pani na jej sztukę?
Agata Małodobry: Trudno odbierać twórczość Aliny Szapocznikow, nie wiedząc, co ją w życiu spotkało. Jako nastolatka była więźniarką obozów koncentracyjnych, później chorowała. Alina nigdy nie chciała mówić o tym, co ją spotkało w czasie Holokaustu, ale bardzo wyraźnie widać to w jej rzeźbach. Zwłaszcza w pracach z początku lat 60. można dostrzec, że figury są popękane, zdeformowane, z kikutami rąk. Tak jak „Jednonoga” – wydłużona, zdeformowana postać kobiety z pionową szczeliną przecinającą postać na pół. Tym pęknięciem były lata II wojny światowej. Tym pęknięciem był Holokaust.
Potem, kiedy już czuła się kobietą spełnioną, kiedy mogła poczuć, że jest kochana, że wreszcie jej twórczość została zaakceptowana i stała się sławną we Francji, gdzie mieszkała, artystką – zdiagnozowano u niej raka piersi. W pracach próbowała oswoić to doświadczenie, tak powstał cykl przedstawiający nowotwory. Tak jakby przez rzeźbienie próbowała te guzy, które wewnątrz niej narastały, wyrzucić. „Nowotwór” jest jedną z jej najbardziej intymnych prac. Trzeba zauważyć, że Szapocznikow niezwykle odważnie dzieliła się swoją prywatnością. Była chyba pierwszą artystką, która w tak wybitny sposób potrafiła opowiadać językiem rzeźby o swojej chorobie. Więc „osobista” także przez to, co pokazywała.
Czym było ciało dla Aliny Szapocznikow?
Agata Małodobry: Szapocznikow przez cały okres swojej twórczości była zafascynowana biologizmem ludzkiego ciała, ale w równej mierze była zafascynowana materią rzeźbiarską. Kochała ciało człowieka, ponieważ kochała życie. Przy tych wszystkich tragediach, które ją spotkały, nie przestawała być osobą witalną, kochającą, pełną czaru i uroku, który rzucała na wszystkich wokół. Mam wrażenie, że potrafiła w swoich rzeźbach przekazać doznanie żywego ciała, które z kolei przekazuje uczucia. W jednym z ostatnich tekstów nazwała ludzkie ciało „strefą całkowicie erogenną”. Wydaje mi się, że skupienie na cielesności w twórczości rzeźbiarskiej Szapocznikow bierze się przede wszystkim ze zmysłowości jej samej. Z jej radości życia. Z tego, że chciała po prostu kochać, kochała, czuła się kochana. Ciało było też dla niej źródłem miłości. Myślę, że u Aliny Szapocznikow niezwykle wyraźna jest zarówno miłość do ciała, jak i miłość do rzeźbienia. Ona zarówno ukochała rzeźbę jako medium i rzemiosło, jak i życie, ludzkie ciało.
Alina Szapocznikow jest nazywana prekursorką sztuki feministycznej. To kolejny filtr, przez który należy czytać jej prace?
Agata Małodobry: Zdecydowanie. Choć wiele tych najdobitniej feministycznych dzieł jest rozproszonych w prywatnych kolekcjach i nie widzimy ich na naszej wystawie, warto pamiętać o serii „Desery”. Szapocznikow odlała z poliestru najbardziej erotyczne części kobiecego ciała, piersi i usta, i umieściła w deserowych pucharkach. W ten sposób pokazywała rolę kobiecego ciała, widzianego z perspektywy mężczyzny. Ale rzeźbiła części kobiecego ciała również w przepiękny, liryczny sposób, ukazując je jako coś wspaniałego i pokazując miłość do tego ciała, widzianego już z perspektywy kobiecej. W tamtym momencie to było odważne i bardzo feministyczne.
Pucharki spotkały się też z krytyką i zarzutami m.in. „beztreściowej” sztuki. Jak odbierana była Szapocznikow, kiedy prezentowała swoje nowe pomysły?
Agata Małodobry: Za życia nie zaznała, niestety, tej sławy, na jaką zasłużyła. Kiedy pracowała we Francji, wiązano ją z ruchem Nouveau Réalisme, grupą artystów nowych realistów, do których należeli m.in. Jean Tinguely i César. Ale nie mówiło się o Alinie. Mówiło się o mężczyznach z tej grupy, a ona pozostawała w ich cieniu. Pierwsze międzynarodowe wystawy poświęcone jej jako kobiecie-rzeźbiarce, artystce, zostały zorganizowane wiele lat po jej śmierci, już w XXI wieku. Być może była zbyt odważna na tamte czasy.
Chciała prowokować?
Agata Małodobry: Myślę, że ona była po prostu z natury odważna, miała dobrą relację ze swoim ciałem, nie wstydziła się. Dzięki temu przełamywała tabu. Dzięki temu sprawiała, że sztuka współczesna szła krok dalej. Dzięki swojej odwadze popchnęła do przodu historię sztuki feministycznej.
Dziś wielu rzeźbiarzy odwołuje się do niej, uważając Szapocznikow za jedną z najwybitniejszych rzeźbiarek. Szapocznikow jest „osobista” dla innych wybitnych artystów XX i XXI wieku. Była bardzo ważną postacią dla krakowskiego rzeźbiarza, profesora krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych Jacka Waltosia, a także dla takich artystek, jak Zuzanna Janin, Joanna Pawlik, Barbara Falender. Ona jest osobista dla nas, widzów. Ona w osobisty sposób ukazuje nam swoją intymną twórczość. I jest ważna dla innych artystów.
Szapocznikow eksperymentowała z materiałami rzeźbiarskimi, kwestionując tradycyjne wyobrażenia o rzeźbie. Jej prace są np. z poliestru.
Agata Małodobry: To bardzo ciekawe, dlatego że Alina, wprowadzając do swojej pracy sztuczne tworzywa, mogła jeszcze pełniej opowiedzieć prawdę o człowieku, człowieczeństwie, o ludzkim ciele. Poliester jako materiał ma specyficzne właściwości; jest półprzeźroczysty, potrafi doskonale imitować ludzkie ciało. Dodatkowo artystka barwiła go na delikatne kolory, które odwoływały się do naturalnej barwy ludzkiego ciała i pozwalały pokazać je jeszcze bardziej realnie, albo przeciwnie, potrafiły ciało oddalić od rzeczywistości.
Czy współcześni kuratorzy, analizujący dziś na nowo życie i dorobek Aliny Szapocznikow, natrafiają na wątki lub konteksty, które rzucają nowe światło na interpretację jej sztuki?
Agata Małodobry: Każda z tych wystaw odkrywa coś nowego. Sporo mówiło się już o cielesności i feminizmie Szapocznikow, ale jednym z długo utrzymujących się tabu była choroba nowotworowa. Zauważyłam, że dopiero w ostatnich biografiach Aliny Szapocznikow temat jej cierpienia, nowotworu wybrzmiewa.
Myślę, że wciąż wiele osób nie potrafi opowiadać o swoich własnych doświadczeniach choroby. Nowotwór i generalnie każda choroba dzisiaj, w czasie dążenia do doskonałości, chwalenia się najpiękniejszą wersją siebie, instagramowych filtrów, często nadal pozostaje tabu. A na wystawie spotykamy Alinę, która swoimi rzeźbami pokazuje, że prawdą o człowieku jest też to, że cierpi. I być może to, że Alina to tabu już dawno przełamała, że nie bała się odważnie opowiadać o swojej chorobie niszczącej jej ciało, o cierpieniu, zmieni też nasz stosunek. Być może współcześni zwiedzający, jeśli będą uważnie tę wystawę oglądać i odczytywać, zmienią stosunek do idealizacji ciała i ukrywania naszych słabości.
Rozmawiała: Julia Kalęba-Wysocka/PAP
Agata Małodobry – kustosz w Muzeum Narodowym w Krakowie, kurator wystaw, badacz rzeźby nowoczesnej. Interesuje ją rzeźba polska XX i XXI wieku w szerszym kontekście kulturowym. Przygotowana przez nią wystawa „Szapocznikow. Osobista” jest dostępna dla zwiedzających w Muzeum Narodowym w Krakowie od piątku do 23 sierpnia br.
Alina Szapocznikow urodziła się 16 maja 1926 roku w Kaliszu, gdzie akurat przebywali u rodziny jej rodzice, ale wychowała się w Pabianicach. Jej ojcem był Jakub Szapocznikow, pabianicki dentysta, a matką Ryfka z domu Auerbach, pediatra. Alina ukończyła Państwowe Gimnazjum Żeńskie im. Królowej Jadwigi w Pabianicach (obecnie II Liceum Ogólnokształcące).
Lata 1940-1942 razem z matką (ojciec zmarł w 1938 roku) spędziła w pabianickim getcie. Stąd trafiły do getta łódzkiego, a następnie, przez obóz Auschwitz, kolejno do obozów w Bergen-Belsen i w czeskim Teresinie, gdzie doczekały końca wojny i gdzie prawdopodobnie doszło do ich rozdzielenia. Doświadczenia obozowe wpłynęły na zdrowie artystki – w 1949 r. zdiagnozowano u niej gruźlicę otrzewnej.
Po wojnie Szapocznikow postanowiła podjąć studia rzeźbiarskie. W latach 1945–1946 praktykowała w praskiej pracowni Otokara Velimskiego. Dalsze studia odbyła w Wyższej Szkole Artystyczno-Przemysłowej w Pradze i w latach 1948-1950 w Ecole Nationale Superieure des Beaux-Arts w Paryżu. W 1951 roku wróciła do Polski. Tutaj włączyła się w życie artystyczne, biorąc udział m.in. w konkursach na pomniki – Fryderyka Chopina, Bohaterów Warszawy, upamiętniający ofiary Auschwitz, Juliusza Słowackiego.
W latach 60. XX wieku artystka pracowała głównie w Paryżu, tworząc odlewy ciała z żywic syntetycznych i materiałów nietrwałych, dokumentując tym samym ulotność życia, chorobę i doświadczenie własnej fizyczności. Zmarła 2 marca 1973 r. w Passy we Francji.
Testament Szoah
.Skutecznym głosem ofiar Auschwitz są od kilkudziesięciu lat ci, którzy zdołali przeżyć. Gdy odchodzą, naszym obowiązkiem jest niesienie dalej ich świadectwa – pisze na łamach „Wszystko co Najważniejsze” w tekście „Testament Szoah” Karol NAWROCKI.
„Luigi Ferri, Włoch, podwija lewy rękaw i demonstruje wytatuowany na przedramieniu numer obozowy: B 7525. To, co przeżył, brutalnie wyrwało go z beztroskiego dzieciństwa, gdy miał dopiero dwanaście lat. Choć był wychowany po katolicku, latem 1944 roku wraz ze swą żydowską babcią został przez Niemców wywieziony do Auschwitz. Ona zginęła w komorze gazowej. On niemal cudem przetrwał obozowe piekło”.
„Ferri to jeden z ok. siedmiu tysięcy więźniów Auschwitz, którzy – skrajnie wycieńczeni – doczekali uwolnienia 27 stycznia 1945 roku. W ciągu niespełna pięciu lat w tym największym niemieckim obozie koncentracyjnym i zagłady życie straciło ponad 1,1 miliona osób. Wśród ofiar było aż 230 tysięcy dzieci – żydowskich, ale też polskich, romskich i innych narodowości. Przejmującym świadectwem ich tragicznych losów są przedmioty, które po nich pozostały: buciki, ubranka, zabawki. Do dziś można je oglądać w bloku piątym Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu”.
„Swój radykalny antysemityzm, połączony z programem zdobycia dla Niemiec „przestrzeni życiowej” na Wschodzie, Adolf Hitler wyłożył już w latach 20. w Mein Kampf. Póki jego Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników (NSDAP) niewiele znaczyła, zbywano to jako niebezpieczną, ale nierealną wizję. Gdy 30 stycznia 1933 roku Hitler obejmował stanowisko kanclerza Rzeszy, wielu łudziło się jeszcze, że u władzy nie utrzyma się długo. Narodowi socjaliści mieli w parlamencie niewiele ponad jedną trzecią miejsc. Pozornie byli więc zdani na łaskę koalicjantów i prezydenta Paula von Hindenburga. „Za dwa miesiące tak zepchniemy Hitlera w kąt, że będzie kwiczał” – przepowiadał wicekanclerz Franz von Papen”.
„Naziści zadziwiająco szybko rozprawili się jednak z wszelką opozycją i ustanowili jednopartyjną dyktaturę. Pomógł im w tym bezwzględny terror, rozpętany już w pierwszych tygodniach rządów. Jednym z jego symboli stały się obozy koncentracyjne, przeznaczone dla przeciwników politycznych Hitlera i wszystkich tych, których nowa władza postanowiła umieścić poza nawiasem społeczeństwa. Na celowniku reżimu znalazła się także społeczność żydowska, poddawana coraz to większym szykanom i represjom – od bojkotu w handlu, przez haniebne ustawy norymberskie, aż po pogromy w czasie „nocy kryształowej”.
.”Wszystko to okazało się preludium do jeszcze większej hekatomby, zapoczątkowanej diabelskim paktem Hitlera ze Stalinem w sierpniu 1939 roku i ich wspólną napaścią na Polskę we wrześniu tego samego roku. Na podbitych terenach niemieccy siepacze mordowali przedstawicieli szeroko rozumianej „polskiej warstwy przywódczej”, pacjentów szpitali psychiatrycznych i tysiące przypadkowych osób. Tragiczny los dotknął ludność żydowską – najpierw stłoczoną w gettach, a następnie zabijaną w obozach zagłady” – pisze Karol NAWROCKI.
PAP/MJ





